Polska i Rosja: fantomy i realia

0
50

Ekipa pisowska u steru polityki zagranicznej pogorszyła relacje zarówno z nominalnie głównym sojusznikiem – Stanami Zjednoczonymi jak z Unią Europejską. Nie dotyczy to Rosji, bo… stosunki z nią pozostają tak niedobre, że jeszcze ich na gorsze zmienić się nie da. 

Rosjanie w tych dniach mają święto narodowe, oznaczające dla nich ciąg dni wolnych od pracy. Oficjalnie – to nie żart – obchodzą w listopadzie rocznicę wypędzenia Polaków z Kremla. Rzecz miała miejsce w początkach XVII stulecia. Powstanie, koordynowane w 1612 r. przez kniazia Dymitra Pożarskiego i kupca Kuźmę Minina wygoniło z Moskwy polską załogę. Wcześniej wspieraliśmy tam dynastyczne aspiracje Dymitra Samozwańca (a ściślej dwóch uzurpatorów o tym imieniu, podających się za cudem ocalonego carewicza), oraz jego małżonki Maryny Mniszchówny, córki polskiego magnata Jerzego, u nas oskarżanego potem o zdradę. Rosjanie nakręcili o tych wydarzeniach film, w którym zagrał Michał Żebrowski, o co w kraju miano do niego pretensje, że niedawny odtwórca Skrzetuskiego w “Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana wzmacnia politykę historyczną Kremla. Reżyserem mającego premierę w 2007 r. i zawierającego – co znaczące – elementy fantasy “Roku 1612” był Władimir Chotinienko, producentem Nikita Michałkow, zaś pieniądze, jak nietrudno się domyślić, wyłożyło państwo. Trudno sobie wyobrazić, żeby u nas ktoś próbował dziś budować aktualny przekaz na mniej odległym Potopie szwedzkim, nawet posiłkując się noblistą Henrykiem Sienkiewiczem oraz ekranizacją tegoż Hoffmana z Danielem Olbrychskim w roli Kmicica. W Moskwie jednak postępują inaczej.

Dla Rosjan to tradycja dobra, bo bezpieczna. Rocznicy “wielkiej socjalistycznej rewolucji październikowej” świętować już nie wypada, bo chociaż nawet sentyment do Lenina pozostał, to prawda o zbrodniach Stalina przebija się już do świadomości publicznej. Żeby jednak ludziom nie odbierać tradycji wolnych dni – postanowiono świętować rocznicę zwycięstwa nad pradawnym najeźdżcą, wprawdzie wciąż należącym do konkurencyjnego obozu geopolitycznego, ale nie odgrywającym w nim pierwszoplanowej roli. Wybór polityków rosyjskich, pokrywający się niestety z tradycyjną narracją historiografii z czasów caratu, nietrudno wytłumaczyć. Na pochyłe drzewo nawet koza wskoczy. A odległe resentymenty historyczne stłumić mają efekt pojednania, które faktycznie dokonało się już na niezliczonych bazarach przy okazji wspólnie ubijanych interesów oraz wycieczek współczesnej, nowoczesnej i otwartej rosyjskiej klasy średniej do Warszawy, Krakowa i Wrocławia, gdzie jej przedstawiciele dają nieźle zarobić miejscowym restauratorom i hotelarzom. Między zwyczajnymi Polakami a Rosjanami nie ma dziś wrogości.

Gdy rząd zwolennika grubej kreski, ostrożnego czy wręcz kunktatorskiego w polityce międzynarodowej Tadeusza Mazowieckiego, przywracał w 1990 r. przedwojenne święto państwowe 15 sierpnia – wybrano dla uzasadnienia czerwonej kartki w kalendarzu święto religijne Matki Boskiej, rzeczywiście w tym dniu przypadające. Ekipa, w której szefem dyplomacji pozostawał ostrożny endek z poznańskiego Klubu Ład i Wolność Krzysztof Skubiszewski robiła bowiem wszystko, żeby nie drażnić Rosjan. Kamuflując rocznicę Bitwy Warszawskiej z 1920 roku postępowaliśmy więc… dokładnie odwrotnie niż oni.

Nobel na pocieszenie dla rosyjskich demokratów

Tegoroczną pokojową nagrodę Nobla, obok filipińskiej dziennikarki interetowej Marii Ressy otrzymał redaktor moskiewskiej opozycyjnej wobec rządów Władimira Putina “Nowoj Gaziety” Dmitrij Muratow. Z pełnym szacunkiem dla obojga laureatów (poprzednio dziennikarz otrzymał pokojowego Nobla w… 1935 r. a został nim Carl von Ossietzky za ujawnienie hitlerowskich planów remilitaryzacji) – przyznać trzeba, że nie po bardziej być może niezależną “Nową Gazietę” sięgamy, żeby się czegoś o współczesnej Rosji dowiedzieć, lecz raczej po czytywanego przez tamtejszą klasę średnią “Kommiersanta”, który chociaż stanowi własność oligarchy Aliszara Usmanowa, pozostaje doskonale redagowany i opiniotwórczy: podobnie nie mamy raczej czasu na śledzenie internetowej i dzielnej telewizji “Dożdź”, bo istotny okazuje się raczej docierający do zwyczajnych Rosjan przekaz masowych programów naziemnej stacji państwowej.

