Słabe nerwy demokratów

0
73

Demokraci, bo sami tak się przedstawiają, mają pretensję do wyznawców sloganu “PiS, PO, jedno zło”, ale sami przejmują pisowski język i sposób perswazji, znany z zawłaszczonych przez ludzi Jarosława Kaczyńskiego “środków musowego przykazu”.

Widać też, że nad sobą nie panują, chociaż przekonują nas, że poradzą sobie z rządzeniem Polską po pandemii i w czas zagrożenia ze Wschodu. Na razie przegrywają na wszystkich frontach, niczym Niemcy po Stalingradzie w znanym sloganie “Deutschland liegt…” itd. jeśli już pozwalamy sobie na porównanie.

Zbigniew Ziobro, jak się wydaje, za sprawą ujawnienia kasy z biedronkowej reklamówki a ściślej wmieszania syna Donalda Tuska, Michała w aferę podsłuchową, przez ojca nieopatrznie odgrzaną po ośmiu latach, chociaż kiedyś doprowadziła PO do utraty władzy – nadrobił to wszystko, co stracił Jarosław Kaczyński za sprawą andronów, wygadywanych w trakcie objazdu kraju. Superpremiera nikt już nie słucha, za to kryminałki w programach informacyjnych elektorat ogląda chętnie, bo wychodzą naprzeciw sposobowi postrzegania polityki przez typowego wyborcę. Na jaki zresztą politycy sami sobie zapracowali. Czy nagrabili, jak mawia lud, krzywdząco przez odwołanego już z prezesury TVP Jacka Kurskiego ciemnym nazywany. 

500 plus, emerytury trzynasta i czternasta oraz natrętna do granic przekazu podprogowego i wszędzie wciskana retoryka antyniemiecka, a także próba obarczenia opozycji własnymi błędami w polityce wschodniej – ten niezbędnik pisowskiej perswazji wygrywa w konkurencji z paplaniną Katarzyny Lubnauer o kolejnej “deformie” (który z wyborców zrozumie, o co chodzi?), nadziejami Barbary Nowackiej na dobre serce Pani Prezydentowej Agaty Dudy (kto nie wierzy, że je żywi, nich odsłucha jej briefing z ubiegłego tygodnia) oraz tytułowaniem przez Radosława Sikorskiego, tym razem jak się wydaje dla odmiany na trzeźwo, jednego z urzędujących wiceministrów Macieja Wąsika “knurem”. Domorośli Europejczycy dostosowali swój poziom do przaśnej i ciasnej mentalności rządzących. 

Od sztuki dziennikarskiej do “że co?” redaktorki Adamek

Jeszcze niedawno wyższość kulturowa zwolenników demokracji a nie autorytaryzmu wydawała się oczywista. Potwierdzała ją sekwencja zdarzeń w gmachu parlamentu – ze słynnym palcem wystawionym przez Joannę Lichocką do kamer oraz bluzgami J. Kaczyńskiego “bez żadnego trybu” na kanalie, co mu brata zamordowały – oddawana lepiej, a nie gorzej, przez przekazy telewizyjne. Niezależnie nawet od faktu, jak mocno osłabła ich sztuka dziennikarska w porównaniu z tak niedawnymi przecież czasami, kiedy to relacje z Sejmu prowadziły profesjonalnie i bezstronnie Iwona Sulik i Danuta Ryszkowska, w Panoramie o polityce opowiadał tyleż zajmująco co w rekordowym tempie Wojciech Nomejko, zaś przekaz Justyny Dobrosz-Oracz najpierw dla Teleexpressu później zaś Wiadomości trudno było przypisać do jakichkolwiek racji i sympatii, poza chęcią jak najszybszego poinformowania opinii publicznej, co się wydarzyło. Niezależnie od faktu, czy widz abonament płaci czy nie.

