Reset, współczesna nazwa cudu

0
102

czyli jak postępować z Rosją

Zdaniem Witolda Modzelewskiego zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej sprzed stu lat nie zmienia faktu, że wyprawa kijowska była fatalnym błędem Józefa Piłsudskiego. Sciągnęliśmy na siebie nieszczęście, tyle, ze za sprawą wygranej nad Wisłą i Niemnem skutki udało się odwlec w czasie.

Równie dobitna okazuje się krytyka współczesnej polityki wschodniej i to wszystkich kolejnych ekip: wsparcie dla nacjonalistycznej Ukrainy pomajdanowej stanowi obecny odpowiednik kijowskiej awantury, a pożytek ze sztucznego podtrzymywania wrogości wobec Rosji odnoszą Niemcy czy Amerykanie, wcale Polsce ona nie służy.

Kojarzący się bardziej z podatkami i światem finansów ich były wiceminister daje w książce “Polska – Rosja. Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę” kolejną interpretację dyplomacji “na kierunku wschodnim”, z którą można się zgadzać lub nie, ale nie da się jej pominąć. Zwłaszcza, że Witold Modzelewski pozostaje zwolennikiem dyskusji i sam publiczne debaty na ten temat organizował: przed rokiem z udziałem ambasadora Siergieja Andriejewa i licznych polskich ekspertów. Czas pandemii wykorzystał do stworzenia dzieła, pokazującego, że przeszłość trzeba znać i wyciągać z niej wnioski, ale nie jesteśmy jej niewolnikami. Jeśli były w polskiej historii tendencje fałszywe i szkodliwe, najwyższa pora je odwrócić. Bo profesor Modzelewski w żadne fatalizmy nie wierzy: politykę i historię tworzą bowiem ludzie. Polacy zaś powinni przećwiczyć suwerenne działanie we własnym interesie, a nie wyciąganie kasztanów z ognia dla innych.

Zanim Józef Piłsudski ruszył na Kijów, bolszewicy skłonni byli przystać na warunki pokoju i granice co najmniej równie dla nas korzystne, jak te, co znalazły się w zamykającym wojnę traktacie ryskim z 1921 r. W świetle tych faktów ofiara życia kilkuset tysięcy polskich obywateli a także zagrożenie, jakie niosła za sobą  armia Tuchaczewskiego na przedmieściach Warszawy, ulicach Płocka, we Lwowie i pod Toruniem stanowiły efekt realizowania inspiracji niemieckiej, jak wskazuje prof. Modzelewski. Podobnie jak niegdyś Józef Mackiewicz ma też pretensje do ówczesnych sterników polskiej polityki, że nie wsparli skutecznie  “białej Rosji” przeciw bolszewikom. Tyle, że Anton Denikin ani Piotr Wrangel nie zdobyli się na jednoznaczne deklaracje w sprawie niepodległości i granic Polski. Profesor przestrzega ścisłości terminologicznej, by odróżniać bolszewicką nawałę od imperializmu rosyjskiego, ponieważ bolszewicy po objęciu władzy najwięcej strat i krzywd zadali samej Rosji. Tę ostatnią reprezentowali biali generałowie.

Odrzuca Modzelewski kategorycznie koncepcje takie jak zawarta w “Od białego caratu do czerwonego” Jana Kucharzewskiego wizja nieuchronnej totalnej ekspansji.  
Wielką wagę, zapewne przesadną, jakby nie było pobytu w twierdzy magdeburskiej, przypisuje Modzelewski roli Piłsudskiego jako sojusznika Niemców, który w jego oczach nigdy z tej roli nie wyszedł. Dla priorytetów Naczelnika Państwa bardziej istotne pozostawało zapewne społeczne pochodzenie kresowego szlachcica, nawet studia odbywającego w Charkowie, dla którego Polska centralna była co najwyżej miejscem uprawiania konspiracji w Warszawie czy Łodzi, zaś Galicja – formowania strzelców i Pierwszej Kadrowej od ćwiczeń na Błoniach po wymarsz z Oleandrów. Zaś ulubionymi autorami lektur Komendanta pozostawali romantycy, niemal bez wyjątku żyjący wizjami związanymi z duchem I Rzeczypospolitej, której wskrzeszenie w ich czasach trudne, w dobie Piłsudskiego okazało się zwyczajnie niemożliwe. A przez to straciliśmy Olsztyn, gdzie gdyby nie marsz bolszewików na Warszawę mogliśmy z przegranymi w wojnie Niemcami wygrać w lipcu 1920 r. plebiscyt. Więcej też dałoby się uzyskać na Śląsku.