Pokojowy Nobel dla redaktora Muratowa, a nie na przykład Aleksieja Nawalanego wydaje się stanowić – paradoksalnie – nagrodę pocieszenia dla rosyjskich niepokornych i dowód, że demokratyczny Zachód woli robić interesy z Rosją Putina niż po misjonarsku zmieniać ją w bliskim sobie kierunku ustrojowym.

Po uzależnionym od kremlowskich usług republikaninie Donaldzie Trumpie (służby znad Wołgi i Moskwa-Rieki dopomogły mu wygrać przed pięcioma laty z Hillary Clinton) ster rządów w Waszyngtonie objął zajmujący otwarcie izolacjonistyczne stanowisko wobec Wschodu demokrata Joe Biden. Na tle wszystkich poprzedników w Białym Domu stateczny i spokojny Biden, najstarszy z lokatorów tego gmachu, wydaje się ostatnim skłonnym do kładzenia ręki – nawet na postrach – na walizce z kodami atomowymi. Niedawno też okazało się, że USA potrzebują pośrednictwa Rosji Putina w celu nakłonienia krajów Azji Środkowej do udostępnienia swojej infrastruktury na użytek ewakuacji wojsk z Afganistanu, a ściślej ich panicznej stamtąd ucieczki (Biden wykorzystał okazję, by rejeteradę zwalić na poprzednika, ale psychomentalnie bardzo mu ona odpowiada), podobnie jak przed dwudziestu laty George Bush junior korzystał z tej samej drogi i protekcji, aby w odwet za zamachy na World Trade Center amerykański korpus ekspedycyjny do talibańskiego Kabulu wprowadzić. W międzyczasie zaś Rosji w polityce zagranicznej udało się wszystko z aneksją Krymu i skarceniem Gruzji włącznie, bo dla jankesów to ziemie niewyobrażalnie odległe, a nawet odbiorcom ambitnego CNN trzeba wciąż tłumaczyć, że chodzi nie o stan “Georgia”, którego stolicą jest Atlanta, lecz kraj o tej samej nazwie, którego władze mają siedzibę w Tbilisi. W międzyczasie inny prezydent i laureat pokojowego Nobla Barack Obama proklamował “reset” w stosunkach z Rosją, co w niczym nie pomogło pasażerom holenderskiego samolotu, zestrzelonego nad Ukrainą rakietą rosyjskiej produkcji. Zachód uznaje bowiem status quo.

Pytanie do Radia Erywań

Dla Polski wynika z tego jedna podstawowa kwestia: podtrzymywanie trybalnej wrogości wobec Rosji jako imperatywu polityki zagranicznej może oznaczać, że wkrótce pozostaniemy całkiem sami.

Na razie przedsmakiem rozlicznych niebezpieczeństw pozostają perypetie z emigrantami na białoruskiej granicy i manewry “Zapad”. Mało kto wierzy w geopolityczną samodzielność Aleksandra Łukaszenki. Nawet stan wyjątkowy nie daje Polsce poczucia bezpieczeństwa, gdy wprowadza go ekipa, znana z indolencji nie tylko w dyplomacji, ale także w codziennej walce z pandemią. Szukanie innych niż dotychczasowe rozwiązań i tradycji wydaje się więc nakazem chwili. Skoro nie może już być gorzej, trzeba się postarać, żeby było lepiej, bo realnie ryzyko jest niewielkie. Rozumieją to jednak lepiej ekonomiści i myśliciele niż politycy, chociaż nie zawsze tak się działo, nawet w czasach transformacji ustrojowej, kiedy to – co warto przypomnieć – wszystkie państwa, sąsiadujące z naszym, zmieniły nazwy i granice. W nowej rzeczywistości nie wystarczą już stare uprzedzenia czy nawyki. Chyba, że za standard zachowań dyplomatycznych uznamy przesłanie jednego z popularnych wschodnich dowcipów.

Pytanie do Radia Erywań: – Kiedy będzie lepiej?
Odpowiedź: – Już było.

Reset mecenasa Olszewskiego   

Nie wszyscy pamiętają, że na wiele lat przed Obamą na potrzebę “resetu” w kontaktach z Rosją wskazał mecenas Jan Olszewski, zarazem zwolennik przystąpienia Polski do zachodnich struktur. Nawet Lech Wałęsa, chociaż tak owacyjnie przyjęto wtedy w amerykańskim Kongresie jego słynne przemówienie, zaczynające się od słów “My, Naród”, nawiązujące do historycznego “We, the People” ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych – wtedy jeszcze chętniej nadmieniał o amorficznym “NATO-bis”. Prekursorskie wystąpienie Olszewskiego miało miejsce zaraz po tym, jak cały świat wstrzymał oddech, oglądając telewizyjne przekazy w dniach puczu moskiewskiego, kiedy to w sierpniu 1991 r. grupa zachowawczych funkcjonariuszy z Giennadijem Janajewem na czele internowała na Krymie prezydenta Michaiła Gorbaczowa i podjęła próbę restauracji starego porządku. Puczyści wprawdzie nie odcięli nawet telefonów – co pokazuje, ze logistyki powinni się uczyć od swojego dawnego wasala gen. Wojciecha Jaruzelskiego – ale zyskali na całe trzy dni (19-21 sierpnia) dostęp nie tylko do wyrzutni rakietowych, ale walizek z atomowymi kodami, co przynieść mogło nieobliczalne dla świata następstwa. Za sprawą determinacji górę wzięli jednak obrońcy Białego Domu – moskiewskiego nie waszyngtońskiego – z Borysem Jelcynem na czele. 

