Skąd się biorą politycy

0
80

Mistrzowie, patroni i mentorzy jak w USA. Elitarne szkoły liderów jak francuska ENA, zmuszona zresztą do zmiany nazwy pod presją “żółtych kamizelek”. Kombatanci z Legionów i dawni posłowie parlamentów zaborczych oraz urzędnicy austro-węgierscy w międzywojniu. Sposobów na wyłanianie skutecznej klasy politycznej jest mnóstwo. Jednak Polska po przełomie ustrojowym, chociaż miną zaraz 33 lata, wciąż nie dopracowała się własnego.

Afera Łukasza Mejzy, który za posadę wiceministra sportu miał dać rządowi większość, a stał się wirusem kolejnej afery, ale też pokorne odklepywanie przez polityków PiS przekazów dnia w sprawie Pegasusa czy “lex Czarnek” pokazują jak bakcyle karierowiczostwa i wyzywającej przeciętności trawią polską politykę.

Za rządów PiS dzieje się gorzej niż za poprzedników. Wprawdzie Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, która miała przygotować fachowe kadry apolitycznych urzędników demokratycznego państwa otrzymała imię Lecha Kaczyńskiego, ale równocześnie kolejne ustawy przyniosły destrukcję służby cywilnej. 

Kadr zdolnych do przejęcia odpowiedzialności za państwo nie widać także w opozycji. Tam formacje dzielą się na wodzowskie jak PO-KO Donalda Tuska czy Polska 2050 Szymona Hołowni ze znanymi już liderami oraz oparte na skomplikowanym układzie personalnym jak PSL czy Lewica, gdzie kierownictwo wyłania się ze żmudnej gry interesów. Nie odnowią życia publicznego w Polsce. Wątpliwe, by powiodło się to ruchom protestu od AgroUnii Michała Kołodziejczaka po Komitet Obrony Demokracji i Strajk Kobiet, bo choćby ten ostatni obrósł dobrymi wujkami i pieczeniarzami oddelegowanymi przez partie opozycji spośród kolegów, którzy nie uzyskali mandatów w ostatnich wyborach. 

Pewne nadzieje wiązać da się wyłącznie z odradzaniem się Powszechnego Samorządu Gospodarczego oraz z dalszym okrzepnięciem samorządu terytorialnego, dla którego dłuższa niż poprzednio, bo pięcioletnia kadencja, w dodatku w arcytrudnym czasie pandemii, stwarza szansę sprawdzenia się w codziennej trudnej walce – to nie patos lecz fakt – o zdrowie mieszkańców.

Nie idealizujmy jednak na wyrost. Samorządowcem z sejmiku lubuskiego był jednak także wspomniany już Mejza, o czym również zapominać nie można. Obok mechanizmów wynoszących osoby ambitne istnieć muszą blokady i mechanizm clearingu, pozwalający dowiedzieć się o beneficjentach szybkich karier również tego, czego sami nie zechcą nam ujawnić. 

Kolejna droga awansu ważna przez kilkadziesiąt lat, poprzez związki zawodowe, wydaje się już wyczerpana, bo interesy grupowe uczą egoizmu nie wspólnoty. Przekonaliśmy się o tym przy okazji “mandarynów” stale otaczających Mariana Krzaklewskiego. Przy obecnych propisowskich działaczach i tak się mężami stanu wydają. Nawet dzielnie stawiającym czoła władzy Związkiem Nauczycielstwa Polskiego kierują ci sami od lat liderzy.

