Podzielony Zachód i miękka siła Polski

0
48

Niemal w tym samym czasie, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski ze zręcznością wieloletniego aktora serialowego hipnotyzował Amerykanów i przyjmował obietnice pomocy ze strony Joego Bidena – francuski przywódca Emmanuel Macron sprzeciwił się przyszłemu wstąpieniu Ukrainy do NATO. Nie chodzi tu wcale o różne racje, problem stanowi brak strategii. Wolny świat wciąż nie jest w stanie wypracować wspólnego frontu wobec wojny na Wschodzie.

Polska stała się drugim obok Stanów Zjednoczonych krajem, który Zełenski odwiedził w toku pierwszej od czasu rosyjskiego ataku z 22 lutego 2022 r. podróży zagranicznej. Wcześniej nie opuszczał broniącej się ojczyzny. Wybór Polski obok USA nie jest jednak – jak utrzymują rządowe media – sukcesem ekipy, która nami rządzi. Tylko logiczną konsekwencją podziału ról, trwającego od chwili rosyjskiej inwazji: Amerykanie wzięli na siebie pomoc wojskową dla Ukrainy, zaś społeczeństwo polskie akcję wspierania uchodźców, których od początku gorącego konfliktu prawie 9 mln przekroczyło naszą wschodnią granicę. To prawie tylu, ilu mieszkańców liczy Belgia. Tym samym Polska, nie zaliczająca się do najzamożniejszych państw Unii Europejskiej, wysiłkiem ogólnonarodowym a nie rządowym, prowadzi największą od II wojny światowej akcję humanitarną na kontynencie. Dla Ukrainy USA i Polska pozostają najważniejszymi partnerami, co oddaje sekwencja wizyt oraz spotkań z Joem Bidenem i Andrzejem Dudą. 

Wspieranie napadniętego sąsiada – w sytuacji gdy potęgą militarną nie jesteśmy ani się nie staniemy poprzez “miękką siłę” Polski – nie oznacza oczywiście pełnej tożsamości polskich i ukraińskich interesów ani nawet tej samej wrażliwości. O różnicach przekonaliśmy się już po raz wtóry, gdy starannie przecież dobierający słowa Zełenski zacytował na Kapitolu Franklina Delano Roosevelta, który dla Polaków, całkiem zgodnie zresztą z prawdą historyczną, pozostaje prezydentem, co w Teheranie i Jałcie oddał nas, sojuszników Ameryki, Związkowi Radzieckiemu. Wcześniej, w wiosennym wystąpieniu z telebimu do polskich parlamentarzystów, Zełenski równie niefortunnie powtórzył pisowską wersję o zamachu smoleńskim jakby chciał się przypodobać rządzącym w Polsce a zapomniał, że jego rodakom pomocy i gościny udziela zgodnie całe nasze społeczeństwo w imię ludzkich racji i ponad podziałami politycznymi.

Lepiej od dawnego serialowego aktora zrozumiał to, chociaż przed objęciem urzędu był bokserem, co z subtelnością zwykle się nie kojarzy, bohaterski mer Kijowa Witalij Kliczko, który z kolei też z telebimu przemawiając do rady krajowej opozycyjnej Platformy Obywatelskiej jasno podkreślił: możemy bronić kraju przed Rosjanami, bo wy zaopiekowaliście się naszymi kobietami i dziećmi.     

Wołodymyr Zełenski za to trafnie wskazał w Waszyngtonie na zbieżność pojmowania sensu życia, łączącą dziś Ukraińców z obywatelami państw tworzących wspólnotę atlantycką. Wykluczył, żeby jego rodacy dla zawarcia pokoju poświęcili wolność lub integralność terytorium kraju. Oznacza to odrzucenie podszeptu Henry’ego Kissingera – laureata Pokojowej Nagrody Nobla ale za zakończenie w 1973 r. brudnej wojny wietnamskiej układami paryskimi, a nie za bezstronność w sprawach między Słowianami. Wcześniej chętnie i nie za darmo występujący w putinowskich mediach (RTR Rossija) noblista nawet po 22 lutego 2022 r. nastawienia do Kremla nie zmienił o czym świadczy wspomniana już porada. 

Nie da się zapomnieć, że w tej wojnie Ukraińcy walczą też o prawo swobodnego wyboru sojuszy międzynarodowych: tak samo jak Węgrzy, którzy w 1956 r. zapłacili najazdem radzieckim za wystąpienie z Układu Warszawskiego. Po dziesięcioleciach uznaje się ich za bohaterów. Podobnie jak podziwia się Ukraińców za wykazaną w obronie kraju determinację, chociaż nie łączy ich ani wspólnota językowa ani długa tradycja państwowości. Zełenski ma się do czego odwoływać. To kapitał sympatii społeczeństw wolnego świata. Odwołał się do niego w Waszyngtonie, zwłaszcza wtedy, gdy wychodził poza sztywne ramy protokołu dyplomatycznego. 

Tego samego dnia okazało się jednak, że nie tylko Rosja próbuje jego rodakom drogę na zachód blokować.

Z wystąpienia francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona – najważniejszego dziś po Bidenie oraz kanclerzu Niemiec Olafie Scholzu z grona przywódców wolnego świata – jasno wynika, że uznaje on przyszłe członkostwo Ukrainy w NATO za prowokowanie Rosjan. Bliski jest w tym papieżowi Franciszkowi. A przede wszystkim – przyjęcie Ukrainy do Sojuszu Atlantyckiego uważa za mało prawdopodobne. Co więcej, upomina się już o gwarancje dla Rosji po zakończeniu wojny. Choć tego ostatniego… oficjalnie nic nie zapowiada. Jeśli zaś Macron ma na ten temat lepsze od opinii publicznej wiadomości, powinien je wykorzystać inaczej. Przecież to w Paryżu, o czym była już mowa w tym skromnym szkicu, zakończono wojnę tak długotrwałą i odległą jak wietnamska. A przed ponad stu laty też na ziemi francuskiej w trakcie konferencji paryskiej i na mocy traktatu wersalskiego stworzono ład globalny, który przetrwał lat 20. 