– Rosja ma dla nas szczerą, przyjazną twarz Jelcyna – mówił wtedy z nadzieją w trakcie spotkania Komitetów Obywatelskich w gmachu warszawskiej Akademii Muzycznej Jan Olszewski. 

Nowy prezydent Rosji zdobył się na więcej niż tylko gesty wobec Polski. Jesienią 1992 r. Jelcyn przysłał do Warszawy Rudolfa Pichoję, przywożącego archiwum katyńskie. Jeszcze parę lat wcześniej moskiewscy politycy albo zaprzeczali odpowiedzialności swoich poprzedników za wymordowanie polskich oficerów albo gotowi byli co najwyżej ustalenia scedować na wspólną komisję historyków z obu państw. O temperaturze ówczesnych nastrojów świadczy fakt, że artykuł o Katyniu zamówiło wtedy u mnie czeskie “Rude Pravo”, to samo, które w gorących latach 1980-81 zachęcało “bratnie kraje socjalistyczne” do interwencji w zrewoltowanej Polsce. W tej akurat kwestii przełom się dokonał.

Im dalej tym gorzej

Zabrakło go na 50. rocznicę Powstania Warszawskiego, kiedy to oczekiwano w Warszawie samego Jelcyna. Liczono, że pojawi się nad Wisłą, żeby nie tylko podkreślić wspólną ofiarę krwi obu narodów w walce z niemieckim faszyzmem, ale również przeprosić za to, że w sierpniu i wrześniu 1944 r. nad tą samą rzeką radziecka armia stała bezczynnie, czekając, aż dopalą się zgliszcza stolicy. Nadzieją na taką deklarację rosyjskiego przywódcy dzielili się z telewidzami nagrywani przeze mnie wtedy dla Wiadomości liderzy sejmowej reprezentacji KPN Leszek Moczulski i Krzysztof Król. Borys Jelcyn jednak historycznego kroku nie wykonał. Zamiast samemu przyjechać, przysłał na warszawskie obchody szefa swojej administracji Siergieja Fiłatowa, który wygłosił zdawkowe przemówienie. Szansa została zmarnowana. 

Jeszcze w tym samym 1994 r. ale w listopadzie ówczesny premier Wiktor Czernomyrdin odwołał wizytę w Polsce po pobiciu rosyjskich podróżnych na Dworcu Wschodnim w Warszawie. Najpierw zaatakowali ich i obrabowali ze wszystkiego rosyjscy rekietierzy. Potem jednak doszło do konfrontacji handlarzy zza wschodniej granicy z polską policją, ponieważ ci pierwsi byli zbulwersowani biernością funkcjonariuszy. Rosyjscy dyplomaci i media wyolbrzymiali uszczerbek poniesiony w tym starciu przez podróżnych. Nie ulega jednak wątpliwości, że polska policja miała tendencje do traktowania przestępstw, których zarówno sprawcami jak ofiarami pozostawali przybysze zza wschodniej granicy jako… ich wewnętrznego problemu.

Wkrótce po objęciu władzy przez nich oby prezydent Bill Clinton wyasygnował ogromne kwoty na ratowanie ekipy Borysa Jelcyna, zaś tym, który przekonał sceptyków, okazał się… ówczesny senator Joe Biden, co Clinton mocno w autobiografii podkreśla. Jak opisuje bowiem w “Moim życiu”: “Wprawdzie badania opinii wskazywały, że trzy czwarte Amerykanów było przeciw zwiększaniu pomocy dla Rosji a równocześnie toczyliśmy ciężką walkę o nasz plan ekonomiczny, mimo to uważałem, że nie mamy wyboru (..). Podczas spotkania, jakie zwołałem w celu zdobycia poparcia, senator Joe Biden, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych, zdecydowanie wypowiedział się za udzieleniem Rosji pomocy. Bob Dole dał się przekonać argumentem, że po zakończeniu zimnej wojny nie powinniśmy powtórzyć błędu, jaki popełnili zwycięzcy po pierwszej wojnie światowej, w której Dole sam bohatersko walczył. Newt Gingrich był zdecydowanie za udzieleniem pomocy, powiedział nawet, że jest to “przełomowa chwila” dla Ameryki” – relacjonuje Bill Clinton [1]. Jednym słowem, czołowi demokraci (a wśród nich obaj prezydenci: ówczesny i obecny) oraz republikanie zgodnie rzecznikowali idei gospodarczego wsparcia Rosji. Chociaż sam beneficjent okazał się wyjątkowo wymagający: “(..) Jelcyn tłumaczył mi, że przyjmując amerykańską pomoc, która ma ułatwić Rosji przejście do demokracji, nie może sprawiać wrażenia, że poddaje się naszemu dyktatowi. Kiedy przeszliśmy do szczegółów pakietu pomocy, powiedział, że plan mu odpowiada, ale potrzebuje więcej pieniędzy na mieszkania dla wojskowych wracających z państw bałtyckich. Wielu z nich mieszkało w namiotach” – opowiada stojący w latach 1993-2001 na czele państwa amerykańskiego Clinton [2].   