W Wersalu bowiem nie rozumiano ani nie popierano naszych ekspansji wschodnich, ale dla osłabienia “boszów” zyskalibyśmy zrozumienie. Dziś wiemy więcej, łatwiej oceniać. Surowość prof. Modzelewskiego wynika z faktu, że źródła 17 września 1939 r. dostrzega dziewiętnaście lat wcześniej. Tyle, że egzekucję udało się odroczyć. Finał drugiej wojny światowej – jak przypomina Modzelewski – dał Polsce ziemie zachodnie i północne, na co zasłużyła, wystawiając pół miliona ludzi w mundurach na trzech frontach tych zmagań (zachodnim, włoskim i wschodnim) jako czwarta armia zwycięskiej koalicji. Dlatego Modzelewski odrzuca zarówno “teorię dwóch wrogów” jak opinie o równorzędności dwóch okupacji: niemieckiej i radzieckiej.

Jednak nowy porządek, ustanawiany po 1989 r. w Europie, w jego przekonaniu niebezpiecznie przypomina wizję niemieckich sztabowców z końca pierwszej wojny światowej, osławioną Mitteleuropę, w której Niemcy miały zostać od Rosji oddzielone pasmem państw strategicznie słabych, skłóconych ze sobą wzajemnie i przez Berlin zdominowanych.

Symon Petlura jako sojusznik Piłsudskiego nie miał żadnego poparcia w społeczeństwie ukraińskim. Dlatego zdobywanie Kijowa polegało na tym, że polscy żołnierze wsiedli do tramwaju  i pojechali nim do centrum, a nikt ich jako wyzwolicieli tam nie witał. Ta słabość łączy atamana ze współczesnymi politykami ukraińskimi, których kolejne rządy polskie wspierały, bo byli równocześnie antyrosyjscy i proniemieccy oraz proamerykańscy. Polsce to korzyści nie przyniosło. Co więcej, za rządów zwycięzców pomarańczowej rewolucji i uczestników Euromajdanu pogorszył się los Polaków na tych ziemiach, wzmogła się też nacjonalistyczna histeria, utrudniająca upamiętnianie ofiar rzezi wołyńskiej czy Orląt Lwowskich. Otwarcie popierany przez Polskę prezydent Petro Poroszenko sromotnie przegrał kolejne wybory z popularnym aktorem znanym z sitcomów Wołodymyrem Zełenskim który głową państwa został najpierw w serialu, a potem w realu…  

Rusofobia to (wielki) biznes robiony na Polakach – przestrzega prof. Witold Modzelewski. Przypomina, że w ostatnim pięćdziesięcioleciu Kongresówki (1865-1914) gospodarczo jej ziemie rozkwitły pomimo braku suwerenności. “W ciągu ostatnich trzydziestu lat mógłby się powtórzyć fenomen rozwoju polskiego przemysłu, bo nie ma już Związku Radzieckiego, rynek rosyjski jest chłonny, a polski przemysł mógłby osiągnąć taki sukces, jak przed ponad stu laty mimo zniszczeń spowodowanych przez tzw. reformy Balcerowicza. Bogactwo daje siłę i niezależność.

Byłoby to jednak sprzeczne z wizją naszego miejsca w Mitteleuropie jako nieważnego zaplecza, podporządkowanego interesom niemieckiej gospodarki. Trzeba więc cały czas psuć relacje polityczne między Polską a Rosją, odstraszać polskich eksporterów od tego rynku, bo stanowi on dużo korzystniejszą alternatywę wobec roli podwykonawcy niemieckich zleceń. Stąd brednie o “rosyjskiej agresji”, stanie “wojny hybrydowej”, w którym (jakoby) jesteśmy z Rosją. Biznes nie lubi politycznych kłótni” – zauważa profesor [1]. Sprzeciwia się rozumowaniu, w którym: “Mamy być kolejną ofiarą, bo wcześniej nastąpiła “agresja na Gruzję”, a potem “agresja na Ukrainę”, mimo, że nie są one w stanie wojny z jakimkolwiek państwem, a z Rosją (która jest tym “agresorem”) mają nadal stosunki dyplomatyczne. Najistotniejsze jest to, że polskich (i obcych) przedsiębiorców i inwestorów straszy się potencjalną agresją Rosji. Apeluję więc o opamiętanie.