Szokuje więc dalece bardziej to, co mówi teraz Macron, bo stanowi wypowiedź znaczącego gracza, bez którego trudno sobie wyobrazić również przyszły ład międzynarodowy. W tym samym czasie demokratyczny prezydent USA Biden zapowiada przekazanie Ukrainie 1,85 mld dol pomocy wojskowej i logistycznej. A także 374 mln dol na wsparcie dla uchodźców. Uderza w oczywisty sposób dysproporcja obu kwot. Zaś wicepremier Mariusz Błaszczak w myśl zasady, że gdy konia kują, żaba nogę podstawia, oznajmia, że do przekazania Ukraińcom Patriotów przyczyniło się stanowisko Polski. Nikt z rządzących u nas nie upomina się o godne wsparcie przez NATO i UE wysiłku społeczeństwa polskiego, które przed uchodźcami wojennymi na masową skalę otworzyło serca i domy. Zachód odbiera rzecz zapewne w ten sposób, że problem uciekinierów wojennych wolny świat ma już rozwiązany, bo wzięli go na siebie Polacy. Nie da się jednak w ten sposób rozumować w nieskończoność. Wraz z naszymi ukraińskimi gośćmi czekamy, aż wzniosłe deklaracje, których i teraz w Waszyngtonie nie zabrakło, przetłumaczone zostaną na język konkretów. Nie chodzi o zabawki militarne, zachowajmy właściwe proporcje. Gdyby to wyłącznie ich liczba decydowała, Związek Radziecki wygrałby w czasach Leonida Breżniewa zimną wojnę, nie bawiłby się w odprężenie ani żadne koszyki helsińskie (1975 r.), zwłaszcza trzeci o wolnym przepływie ludzi i idei, za sprawą którego – co przypomnieć warto – opozycja demokratyczna w Polsce, KOR i KPN zyskały podstawę do działania. 

120 dżipów Humvee, które mają dostać Ukraińcy z USA nie odmieni losów wojny gorącej, podobnie jak 37 transporterów opancerzonych Cougar ani nawet rakiety do systemu HIMARS o zasięgu niewiele ponad 80 km (jak z Warszawy do Łowicza) pozyskane zamiast upragnionego ATACMS – do 270 km (czyli jak z Warszawy do Krakowa). Systemów bardziej ofensywnych Ukraińcy nie dostaną, bo Amerykanie trafnie akurat w tym wypadku diagnozują, że ich użycie mogłoby stanowić dla najeźdźców pretekst do kolejnej eskalacji. Z tego powodu Zełenski wściekły opuszczał Waszyngton. Trzeba jednak pamiętać, że gra toczy się nie na poligonie lecz w gęsto zaludnionej części Europy. Efektowna batalistyka ustąpić musi wyższym racjom. Co nie oznacza zgody na obłudę mocarstw. Ponad licytowaniem się na nowoczesne systemy uzbrojenia stać muszą racje humanitarne. A z kraju ze zniszczoną w znacznej mierze infrastrukturą krytyczną w okresie ciężkiej zimy wyjadą kolejne miliony. Do nas, do Polski, bo nie do USA przecież.

Niemiecki kanclerz Olaf Scholz poczuł się mężem stanu już na tyle, że publicznie wzywa: – Niech pan skończy tę wojnę, panie Putin.

Nawiązuje tym samym do słynnych słów Ronalda Reagana w Berlinie: – Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur.

Skoro Scholz rządząc Niemcami zna ich historię, powinien wiedzieć najlepiej, że od chwili, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych wypowiedział te słowa (12 czerwca 1987 r.) do momentu gdy mur runął nie z woli wynalazcy pierestrojki, lecz obywateli obumierającego państwa jakim stała się wtedy Niemiecka Republika Demokratyczna (9 listopada 1989 r.) – minęło dwa i pół roku. Teraz tak długo Ukraińcy czekać na pokój nie mogą. Zbyt wiele przyszłoby im przeżyć ciężkich zim bez prądu i ogrzewania. 

Jak się wydaje to nie kanclerz Niemiec wyznaczy tryb i sposób przyszłego zakończenia konfliktu. Jego ojczyzna okazała się w gorszący sposób podzielona i oporna wobec określenia reperkusji jednoznacznej przecież sytuacji na Ukrainie. W trakcie niedawnej debaty o geopolityce i suwerenności zainspirowanej książką Aleksandra Diakonowa “Renegaci Międzymorza” w podziemiach warszawskiej Pasty nie bez racji przypomniano ustalenia bohatera Resistence a później oficera kontrwywiadu Francji Pierre’a de Villemaresta dotyczące ogromnej infiltracji przez KGB dawnych zachodnioniemieckich elit politycznych i pełnego przejęcia tych “niebezpiecznych związków” przez putinowskie już FSB.  Realną presję na Rosjan wywrzeć mogą tylko Amerykanie.

Nie przypadkiem Wołodymyr Zełenski w trakcie wizyty w USA występował w pozornie luzackiej, w stylu casual, chociaż z godłem narodowym bluzie i spodniach przypominających uniform paramilitarny, zamiast w garniturze. Tym roboczym strojem wskazał gospodarzom, że czas się zabrać do roboty. Piękne słowa nie wystarczą.      

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here