Teraz reakcją na to, co nieznane, zamiast rzeczowego pytania, staje się bezradne i pańszczyźniane “że co?” oddające rozpaczliwą niemoc sztandarowej reporterki TVN Agaty Adamek wobec ulubieńca jej stacji, niedawnego prezydenta Zjednoczonej Europy Donalda Tuska, którego w studiu najbardziej postępowej stacji chroni immunitet przed krytyką, nawet gdy bez żenady prawi rzeczy dla wyborców obraźliwe, skoro sprawowanie mandatu w ich imieniu uznaje za upiorną perspektywę. Transylwania jako część Rumunii też znajduje się już w Unii Europejskiej, chciałoby się odpowiedzieć niedawnemu prezydentowi tej ostatniej. I jej mieszkańcy zasługują na szacunek. Skoro ciężko doświadczonym Ukraińcom pozwalamy czcić Banderę, to tamtym przecież Draculę – historycznie hospodara Vlada III “Palownika” – też. Ale odłóżmy żarty na bok.

Sytuacja ma rację – dowcipkował jeden z pracowników naukowych UW w trudnych ale budzących nadzieję na przyszłość latach 80, kiedy to dziekan jego wydziału w ostatniej chwili odwołał zapowiedziane publiczne spotkanie z założycielem KOR i krytykiem literackim Janem Józefem Lipskim “w związku z sytuacją na Uniwersytecie” a na pytanie uściślające dlaczego tak postępuje, odpowiedział równie wyczerpująco: “ponieważ taka jest sytuacja na Uniwersytecie”.   

Jeszcze jakieś pytania?

Zaś dużo wcześniej, gdy w ponury czas marcowy 1968 roku, flagowy publicysta obozu władzy Tadeusz Kur pouczał studentów, co mają myśleć i dlaczego, ci odpowiedzieli mu lapidarnym sloganem: “Kur wie lepiej”. 

Gdyby słowo mogło zabijać czyli między nami symetrystami

W “Polityce” niegdyś marksistowsko-leninowskiej ale już wtedy liberalnej, teraz zaś aspirującej do roli papierowego think tanku jedynej słusznej wspólnej listy zjednoczonego obozu demokratycznego (jeśli coś w tej wyliczance pominąłem, to przepraszam), Przemysław Szubartowicz już w tytule obwieszcza: “Prawda umiera pośrodku” [1]. I niczym marcowi docenci studentów, on z kolei elektorat poucza, nie tyle jak ma wnioskować – mniejsza o to – ale jak zagłosować powinien.

Najpierw jednak wskazuje wroga. I co najbardziej zdumiewające – wcale nie jest nim PiS. Kto zatem?

“(..) Symetryści są współwinni niszczenia demokracji w naszym kraju, choć sami – gdy zerkają w lustro – widzą w nim krzewicieli zdrowego rozsądku i intelektualnej uczciwości”. Sam więc zgodnie z sugestią hunwejbina demokracji w lustro spoglądam, ale dostrzegam w nim tylko malujące się na własnej twarzy znudzenie lekturą wywodów Szubartowicza, których jakość retoryczna żarliwości nie dorównuje.

Kim są mityczni symetryści. Gorsi nawet od PiS? 

W znakomitej analizie Stefana Amsterdamskiego, opisującego walkę różnych szkół w radzieckiej biologii w czasach stalinowskich, znajdujemy opis wszechzwiązkowego festiwalu muzyki ludowej, w trakcie którego jeden z żeńskich zespołów niespodziewanie dla słuchaczy odśpiewał ze sceny: “My riazanskije dziewoczki / My tancujem i pajom / Wesjmanistom, morganistom / My odpor wsiegda dajom”. 

Festiwalowa publiczność, skupiona bez reszty na dostępnym wyłącznie przy tej okazji piwie i kiełbasie, nie zaprzątała sobie głowy, kim są wejsmaniści i morganiści, chociaż oczywiście utrwalało jej się przekonanie, że to jacyś źli ludzie. 

W istocie byli to przedstawiciele szkół w biologii, których antagonistą stał się promowany przez samego Stalina koryfeusz nauki radzieckiej, agronom z zawodu Trofim Łysenko, głoszący, że wszystkie żywe organizmy, podobnie jak przedstawiciele klasowego społeczeństwa ludzkiego dostosowują się szybko do warunków zewnętrznych. W związku z tym da się z nimi zrobić wszystko, co się tylko chce.