Urzędnik do szesnastej, redaktor po godzinach      

Kiedyś było inaczej. Czesław Miłosz zapamiętał z międzywojnia Jerzego Giedroycia jako “uczynnego radcę z Ministerstwa Rolnictwa”. Przyszły szef paryskiej “Kultury” był wtedy również urzędnikiem w innym resorcie – przemysłu i handlu. Jednak już po przełomie ustrojowym ten sam Jerzy Giedroyc oceniał: “(..) Polacy odznaczają się szczególną słabością charakteru i nie wykształconą administracją. Również o Francji można wiele złego powiedzieć. Na szczęście dla niej, ma ona administrację, która nie uległa zmianom od czasów monarchii i jest kręgosłupem tego kraju. W Polsce takiej administracji nie było. Myśmy nie zdążyli jej ukształtować, nie poświęcaliśmy zresztą temu zbyt wiele uwagi” [1]. Zanim Giedroyc trafił do służby państwowej był czternastoletnim ochotnikiem w wojnie z bolszewikami w 1920 r. kiedy to w prowadzeniu nasłuchu w jednostce łączności przydała mu się biegła znajomość rosyjskiego, którą się wyróżniał jako wychowany na Mińszczyźnie i edukowany w moskiewskim gimnazjum. Potem był rozpolitykowanym działaczem organizacji studenckich. Po pracy w ministerstwie codziennie zjadał obiad i do północy już zajmował się redagowaniem “Buntu Młodych” a później “Polityki” czołowych wówczas opiniotwórczych pism. Po urlopie na Helu zdarzyło mu się za własne pieniądze wydać folder, zachęcający do kupowania polskich ryb. 

Korpus starszych urzędników w międzywojniu tworzyli dawni pracownicy polskojęzycznej administracji austro-węgierskiej, po których sięgano nie tylko w dawnej Galicji: w innych dzielnicach obowiązywał język zaborcy. Na szybką ścieżkę awansu liczyć mogli kombatanci. Podczas jednego ze zjazdów Legionistów marszałek Józef Piłsudski rozejrzał się po wypełnionej tłumem sali:
– Żebym ja was wtedy tylu miał – mruknął w swoim stylu.

Notatnik Mazowieckiego i brzydki skrót Kaczyńskiego

U progu kolejnej niepodległości notatnik telefoniczny Tadeusza Mazowieckiego ważył więcej niż listy dawnych zasług, bo wielu działaczy podziemia związkowego i opozycji z lat 80 zachowało wzmożony krytycyzm wobec pierwszego niekomunistycznego premiera oraz głoszonego przez niego hasła “grubej kreski”, zresztą ściślej Mazowiecki powiedział: “przeszłość odkreślamy grubą linią” co na jedno wychodzi. Na początku pracy w Urzędzie Rady Ministrów zasłynął, że nie wymienił od razu nawet sekretarek i kierowców. Gorzej, że w notatniku premiera figurowały osoby, które intencje nowej ekipy kompromitowały. Symbolem, że nawet w nowej demokracji działa znane z ekonomii prawo Kopernika-Greshama, mówiące o wypieraniu monety lepszej przez gorszą, stało się powołanie na szefa informacji TVP Jacka Snopkiewicza, przed laty zaangażowanego w paskudne kampanie polityczne na łamach związanej z faszyzującą frakcją gen. Mieczysława Moczara “Walki Młodych”.

Rychło zresztą do władzy powrócili postkomuniści, więc znany z międzywojnia klucz kombatancki nie zaczął obowiązywać. Partie sięgały do niezawodnego w ich mniemaniu personalnego zaplecza własnych aparatów biurokratycznych. Przejściowo dawała się odczuć nadreprezentacja pewnych środowisk, tak za premierostwa Jana Krzysztofa Bieleckiego mnóstwo posad objęli gdańscy liberałowie, za rządów AWS regionalni działacze NSZZ “Solidarność” posady tak dzielili jak sami obejmowali, zaś gdy do władzy dwukrotnie dochodził PiS sięgano po działaczy poprzedniej partii Jarosława Kaczyńskiego – Porozumienia Centrum. Mówi się nawet o “zakonie PC”, bo przy prezesie przez fale rozłamów i pęknięć pozostała nieliczna i wypróbowana choć nie zawsze odznaczająca się menedżerskimi umiejętnościami ekipa.