Sprawcza rola Bidena w tamtej akcji pomocowej dla Kremla powinna ostudzić zapędy wszystkich, którzy z kolei po obecnym lokatorze Białego Domu spodziewają się ofensywnej polityki wobec Rosji. Skupi się na wewnętrznych sprawach. Zaś gdy utyskuje na niedostatki demokracji, Polskę wymienia jednym tchem z Białorusią a nie tylko Węgrami. Zaś amerykańskie pieniądze pomogły też Jelcynowi po raz wtóry, kiedy stabilności światowej gospodarki zagroził rosyjski kryzys finansowy w 1998 r.

Jak pijane dzieci we mgle

Jeszcze bardziej pouczające okazuje się polskie doświadczenie, związane z dojściem do władzy obecnego rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Gdy Borys Jelcyn w Sylwestra 1999 r. desygnował go na następcę – wszyscy korespondenci polskich mediów komentowali ten fakt nie z Moskwy, lecz ze studia w Warszawie, bo… właśnie byli na urlopach. Pokazuje to ich orientację w temacie. Przekazy dzienników nastawione były na komplikacje, związane z “efektem 2000 roku” w komputerach nie na zmianę na Kremlu.

Domorośli spece zachowali się więc niczym pijane dzieci we mgle: zaś jak pamiętamy po rosyjsku słowo mgła brzmi nie inaczej jak “tuman”.

Podobnie spytać można, które z licznych think tanków od studiów wschodnich a nawet nadających w tamtym kierunku kanałów telewizyjnych (“Biełsat”) precyzyjnie przewidziały kolejne działania nowego prezydenta jak wojna w Gruzji czy aneksja Krymu.

Gdy bodajże w trzecim roku prezydentury Putina w Warszawie pojawił się wpływowy wtedy jeszcze i obiecujący lider rosyjskich demokratów szef partii Jabłoko Grigorij Jawliński – czas dla niego znaleźli wyłącznie politycy pozaparlamentarnej już wtedy Unii Wolności, ale żadnej siły obecnej w Sejmie.

Zaś gdy w marcu 2015 r. marszałek Senatu Bogdan Borusewicz postanowił wybrać się na pogrzeb innego demokraty, zamordowanego Borysa Niemcowa – po prostu go do Rosji nie wpuszczono. W tym upokorzeniu trudno nie dostrzec efektu naszej wcześniejszej polityki wschodniej. Gdy politycy okazują się nieskuteczni, a domorośli eksperci biorą pieniądze za nic – warto posłuchać znawców tematu, by nie powtarzać starych błędów.

Nie nadążamy za zmianami

“Współczesna Rosja szybko oddala się od radzieckiej przeszłości” – stwierdza prof. Witold Modzelewski w książce “Polska – Rosja. Rok 1919. Refleksje na minione stulecie”. “(..) Sowietyzacja miała jednocześnie charakter brutalny i powierzchowny, a przede wszystkim byle jaki. To prawda, tak ważni dla współczesnej Rosji ludzie, jak chociażby Wiktor Jerofiejew twierdzą, że po okresie sowieckim Rosjanie odziedziczyli przede wszystkim niechlujstwo i “nachuizm”, który jest piętnem, a raczej rodzajem upośledzenia właśnie o dziedzicznym charakterze. Być może. Bolszewizacja, mimo swej brutalności, była jednak pozorna i fasadowa, podobnie jak socjalistyczna poprawność Polski Ludowej (..). Ostatnie lata władzy radzieckiej przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku są już dla połowy współczesnego społeczeństwa Rosji zamierzchłą i prawie zapomnianą przeszłością, podobnie jak u nas lata Polski Ludowej. Banałem jest stwierdzenie, że tamten czas nigdy nie wróci” [3]. Dalej ekonomista Modzelewski z nieodpartą logiką wykazuje, że gdyby potraktować stwierdzenia o grożącej nam inwazji rosyjskiej, to biorąc pod uwagę militarny a zwłaszcza nuklearny potencjał przyszłego agresora, przedsiębiorcy rodzimi i obcy pragnęliby się stąd jak najszybciej zwijać. A tak przecież nie jest. Nawet w pandemii zagraniczny kapitał transferuje z Polski ogromne zyski.

Zaś dla rządzących tezy o wiecznej infiltracji ze Wschodu stają się wymarzonym alibi dla własnej nieudolności, co widać na przykładzie afery z mailami ministra Michała Dworczyka. Gdyby przestrzegano zasad bezpieczeństwa, rosyjscy hakerzy niewiele mieliby satysfakcji z jego skrzynki.