Wyklętych biologów w czasach o jakich była już mowa, kiedy szalał czerwony Kur, wobec którego strażacy pozostawali bezradni, w latach 60. w Polsce zastąpili w oficjalnym przekazie rewizjoniści. Też mało kto wiedział, kto zacz.  Ale trwałe nalepienie komuś wspomnianej etykietki skutkować mogło pomijaniem przy awansach lub stypendiach a nawet utratą pracy.

Wróćmy jednak do demonów, prześladujących publicystę “Polityki” Szubartowicza niczym Belzebub inkwizytora. Autor to erudyta, nie da się więc mu zarzucić, że background swoich koncepcji zaniedbuje.

“Klasyczna definicja symetryzmu – przedstawiona kilka lat temu na łamach “Polityki” przez Mariusza Janickiego i Wiesława Władykę – mocno ewoluowała i się poszerzyła. Dziś już nie chodzi tylko o tych komentatorów i opiniodawców, którzy za obiektywizm uważają utrzymanie równego dystansu wobec partii Jarosława Kaczyńskiego i opozycji. Dołączyli do nich ci, którzy – być może – uwiedzeni perwersyjnym czarem odwracania znaków, a być może jako zwykli konformiści – bagatelizują przewiny PiS, choć ich nie pochwalają, by jednocześnie wyolbrzymiać dawne i aktualne potknięcia obecnej opozycji (..). Można czasem odnieść wrażenie, że bardziej ich martwi brak ulicy Lecha Kaczyńskiego w Warszawie niż szykanowanie przez PiS sędziego Igora Tulei czy niezależnych od Zbigniewa Ziobry prokuratorów”. 

Proponuję więc psychozabawę, słowo zważywszy na temperaturę proklamacji tu omawianej nieprzypadkowe: czy już jesteś symetrystą? Mnie wyszło, że wprawdzie nie trzymam równego dystansu wobec partii Jarosława Kaczyńskiego i opozycji, ani nie chcę budowy pomnika jego brata Lecha w stolicy, dla której nic nie zrobił jako prezydent, przewin PiS też nie bagatelizuję, za to skłonny jestem i wycofać się z tego nie zamierzam, wyolbrzymiać – choćby po to, żeby się nie powtórzyły – takie błędy opozycji jak ubiegłoroczne bratanie się przewodniczącego klubu PO Borysa Budki z odsądzanymi przez niego z trybuny sejmowej od czci i wiary posłami PiS Markiem Suskim i Łukaszem Szumowskim przy okazji ochlaju u pisowskiego propagandysty Roberta Mazurka. Bo uznaję to za niedopuszczalną drwinę z wyborców, którym na co dzień przewodniczący wciska kit, żeby potem z negatywnymi bohaterami tegoż napić się za darmo. Pomimo tak gorsząco wysokiego poselskiego uposażenia.

Budka zna miarę własną i innych, przecież to on w odpowiedniej chwili wyprowadził z sejmowej sali całkiem naprutego Bartłomieja Sienkiewicza, więc jest w stanie wyliczyć, że skucie się za własne, choćby w położonym naprzeciw parlamentu Bistro Wiejska winem tanim ale smacznym kosztowałoby go raptem kilkadziesiąt złotych.   

Drwi po swojemu autor artykułu “Prawda umiera pośrodku” z tych, co utrzymują, że: “Sędziowie są prześladowani, ale próba reformy wymiaru sprawiedliwości była potrzebna”. Pozwala to zaliczyć do zwolenników pisowskiej dobrej zmiany tych, których oburza wyrok jednego z polskich sądów, że właściciel budynku nie ma obowiązku odśnieżać jego dachu. Śmiać się nie ma z czego, bo w grę wchodziła tragedia. Pisowcem stanie się w myśl narracji Szubartowicza każdy, kto uzna za niedopuszczalne wypytywanie pozwanego przez sędzinę w trakcie sprawy cywilnej – a nie karnej – tonem obcesowym “czy to jest pana podpis”, zamiast uprzedniego zadania pytania, czy podpisywał on umowę z daną firmą, która tak twierdzi.