Najwięcej jednak kłopotów wizerunkowych przysporzyły kadry wywodzące się z poprzedniego ustroju, jak prokurator stanu wojennego Stanisław Piotrowicz, gdy stał się twarzą pisowskiej reformy wymiaru sprawiedliwości a potem sędzią Trybunału Konstytucyjnego czy mąż prezeski tej ostatniej instytucji Julii Przyłębskiej, Andrzej Przyłębski, który w latach 70. podpisał jako TW “Wolfgang” deklarację współpracy z tajnymi służbami PRL a za rządów PiS został ambasadorem w Berlinie. Ćwierć wieku temu osławione “TKM” Kaczyńskiego (teraz, k…, my) – chociaż formuła ta w założeniu miała dotyczyć praktyk konkurentów, a nie własnych – stało się hasłem wywoławczym polityki kadrowej opartej na masowym promowaniu awansami biurokratów posłusznych chociaż bez inwencji. Łagodniejszym skrótowcem pozostaje BMW. W tym wypadku oznacza nie luksusową markę samochodów o walorach sportowych, lecz wyliczankę: bierny, mierny ale wierny.

Kuźnia kadr tak sprawna, że aż trzeba nazwę zmienić

Właśnie PiS odeszło od opartego na konkursach oraz zasobach absolwentów Krajowej Szkoły Administracji Publicznej modelu służby cywilnej, fachowej i apolitycznej, wzorowanej na Francji. 

Absolwenci Ecole Nationale d’Administration tworzą tam krąg, który pomimo bez porównania niższych zarobków, na jakie jego uczestnicy mogą liczyć na państwowych posadach, wzbudza respekt wśród menedżerów z sektora prywatnego. Ich pozycja nie opiera się wyłącznie na grupowej lojalności lecz pielęgnowaniu standardów wysokiej klasy zarządzania. Nazywa się ich “enarchami” (les enarques) co sugeruje ścisły związek ze sprawowaniem władzy. 

Co drugi prezydent francuskiej V Republiki to absolwent ENA. Ukończyli ją prezydenci Emmanuel Macron, Francois Hollande, Jacques Chirac i Giscard d’Estaign a także m.in. dawny dyrektor Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju Jacques Attali oraz wieloletni szef dyplomacji Michel Poniatowski. To tej uczelni powołanej po wyzwoleniu przez gen. Charlesa de Gaulle’a – gdy część urzędników splamiła się posłuszeństwem wobec kolaboranckiego reżimu z Vichy i etos trzeba było odbudować – francuska administracja zawdzięcza takie oceny, jak cytowana tu wcześniej autorstwa Giedroycia.

Religią państwową Francji jest administracja (..). Wszechobecna, wszechmocna, wszechfrancuska – stwierdza wieloletni korespondent w tym kraju Grzegorz Dobiecki [2].

Z tego też powodu Macron, którego pierwszą pracą po studiach w ENA była państwowa Inspekcja Finansów, drugą prywatny już Bank Rotschildów zaś kolejną już rząd Republiki – okazał się wyjątkowo niewdzięcznym absolwentem.

Likwiduje bowiem swoją Alma Mater czy ściślej – jak moderują komentatorzy – w klimacie przedwyborczych emocji (wiosną Francuzi wskażą prezydenta a reelekcji Macrona nie da się przesądzić) przynajmniej zmienia jej nazwę. Nowa szkoła działać ma bowiem… w tym samym co ENA budynku w Strasburgu.

Pod nazwą Instytutu Służby Publicznej prowadzić ma bardziej otwartą rekrutację, a absolwenci najpierw mają terminować, nawet jeśli nową EN-ę ukończą z czołowymi lokatami a nie od razu jako 25-letni dyrektorzy rządzić urzędnikami dwa razy od nich starszymi. To efekt egalitarnych haseł protestów “żółtych kamizelek”, oburzonych dziedziczeniem przynależności do establishmentu. Tyle, że wtajemniczeni zakładają, że poza nazwą zmieni się niewiele. Zwłaszcza, że nikt nie wymyślił nic lepszego. Na razie Macron w przedwyborczym zgiełku ogłasza, że zamierza pojednać obywateli ze szczytami państwa: stąd rebranding zasłużonej szkoły [3].  