Racja stanu i zabawki od wuja Sama

Wróćmy jednak do toku myślenia prof. Modzelewskiego: “Nie bardzo rozumiem, skąd bierze się publicznie wyrażany strach przed rzekomą agresją. Najczęściej stawiana jest teza, że idzie o lobbing firm amerykańskich, które chcą nam sprzedać produkowany przez siebie sprzęt wojskowy. Obywatele mogą przecież zadać pytanie (i pytają): po co mamy dać zarobić kilku wielkim koncernom, których obroty są zapewne większe od polskiego budżetu, kupując np. samoloty wojskowe i wydając na to grube miliardy złotych? Przecież nas na to obiektywnie nie stać. Warto przeliczyć, o ile wzrosłyby świadczenia społeczne, o ile bylibyśmy bogatsi, gdyby te pieniądze zostały w kraju. Trzeba więc straszyć wyimiaginowaną agresją rosyjską, aby pozwolić politykom kupić kilkanaście nowych zabawek (..). Wniosek jest tylko jeden – nie bądźmy “poetami w polityce” (określenie Ottona von Bismarcka) i nie dajmy sobie narzucić roli antyrosyjskiego dywersanta nie swoich interesów” – konkluduje bezlitośnie Witold Modzelewski [4].        
W polityce wschodniej realizujemy bowiem interesy niemieckie i amerykańskie, które to mocarstwa z naszym nieudolnym pośrednictwem próbowały demokratyzować, europeizować i cywilizować po kolei najpierw Ukrainę a następnie Białoruś. Zaniedbano przy tym kluczowe dla polskiej racji stanu sprawy: położenie mniejszości polskich za kordonem przez sześć lat obowiązywania pisowskiej doktryny wstawania z kolan wydatnie się pogorszyło. Za kratami białoruskich więzień przebywają wciąż Andżelika Borys i Andrzej Poczobut ale przekazem skierowanym w tamtą stronę rządzą dziś mrzonki senatorówny Agnieszki Romaszewskiej (twórczyni Biełsatu) oraz parawesternowe opowieści o przepychankach pograniczników w stylu filmu z czasów późnego Gomułki “Wilcze echa”. Lekceważy się za to postulaty czy nawet obserwacje środowisk Kresowian, najlepiej Wschód znających i gotowych dzielić się swoją wiedzą, byle tylko władza postanowiła ich wysłuchać. Ale nie zamierza. 

Blankietowe i bezwarunkowe poparcie dla “pomarańczowej rewolucji” oraz “euromajdanu” na Ukrainie nie zapobiegło odrzuceniu ich przywódców przez miejscowe społeczeństwo w demokratycznych wyborach. Kurczowe wspieranie skompromitowanych polityków jak producent tanich słodyczy Petro Poroszenko w oczywisty sposób utrudniło kontakty z ich następcami. Następca wytwórcy kiepskich cukierków w fotelu prezydenckim Wołodymyr Zełenski, który najpierw zagrał w sitcomie zwyczajnego gościa co walczy z korupcją aż obejmie najwyższy urząd w państwie, a potem w realu już powtórzył tę drogę – nie ma teraz powodu być Polsce życzliwy. Wzniecany przy okazji kolejnych prozachodnich awantur nad Dnieprem miejscowy nacjonalizm szkodzi kwestii polskich upamiętnień wraz z najcenniejszymi (Cmentarz Orląt Lwowskich) oraz przywracaniu rzetelnej prawdy o rzezi wołyńskiej. W tej ostatniej kwestii nastąpił oczywisty regres: Ukraina uchwaliła bowiem ustawę, penalizującą krytykę ludobójczej i sadystycznej UPA. Nie wycofała się z niej, jak u nas PiS pod naciskiem amerykańsko-izraelskim z nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, wprowadzającej kary za kłamliwe przypisywanie Polakom współudziału w Holocauście. Zwolennicy wstawania z kolan przystali na to, chociaż wśród drzew zasadzonych w Yad Vashem ku czci bohaterów ratujących żydowskich współobywateli podczas okupacji niemieckiej najwięcej upamiętnia Polaków. 

Dla Niemiec i USA polska polityka wschodnia ma wspierać wszelkich, nawet najbardziej odrażających (jak neobanderowcy) konkurentów Rosji, co cyklicznie pogarsza nasze relacje z Kremlem, niezależnie czy ten ostatni szuka pretekstu dla realizacji imperialnego kursu w stylu ekspansyjnej ideologii Aleksandra Dugina czy rzeczywiście wychodzi przeciw nastrojom własnej opinii, bo chociaż Putin demokratą nie jest, znakomicie je odczytuje. Zaś porównanie niezmiennie wysportowanego, czującego kamery i obdarzonego refleksem 69-letniego prezydenta Rosji z raptem o trzy lata starszym Jarosławem Kaczyńskim, przysypiającym niczym mumia na prezentacjach własnego rządu i partii, a coraz bardziej przy tym przypominającym Leonida Breżniewa z jego ostatniego czasu pokazuje, że czas, kiedy kpiliśmy z sąsiadów i ich zgrzybiałych przywódców miją bezpowrotnie. Dziś to oni się z nas śmieją. 