Gdyby ktoś poważnie traktował te wypowiedzi, to należałoby natychmiast zwijać w Polsce interesy i wytransferować wszystko, co się da, za granicę. W państwie raczej niezbyt dużym, zagrożonym “agresją” mocarstwa nuklearnego, mającego w dodatku jedną z największych (..) armii świata, nikt nie będzie inwestować swoich pieniędzy, bo może je szybko stracić. Na szczęście nikt nie bierze serio folkloru naszej sceny politycznej (..)” [2]. Wiemy, więc kto traci.

Modzelewski szuka też odpowiedzi na pytanie, kto na tym zarabia: “Najczęściej stawiana jest teza, że idzie o lobbing firm amerykańskich, które chcą nam sprzedać produkowany przez siebie sprzęt wojskowy. Obywatele mogą przecież zadać pytanie, (i pytają), po co mamy dać zarobić wielkim koncernom, których obroty są zapewne większe od polskiego budżetu, np. kupując za grube miliardy samoloty wojskowe. Przecież nas na to obiektywnie nie stać” [3].

Nie tylko Modzelewski nie wierzy w nieuniknioną wrogość wzajemną Polski i Rosji, zaprzeczają jej również znakomite po 1989 r. kontakty bezpośrednie – od handlu bazarowego zaraz po upadku komunizmu w obu krajach po niedawne aż do czasu pandemii wizyty rosyjskich turystów z klasy średniej i wyższej, zauroczonych Krakowem, Wrocławiem czy warszawskim Krakowskim Przedmieściem i zostawiających tu polskim restauratorom czy właścicielom hoteli całkiem godziwe pieniądze. Przezwyciężanie uprzedzeń – bez wątpienia wzajemnych – dokonywało się poprzez relacje międzyludzkie, nawet jeśli te biznesowe utrudniały władze obu państw.

Paradoks międzypaństwowych stosunków polsko-rosyjskich polega na tym, że zostały doprowadzone do stanu tak fatalnego, że aby coś zmienić, można je wyłącznie poprawiać. W tym zawiera się szansa. Dawne koncepcje polityki wschodniej – jak stworzona przez Jerzego Giedroycia czy zwłaszcza Juliusza Mieroszewskiego idea wzmacniania przez Polskę niepodległościowych aspiracji narodów położonych między nami a Rosją datują się jeszcze z czasów istnienia ZSRR i chociaż wizjonerskie nie pasują do obecnych warunków – zwłaszcza do sposobu traktowania przez nowo powstałe państwa polskich mniejszości i podejścia rządzących tam do historii. Istniejące think tanki z Ośrodkiem Studiów Wschodnich na czele nie przewidziały nawet trwającego od sierpnia permanentnego społecznego protestu na Białorusi. Media takie jak Biełsat próbują za to eksportować do Mińska i Grodna obecny polski model demokracji, co wobec jego oczywistych słabości naraża nas na niepowodzenie, a pieniądze polskiego podatnika na zmarnowanie.

Witold Modzelewski propaguje w tej sytuacji nowe myślenie, wolne od doktryn i uprzedzeń. Skoro gorzej być nie może, niech będzie lepiej. Kto to postuluje, zyska sobie miano obrazoburcy, ale pamiętamy jakie gromy spadły na polskich biskupów, gdy w dwadzieścia lat po wojnie zaproponowali w słynnym liście zwrot w stosunkach polsko-niemieckich. Dziś chwalimy ich historyczną mądrość.

Współczesnym odpowiednikiem cudu nad Wisłą wydaje się reset w stosunkach z Rosją. Zastąpienie uprzedzeń pragmatyzmem, kosztem “partii wojny” na Kremlu i lobbystów amerykańskich koncernów zbrojeniowych u nas w kraju. Jak wiadomo, reset w kontaktach z Moskwą ogłosił wkrótce po swoim wyborze Barack Obama, wkrótce laureat pokojowej nagrody Nobla. Gdy wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał kolejny kandydat demokratów, Joe Biden, również po nim spodziewać się można podobnej deklaracji. Rodzi to istotną przesłankę normalizacji stosunków z Rosją: abyśmy nie pozostali sami na polu minowym. Bo po nim ciężko się stąpa…

Prof. Witold Modzelewski pokazuje lepszą, chociaż wymagającą porzucenia stereotypów drogę. I daje nam wszystkim do myślenia…

[1] Witold Modzelewski. Polska – Rosja. Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę. Wyd. Instytut Studiów Podatkowych, Warszawa 2020, s. 210 
[2] ibidem, s. 225 
[3] ibidem, s. 226

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.5 / 5. ilość głosów 8

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here