ENA czy jej następca pod bardziej oględną nazwą – nie są jednak samotną wyspą. Działa też paryskie Sciences Po jak potocznie (Francuzi żywią wielkie zamiłowanie do wszelkiego rodzaju skrótów) określa się Instytut Nauk Politycznych. W każdym razie niezależnie od rebrandingu ENA wciąż tam wzoru warto szukać. Dokładnie tam, gdzie wcześniej.

O skrupulatności francuskich urzędników przekonał się jeden z obywateli, który w latach 80 poproszony o to przez znajomych wystawił zaproszenie studentowi z Polski. Bez tego nie było co liczyć na paszport ani wizę. Ponieważ uczynny Francuz pracował wprawdzie w Paryżu, ale jak wielu rodaków mieszkał w małej miejscowości, a tam pracownicy administracji ze szczególną powagą odnoszą się do swoich obowiązków, dane mu było przeżyć inspekcję, bo urzędnicy złożyli mu w domu niezapowiedzianą wizytę, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście ma tam warunki, żeby studenciaka z Polski gościć jak należy. Oglądali jeden pokój po drugim i sanitariaty.

Na to, co my nazywamy awansem społecznym – Francuzi mówią bardziej obrazowo: winda socjalna. Czy nazywać się będzie ENA czy Instytutem Służby Publicznej, nie ma lepszego mechanizmu, by ruch odbywał się w górę.

Po prostu dobra szkoła

Dobra szkoła pozostawała wartością również w socjalizmie a przynajmniej w znanej z PRL jego wersji. Renomą w Warszawie cieszyły się licea Batorego czy Dąbrowskiego zaś w Krakowie Sobieski, co prominenci uznawali, masowo posyłając tam swoje dzieci. Wprawdzie szybszą karierę mógł zapowiadać dyplom Szkoły Głównej Planowania i Statystyki przezywanej nawet “czerwonym klasztorem”, jednak prestiżem bez porównania wyższym cieszył się wydział ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego przy Długiej ze względu na bez porównywania większy krytycyzm i klasę wykładowców.

Ogromne emocje towarzyszyły w roku akademickim 1989/90 likwidacji Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR. Trudno się temu dziwić, skoro studenci kuźni kadr partyjnych liczyć mogli w zubożałym kraju na wyjątkowo komfortowe warunki nauki i zakwaterowania całkiem niedostępne innym żakom. Uczelnia mieściła się w bocznym skrzydle gmachu Urzędu Rady Ministrów. Jej akademik – o dwa kroki od Belwederu i radzieckiej ambasady.

Pokoje były tam z łazienkami, zaś korytarze pokrywała wykładzina dywanowa. W roku przełomu walcząca z nomenklaturą i planem Balcerowicza Międzymiastówka Anarchistyczna szykowała się więc do szturmu na ten drugi budynek, zaś struktury Niezależnego Zrzeszenia Studentów protestowały przeciw zamiarowi przyjmowania osób z ANS na wydziały nauk politycznych ich uczelni. W tym klimacie opublikowałem na rozkładówce “Gazety Wyborczej” (wtedy o 500-tysięcznym nakładzie) artykuł “Kominy czerwonego klasztoru” [4]. Tytuł pochodził od wypowiedzi rektora Jaremy Maciszewskiego, który na inaugurację newralgicznego roku akademickiego oznajmił:
– Mamy swoje kominy osiągnięć, które jeszcze dymią.

Zaś w uznaniu dla obiektywizmu mojego tekstu, studenci z ANS, wiedząc, że wywodzę się z Konfederacji Polski Niepodległej, wręczyli mi zabraną z szabrowanej właśnie uczelnianej książnicy broszurkę z serii “Biblioteka lektora KC PZPR” właśnie KPN poświęconą. Żaków z kuźni kadr partyjnych porozdzielano ostatecznie bez ich krzywdy po zwyczajnych uczelniach. Przecież to nie oni strzelali z Aurory – mawiano w podobnych sytuacjach.