Z tym również PiS biernie się godzi, bo obecna ekipa wykazuje się jak żadna poprzednia żenującą indolencją w polityce zagranicznej. Dowodzi tego sławetna amerykańska “ustawa 447” o obowiązkowej restytucji bezspadkowego mienia pozostałego po obywatelach Polski pochodzenia żydowskiego, którzy padli ofiarą Holocaustu. Dopóki ambasadorem w Waszyngtonie pozostawał Ryszard Schnepf, potrafił zatrzymać obraźliwe dla Polski pomysły z dala od sali obrad Kongresu. Zaniedbał tego znakomity specjalista od kultury ariańskiej prof. Piotr Wilczek, powołany na stanowisko przez PiS. Zaś jego z kolei następca Marek Magierowski, gdy był na poprzedniej placówce w Izraelu, pozwolił, żeby go na ulicy opluto, co nie najlepiej rokuje jego misji w Waszyngtonie. Niesławna “447” stanowi bezprzykładny policzek dla Polski, bo zrównuje nas z sojusznikami Hitlera jak Węgry i Słowacja wspierającymi go w zbrodniczej logistyce “ostatecznego rozwiązania”. 

Sztabowcy i książęta

Powracająca anachroniczna koncepcja otoczenia Niemiec kordonem słabych i skłóconych państw narodowych przyświecała strategii wilhelmińskich sztabowców w dobie I wojny światowej. Mitteleuropa służyć miała założeniu, że kraiki te w razie czego wezmą na siebie impet uderzenia odrodzonej w sile Rosji, zaś dla samego Reichu też nie będą trudną zdobyczą. Pielęgnowały ją jeszcze Niemcy weimarskie. 

Rozmija się to w sposób oczywisty ze strategicznymi celami Polski. Miejscem Mitteleuropy jest muzeum.

Podobnie – z całym szacunkiem – jak koncepcji Juliusza Mieroszewskiego, zrodzonych w kręgu paryskiej “Kultury”. W krańcowo odmiennej sytuacji zakładały one, że nas z kolei odgrodzą od Rosji demokratyczne państwa ukraińskie, białoruskie i litewskie. Miało to rację bytu w ostatnim okresie istnienia ZSRR. Zestarzało się rychło, gdy okazało się, że świeżo niepodległe kraje sąsiadujące z nami na Wschodzie radzą sobie dużo gorzej niż Rosja: przecież Białoruś okazuje się dyktaturą typu trzecioświatowego, zaś Ukraina państwem upadłym, eksportującym do nas siłę roboczą, psującą polski rynek pracy. Gdy przywołuje się wizje emigrantów rodem z Maisons-Laffitte, warto przypomnieć, że sam Jerzy Giedroyć wychowany w mińskim gimnazjum znał rosyjski tak znakomicie, że w 1920 r. służył jako nastolatek w nasłuchu radiowym w czasie wojny antybolszewickiej (zachowały się jego zdjęcia z buzią dziecka i ogromnymi słuchawkami na uszach). Żona “księcia” była Rosjanką, wszyscy biali emigranci w międzywojennej Warszawie – stałymi ich gośćmi na brydżu, zaś on sam wiernym abonentem wszystkiego, co drukowano bukwami. Wrogości wobec Rosji Giedroyc nigdy nie żywił. Zwycięstwo Jelcyna nad Janajewem redaktor “Kultury” przyjął z podobnymi nadziejami jak mec. Olszewski.

Niepodległość przeżyjemy tak jak cara

Coś złego dzieje się od lat na kierunku wschodnim. Próba eksportowania demokracji w polskim wydaniu do Mińska za pośrednictwem TV Biełsat ośmiesza nas, zważywszy na jej stan w naszym własnym kraju. A przy tym odbywa się środkami anachronicznymi wobec zręcznej propagandy rosyjskiej, uprawianej przez RTR Rossija i Sputnika. Pomysły senatorówny Romaszewskiej na ich tle jawią się jak wysłużona haubica na tle wyrzutni rakietowej. Ważne jednak, że zaplecze medialne PiS na nich zarabia. 

Nawracanie białoruskiej ludności na polskość zaraz po 1918 r. tak wspominał Melchior Wańkowicz: “Byłem na wiecu ludności w Wołkowysku, urządzonym przez Straż Kresową (..).   
– Przecież chyba radzi jesteście – pytał na zebraniu jedną z grup zapalony chłopak, instruktor Straży Kresowej – że car upadł i macie niepodległość.
– A cóż, panoczku – odparł stojący w gromadzie stary chłop – cara my pieretrymali, to i niepodległość pieretrymajem.
Wojewoda wileński, Bociański, reprezentujący pogląd asymilacyjny, dowodził mi z całą powagą, że język białoruski jest odmianą polskiego, gwarą polską.
Ani program federalistów, ani asymilatorów nie był realny” [5]. Podobnie, jak obecne projekty wschodnie polskich polityków, chciałoby się dodać. Z jednego głównie powodu: nie są oryginalne, lecz kalkowane z berlińskich i waszyngtońskich.            