Polacy mają wyrobione zdanie o sądach, dowodzą tego badania opinii, ale autor z “Polityki” uznaje jak rozumiem, że powinni go nie wypowiadać, bo wzmocni to PiS a zaszkodzi PO. A to już obłędna logika. Politycy są bowiem dla obywateli, a nie odwrotnie. Sędziowie również. Urodzony w 1976 r. Szubartowicz ma prawo nie rozumieć, co jest niewłaściwego w tym, że sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia, a więc nie w przysiółku jakimś odległym, toleruje publiczne podrwiwanie adwokata strony przeciwnej z faktu odznaczenia pozwanego Krzyżem Wolności i Solidarności za opozycyjną działalność antykomunistyczną, chociaż nie jej sprawa dotyczy [2].

Trudno sobie wyobrazić, żeby w tak podziwianej przez redakcję “Polityki” Bundesrepublice adwokat związany kiedyś z NRD-owską Stasi kpił sobie z dawnego aktywisty pacyfistycznego czy ewangelickiego, walczącego przed laty z reżimem Ericha Honekera: w mig znalazłby się poza palestrą bez prawa do choćby feniga, przepraszam, teraz już eurocenta, emerytury. Ale z pewnością pojmują o co chodzi starsi od Szubartowicza czytelnicy “Polityki”. 

Szczególnie obrzydliwe okazuje się przypisywanie przez Szubartowicza konformizmu ludziom, z którymi się nie zgadza. Bo przecież o naprawę Polski niby tu chodzi, o ocalenie postponowanej demokracji. Tymczasem na starych marksistowsko-leninowskich łamach publicysta uznaje, że kto myśli inaczej, niż on sam, ten musi mieć paskudne intencje. Tak się jednak składa, że przejawiają je raczej – mam na myśli odwet i rewanż – inni zwolennicy jednolitego frontu samozwańczych demokratów.         

Co internautę obchodzi, że Dziubka Kłeczkowi zazdrości

Donos na kolegę żółcią podlany to jeden z najsmutniejszych gatunków dziennikarskich. Pamiętam, co wypisywali cztery dekady temu zawistni wobec Stefana Bratkowskiego jego koledzy z mediów oficjalnych. Albo – toutes proportions gardees – jak mnie zaczepiała zawsze nieszczęśliwa Agnieszka Kublik z “Gazety Wyborczej” w czasach, gdy pracowałem w “Życiu” Tomasza Wołka. 

Nerwy jednak puszczają, jak mówią komentatorzy meczów piłkarskich. Nawet nie pozbawiony zdolności i rzeczowy zwykle Kamil Dziubka w Onecie zaprząta uwagę internautów własnymi kompleksami (uznając, że wyrzucony, paskudnie zresztą, z telewizji, ma prawo nie znosić jej obecnych gwiazd, tylko co to obchodzi użytkowników sieci, nie będących jego psychoanalitykami?). Co nie przeszkadza mu zarazem w tym samym tekście ubolewać zarazem nad brakiem “jedności” dziennikarskiego środowiska.

Co go boli? “Brylujący po Sejmie pan Miłosz Kłeczek, który jest głównym zagończykiem TVP w parlamencie, na korytarzach przy Wiejskiej wrogo odnosi się nie tylko do polityków opozycji, ale też do innych dziennikarzy. Czy da się mieć w takich warunkach normalne relacje?” – zapytuje Kamil Dziubka retorycznie [3]. A ja odpowiadam: normalne relacje da się mieć zawsze. Polakom ułatwiły one znoszenie grozy pandemii i niesienie pomocy ukraińskim uchodźcom. Właśnie normalne relacje pozwalały żyć w stanie wojennym godnie i wspólnie, pomimo niezliczonych utrudnień stwarzanych przez generałów.

A teraz zdanie odrębne. Po pierwsze, trzymajmy się zasad sztuki dziennikarskiej. Z nich zaś wyprowadzam domniemanie, że Miłosz Kłeczek bryluje raczej “w Sejmie”, zaś “po Sejmie” to co najwyżej idzie na wódkę. Zaś słowo “zagończyk” nie kojarzy się pejoratywnie, lecz raczej ciepło z “Trylogią” Henryka Sienkiewicza, pradziadka posła PO i byłego szefa MSW w jednej osobie, ale przede wszystkim negatywnego bohatera afery taśmowej Bartłomieja, że podpowiem cenionemu dziennikarzowi politycznemu. Po wtóre zaś: w Sejmie bywam często i zaręczam, że wobec mnie Miłosz Kłeczek nie tylko nie zachowuje się wrogo, lecz pozostaje uprzejmy i uczynny, niezależnie od licznych różnic światopoglądowych. Po co więc w imię uczucia tak niskiego jak zawiść o spełnioną karierę, robić wodę z mózgu odbiorcom serwisu, nie dysponującym zwykle, jak Dziubka, przepustką do Sejmu? 