KSAP, o której była już mowa, miała służyć demokratycznej Polsce tak jak kiedyś ANS i jej poprzedniczka Wyższa Szkoła Nauk Społecznych – PZPR. Jednak politycy na to nie pozwolili. Chociaż ramy jej działania wciąż istnieją. 

Rządzący stawiają jednak na kadry wypróbowane ideologicznie i zasłużone a nie fachowe i wszechstronnie przygotowane. Rolę kadrowego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych pełnił za rządów PiS przez dłuższy czas – później jego wpływy ograniczono, bo podpadł – Andrzej Papierz, przed laty noszący telefon komórkowy za premierem Jerzym Buzkiem. Za czasów Antoniego Macierewicza w Ministerstwie Obrony Narodowej wszechwładny okazywał się sprawca afery nie mniejszej niż Mejza – Bartłomiej Misiewicz. Powszechnie wykpiwano innych młodych protegowanych dawnego ministra od lustracji.

Mizeria kadrowa mści się jednak na rządzących za sprawą kolejnych skandali, którym zapobiec mogłaby obecność urzędników spełniających elementarne chociażby kryteria profesjonalizmu. Pokazała to choćby afera Michała Dworczyka. Nikt nie ostrzegł rządzących przed korzystaniem z nie chronionej poczty elektronicznej, bo obsadę podwładnych dobierali sobie wedle zawodnych wymogów lojalnościowych, zasług i przynależności koteryjnej.

Pamiętamy “córkę leśnika”, której curriculum vitae jeden minister – przez przypadek niefortunnie akurat przed kamerą Polsatu – wręczył drugiemu. W kwestii kadr obecna ekipa doszła do momentu, w którym zadziałać powinien instynkt samozachowawczy. Jeśli się nie odezwie, zapewne afera Pegasusa nie okaże się ani ostatnią ani najgorszą spośród spraw, zdolnych skutecznie podkopać możliwości realnego rządzenia.       

Wszyscy nauczyciele prezydenta

Bill Clinton, który Polskę i inne kraje regionu wprowadził jako prezydent Stanów Zjednoczonych do Sojuszu Atlantyckiego, problemy podbitej przez ZSRR Europy Środkowo-Wschodniej zaczął poznawać 30 lat wcześniej jako stypendysta Rhodesa w angielskim Oxfordzie. Jak opisuje jego biograf David Maraniss: “Po czterech tygodniach Clinton zmienił profil studiów na nauki polityczne “B. Phil” (..). Zmienił również promotora, wybierając Zbigniewa Pełczyńskiego z Pembroke College, dawnego znajomego senatora Fulbrighta (..). Pełczyński wychował się w Polsce, w Grodzisku: jako nastolatek w czasie drugiej wojny światowej działał w ruchu oporu i został aresztowany przez Niemców. Wyzwolony przez Anglików, w ostatnich latach wojny, walczył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Do Oxfordu przybył w 1946 roku, w wieku dwudziestu jeden lat, żeby studiować politologię i pozostał na uczelni. Jesienią i wczesną zimą 1968 roku Pełczyński wykładał sowietologię (..). Clinton co tydzień odwiedzał Polaka w jego kawalerce w North Quad w Pembroke College (..). Dyskutowali również o podziale władzy, o różnych sposobach rozumienia pojęcia “demokracja” oraz o totalitaryzmie i pluralizmie w Europie Wschodniej (..).