Pora na wizjonerów

Brakuje im wizjonerstwa, które cechowało Ksawerego Pruszyńskiego, innego wielkiego reportażystę. Po układzie gen. Władysława Sikorskiego z Iwanem Majskim, zawartym gdy wojska nazistowskie zbliżały się do Moskwy, Pruszyński pracował jako polski dyplomata rządu londyńskiego w tymczasowej ambasadzie w Kujbyszewie (dzisiaj znów Samarze), bo ze stolicy ewakuowano już wtedy zagraniczne placówki. Ratował wtedy niezliczonych zesłańców, ofiar złowrogiego paktu Ribbentrop-Mołotow. Pisał później w szkicu “Wobec Rosji” z tomu “Noc na Kremlu”: “Oczywiście można myśleć kategoriami doznanych krzywd. Straszliwych, bezrozumnych rzeczy, doznanych przez setki tysięcy naszych rodaków. Damy wtedy dowód czułego serca. Ale nie będziemy składali dowodu politycznego myślenia (..). Żadna “Rosja przyszłości” nigdy nie wykreśli ze swych podręczników szkolnych, ze swej myśli i swego serca widma bohaterskiej obrony Sewastopola, wojennej zimy pod Moskwą, zaciekłej walki o Stalingrad. I otóż, jako publicysta myślący o dalekim jutrze swego narodu, cieszę się, że naród rosyjski, rozmyślając kiedyś o tej chwili wielkiej i tragicznej, nie będzie widział narodu polskiego po przeciwnej stronie, nie pomiesza go z Węgrami, Włochami, Rumunami, Słowakami i innymi wasalami Niemiec, ale zapamięta w nas jedynego sąsiada Rosji, który wbrew temu, co doznał, stanął nie przeciw ale obok rosyjskiego narodu w jego najcięższej walce” [6]. Słowa te as polskiego reportażu zapisał przed prawie 80 laty, jednak dziś potwierdza je pietyzm zwykłych Rosjan wobec tradycji zwycięstwa w wojnie, którą zwykli nazywać wielką ojczyźnianą. Świadczą o tym: zarówno patetyczne ale nośne społecznie hasło “spasiba diedu za pobiedu”, jak żartobliwe naklejki “trofiejne” (zdobyczne), umieszczane na zderzakach coraz liczniejszych w Moskwie czy Nowosybirsku audików i beemwic (ta druga marka znana jest tu – przynajmniej w najmocniejszej wersji – jako “bumer”, pamiętamy znakomity film Piotra Busłowa o nowej Rosji pod takim właśnie tytułem). Potrzebę podkreślania, że pomimo wcześniejszych polskich cierpień w latach 1941-45 oba narody walczyły po tej samej stronie przeciw Hitlerowi w koalicji ratującej ludzkość równie mocno akcentuje w trzy czwarte stulecia po Pruszyńskim prof. Witold Modzelewski. Z martyrologią zresztą rzecz ma się podobnie, znaczna jej część okazuje się wspólna.

Parę lat temu, przy okazji katyńskiej rocznicy, w studyjnej dyskusji w Polskim Radiu zaproponowałem, żeby tam, gdzie krzątają się rosyjscy turyści: na Floriańskiej w Krakowie, Długim Targu w Gdańsku czy warszawskim Nowym Świecie wystawić banery, bez taniej propagandy i makabry, pokazujące, że w Katyniu i innych miejscach martyrologii Polaków mordowali ci sami sprawcy, którzy odpowiadają za miliony rosyjskich ofiar w trakcie wielkich czystek, rozkułaczania zamożnych chłopów i akcji przeciw szkodnikom jak określano posądzanych fałszywie o sabotaż inżynierów i robotników.

– Ja nie mogę tego słuchać – oznajmiła wówczas w studiu pisowska żurnalistka Dorota Kania.

Przez lata PiS słuchał w polityce wschodniej odprysków amerykańskiej i berlińskiej narracji oraz własnej klechdy smoleńskiej. Dziś wobec kompromitacji z raportem Antoniego Macierewicza, ponura bajka o zamachu przestaje wystarczać. Pisowscy notable coraz częściej słyszą, nawet od swoich, okrzyki: – Gdzie jest wrak? Niedawno skarżył się na to nie należący do nadwrażliwych wicemarszałek Senatu Marek Pęk.       
Kontakty polsko-niemieckie w dwadzieścia lat po II wojnie światowej wyglądały bez porównania bardziej ponuro niż obecne relacje z Rosją. Jednak w sytuacji braku stosunków dyplomatycznych list biskupów polskich do episkopatu niemieckiego, wspólne dzieło Stefana Wyszyńskiego, Karola Wojtyły i Bolesława Kominka, chociaż najpierw wywołał szok nie tylko wśród socjalistycznych bojówkarzy wydzierajacych się pod siedzibą prymasa: “Oddaj marki” – w cztery lata utorował drogę na uznania przez RFN granicy na Odrze i Nysie (1970 r.). Racja stanu znajduje wyraz w nagłym impulsie do przełamywania uprzedzeń.