Jak nie wiedziała co, mogła powiedzieć: pomidor

Naprawy Polski nie da się zaczynać od ekspresji własnych złych emocji. Kto ich nie powściągnie, ten skończy jak Tomasz Lis. Bo zła energia pozbawia nas nie tylko racji i sił witalnych, ale czasem nawet elementarnego człowieczeństwa. Świadczą o tym relacje pokrzywdzonych w tej smutnej aferze. Zajęcie się nią polecam rozhisteryzowanemu dziennikarzowi Onetu, to nie tak daleko, ten sam koncern Axel Springer przecież, a jak własna wiarygodność od tego wzrośnie, że się nawet swoich nie oszczędza…

Jeśli zaś zapomnimy o manierach i zasadach, w przestrzeni publicznej – że przytoczę modne określenie – pozostanie już tylko za cały lapidarny komentarz do rzeczywistości wystawiony palec posłanki Lichockiej niczym ten gombrowiczowski “palic” słynny…  Albo bezradne “że co?” gwiazdeczki z TVN, efekt pustki w głowie, rozpaczliwie rzucony w przestrzeń, zamiast wnikliwego i inteligentnego pytania, jakie zwykli zadawać dziennikarze nawet w popularnych serialach telewizyjnych.

Skoro nie wiedziała co, mogła już powiedzieć: pomidor. Obciach byłby taki sam, ale przynajmniej z ożywczym elementem humoru. A tak, trochę jak u Milana Kundery, nikt się nie będzie śmiał.

Znowu powiedzą, że społeczeństwo nie dorosło

Na tle ogólnego zacietrzewienia spowodowanego niepowodzeniami i sondażową stagnacją PO, jak głos rozsądku brzmi teza innego niż cytowany przedtem Szubartowicz autora z “Polityki”, Rafała Kalukina, w odróżnieniu od innych doskonale rozumiejącego, że na rok przed wyborami trzeba pouczać, ale polityków, a nie społeczeństwo: “Chyba więc dobrze, że proces jednoczenia na razie utknął w martwym punkcie, gdyż jego celowe kontynuowanie mogłoby co najwyżej pogłębić ogólny stan niezgody. Po miesiącach gorących polemik sprawa nabrała rangi zgoła tożsamościowej, tak jakby chodziło nie o dosyć prozaiczną kwestię taktyczną, tylko o najwyższe prawo do samostanowienia poszczególnych ugrupowań. W takim zapętleniu najbardziej musiało oczywiście ucierpieć morale przeciętnego wyborcy, który słusznie domaga się od swoich reprezentantów moblizującego sygnału” [4].   

Nie staną się nim na pewno pretensje, że źle myślicie, a przy tym jeszcze utrzymujecie, że prawda leży pośrodku, więc na pewno znowu źle zagłosujecie. A nam, demokratom szczerym i prawdziwym pozostanie wtedy powiedzieć po raz kolejny, jak po porażce Tadeusza Mazowieckiego ze Stanisławem Tymińskim i Lechem Wałęsą już w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 1990 r, pierwszych wolnych od lat sześćdziesięciu, jeśli samorządowych nie liczyć, że społeczeństwo nie dorosło…      

[1] Przemysław Szubartowicz. Prawda umiera pośrodku. “Polityka” nr 42 z 12-18 października 2022 

[2] wypowiedź Jerzego Danielewskiego pełnomocnika Spółdzielni Mieszkaniowej “Kopernik” w trakcie rozprawy w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, dn. 10 października 2022, godz. 10,30 sygn akt IC 1411/21 sędzia Małgorzata Smulewicz

[3] Kamil Dziubka. TVP atakuje dziennikarkę Polsatu. Bandyterka państwowej telewizji. Onet.pl z 21 października 2022

[4] Rafał Kalukin. Model do sklejenia. “Polityka” nr 42 z 12-18 października 2022 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here