Dla Pełczyńskiego było oczywiste, że “Clinton miał umysł polityka. Chciał wszystko zrozumieć, brakowało mu natomiast cierpliwości naukowca (..). Praca, która wywarła na nim największe wrażenie, nosiła tytuł “Pluralizm polityczny w ZSRR”. Clinton na jej napisanie otrzymał dwa tygodnie i w tym czasie przeczytał lub przejrzał ponad trzydzieści książek i artykułów” [5]. Chodziło o pracę roczną a nie dyplomową, a wymagalność polskiego promotora z renomowanej brytyjskiej uczelni przekraczała oczekiwania stawiane 20 lat później na polonistyce warszawskiej magistrantom, gdzie zwykle wystarczyło po kilka książek i publikacji. Trudno jednak wnioskować z tego o mechanicznej wyższości Oxfordu nad UW, bo gdyby warszawscy studenci nie poparli wtedy strajkujących robotników, Clinton w dekadę później nie miałby kogo do atlantyckiej wspólnoty wprowadzać, pomimo znakomitego przygotowania do epokowych zadań.

Również wyjazd Clintona na stypendium Rhodesa do Oxfordu ani kontakt z Pełczyńskim nie byłyby jednak możliwe, gdyby wcześniej obrotnego Południowca ze skromnej rodziny z Arkansas (matka Billa pracowała jako pielęgniarka, ojczym sprzedawał samochody Buicka i niestety za kołnierz nie wylewał) jeszcze jako studenta jezuickiej uczelni Georgetown nie zatrudnił w swoim waszyngtońskim biurze senator William Fulbright. Sam Clinton w autobiografii “Moje życie” tak charakteryzuje dobroczyńcę: “Lubiłem Fulbrighta także dlatego, że interesował się tematami niezwiązanymi z polityką. Uważał, że celem polityki jest pozwolić ludziom rozwinąć wszystkie umiejętności i cieszyć się szybko przemijającym życiem.

Myśl, że władza jest celem samym w sobie, a nie sposobem zapewnienia bezpieczeństwa i możliwości, koniecznych w poszukiwaniu szczęścia, wydawała mu się głupia i autodestrukcyjna. Fulbright lubił spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, kilka razy w roku jeździł na wakacje, żeby odpocząć, odświeżyć się i spokojnie poczytać. Lubił polowanie na kaczki, kochał grę w golfa (..)” [6]. Nie zraziły go też długie włosy, jakie ostentacyjnie nosił wtedy przyszły prezydent USA – czasy były takie a nie inne – co nie przeszkadzało mu jednak tłumaczyć młodemu adeptowi sztuki urzędniczej, że takie demonstrowanie indywidualności ma wyłącznie egoistyczny charakter.           

Trafnie – jak się dopiero z czasem okazało – możliwości Billa Clintona rozpoznał inny jego nauczyciel z Georgetown, który wziął go na stronę i spytał, czy nie nosi się z zamiarem wstąpienia do zakonu jezuitów. Zszokowany student oznajmił, że to niemożliwe, bo nie jest katolikiem, lecz baptystą. Następne lata pokazały, że wykładowca pomylił się wyłącznie co do wyznania Clintona, ale nie oceny jego żarliwości i woli skutecznego zmieniania świata.                                                

[1] Jerzy Giedroyc. Autobiografia na cztery ręce. Opr. Krzysztof Pomian. Czytelnik, Warszawa 1994, s. 49
[2] Grzegorz Dobiecki. Mędrcy świata, enarchowie. raportostanieswiata.pl z 17 kwietnia 2021
[3] por. Piotr Moszyński. Macron tworzy nową kuźnię elit, by pojednać je z obywatelami. Wyborcza.pl z 9 kwietnia 2021  
[4] por. Łukasz Perzyna. Kominy czerwonego klasztoru. “Gazeta Wyborcza” z 26 kwietnia 1990
[5] David Maraniss. Bill Clinton. Biografia. Najlepszy w klasie. Prószyński i S-ka, Warszawa 1995, s. 160-1, tł. Tomasz Lem 
[6] Bill Clinton. Moje życie. Świat Książki, Warszawa 2004, s. 100, tł. Piotr Amsterdamski i in.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here