Chory na Ruskich

Zwłaszcza, jeśli politycy mają tylko podążyć śladem własnych wyborców, którzy od dawna już się pogodzili i niemal pobratali na przygranicznych bazarach, a potem również biznesowych i turystycznych szlakach. Drobny handel z niedawnym Wielkim Bratem dopomógł wielu Polakom tak, by nie osunęli się w dobie transformacji w otchłanie nędzy i biedy ale dla ich handlowych partnerów też okazał się ratunkiem. Nie zapomnę rozmowy, jaką w latach 90. odbyłem z dawnym kolegą z podyplomowych studiów dziennikarskich. Mieszkał wtedy w Siedlcach, zadzwonił, że jest w Warszawie i wpadnie na chwilę. Spytałem, czym się zajmuje. – Na komorze pracowałem – odpowiedział. Chodziło o Główny Urząd Celny.
– Ale teraz to nie mam roboty, tylko szukam.
– A od dawna nie masz pracy?
– Nie, jakie tam dawno, raptem pół roku – z jego odpowiedzi wniosłem, że na Podlasiu czas biegnie nieco wolniejszym trybem.
Nie o to jednak teraz chodzi. Łagodnie wypytałem go, z czego właściwie żyje.
– Wiesz, mój stary jest chory na Ruskich – opowiedział enigmatycznie.
Moja mina skłoniła go, żeby mówił dalej. To znaczy, że jego ojciec emeryt krzątał się po bazarach, gdzie handlowali Rosjanie. Masowo skupował barachło: czajniki, grzałki, sokowirówki, wszystko co elektryczne. Co działało, zaraz drożej sprzedawał, co zepsute, sam naprawiał, bo złota rączka i… jak wyżej. Starczyło na to, żeby utrzymać siebie, żonę i jeszcze syna z dwoma dyplomami pedagogiki i dziennikarstwa, z których “chory na Ruskich” tato bardzo był dumny i wykształceniem potomka chwalił się chętnie wśród znajomych i rodziny.

Za to orderów nie przyznają. Ale to też część najnowszej historii polsko-rosyjskiej.        

Tupaniem nie przestawimy niedźwiedzia na dietę wegetariańską

Na okładkach polskich tygodników Rosja przedstawiana jest – niczym kiedyś w słynnym numerze “Sterna” z cover story o zagrożeniu radziecką interwencją w dobie pierwszej Solidarności – chętnie i często pod postacią niedźwiedzia. Jednak tupanie na niedźwiedzia w nadziei, że się nas przestraszy i przestawi na wegetarianizm wydaje się pozbawione sensu. Co najwyżej bardziej się wścieknie.

Władimir Putin nie jest bowiem pluszowym misiem, podobnie jak nie był nim Nikita Chruszczow ani Michaił Gorbaczow a wreszcie Borys Jelcyn, a jednak każdego z tych trzech liderów udało się w odmiennych realiach skłonić do akceptacji godziwego minimum polskich interesów, określanego przez naszą rację stanu. Pierwszy z nich nie posłał czołgów 1956 r. na Żerań ani Politechnikę jak na Budapeszt, drugi nie skazywał na śmierć protestujących studentów Warszawy i Krakowa w 1988 r. jak uczynił to z ich bohaterskim kolegą z Ałma Aty Kiriadem Ryskulbekowem, przeciw którego egzekucji daremnie wraz z Mariuszem Kamińskim wtedy na UW protestowaliśmy, trzeci nie najechał Polski jak Czeczenii z powodu jej narodowych aspiracji. I co szczególnie istotne – również oni sami całkiem nieźle na tym wyszli. Co dowodzi, że nasze interesy nie są tak rozbieżne, jak się nam wmawia. 

Sensowne wydaje się raczej trwałe porzucenie stereotypów i demonów propagandy. Adam Mickiewicz chociaż “urodzony w niewoli, okuty w powiciu” potrafił znaleźć przyjaciół Moskali spośród najwybitniejszych w tamtym pokoleniu. Józef Piłsudski, zwycięsko wojując z bolszewikami, słusznie nie poparł białych generałów, skoro nie kwapili się zagwarantować niepodległości Polski. Gen. Władysław Sikorski potrafił podpisać z Rosjanami układ sojuszniczy, za sprawą którego bramy niezliczonych łagrów i rogatki “posiołków” pracy przymusowej otworzyły się nagle i niespodziewanie przed przyszłymi bohaterami spod Monte Cassino.

“Na kierunku wschodnim”, jak w swojej chropowatej polszczyznie mawiają geopolitycy i stratedzy – sukces przynoszą wyłącznie działania nieszablonowe. Przez banalne już przeszliśmy. Za ich sprawą straciliśmy trzydzieści lat. Wystarczy. Ani kroku wstecz. Rosjanie równie dobrze jak my znają to hasło.   


[1] Bill Clinton. Moje życie. Świat Książki, Warszawa 2004, s. 469, przeł. Piotr Amsterdamski i in.
[2] ibidem
[3] Witold Modzelewski. Polska – Rosja. Rok 1919 – Refleksje na minione stulecie. t. VI. Instytut Studiów Podatkowych, Warszawa 2019, s. 170-172   
[4] Modzelewski, Polska – Rosja… op. cit, s. 233-234   
[5] Melchior Wańkowicz. Przez cztery klimaty 1912-1972. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972, s. 561
[6] Ksawery Pruszyński. Noc na Kremlu. Oficyna Literatów “Rój”, Warszawa 1989, s. 181-183                 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here