Spokojnie to tylko awaria

0
22

Usterka dachu na Narodowym nie musi być złą wróżbą przed mistrzostwami w Katarze

Zepsuł się rozsuwany dach nad Stadionem Narodowym i mecz towarzyski z Chile trzeba było przenieść na obiekt Legii. Jednak w historii niedoróbki organizacyjne ani przaśność rodzimej biurokracji nie przeszkadzały piłkarzom w odnoszeniu sukcesów. Podobnie radzili sobie z pazernością polityków (Narodowy budowany był pospiesznie, by zdążyć na Euro 2012).

To nie pierwszy problem z dachem Stadionu Narodowego. Kiedy Polska grała w eliminacjach do innego niż katarski turnieju z Anglikami, dach pozostawał rozsunięty. Tuż przed meczem rozpętało się jednak prawdziwe oberwanie chmury. Z zadaszeniem nic się mimo to nie działo, chociaż woda zalewała murawę boiska. Poirytowany premier Donald Tusk, sam zaprzysięgły kibic, chwycił za telefon komórkowy, żeby ponaglić swoją podwładną, minister sportu Joannę Muchę do działania.

– Dlaczego nic się nie dzieje z tym dachem? – spytał szef rządu.

– Nie wiem, siedzę w loży honorowej – odpowiedziała rozbrajająco “ministra”.

Mecz trzeba było jednak odwołać i rozegrać nazajutrz, bo płyta nie nadawała się już do

gry.

Ćwiczyć mieli na klepisku, przywieźli trzecie miejsce w świecie

Zupełnie jak boisko treningowe w Hiszpanii, gdzie ekipa Antoniego Piechniczka odniosła w 1982 r. największy w dziejach naszego futbolu sukces, powtarzając wprawdzie tylko wynik Kazimierza Górskiego z 1974 r – trzecie miejsce w świecie – ale uczyniła to w ekstremalnych warunkach, bo w kraju szalał stan wojenny. Oddajmy zresztą głos biografom Piechniczka, Beacie Żurek i Pawłowi Czado. W Hiszpanii bowiem już pierwszego dnia okazało się, że coś jest nie tak, pomimo pozorów: “Wydaje się, że o reprezentację zadbano jak należy. Pobudkę wyznaczono na godz. 8,30. O godz 8,45 zawodnicy stają na wadze, a pomiary notują masażyści – Zbigniew Lorek i Zbigniew Korolkiewicz. O godz. 9 śniadanie, potem piłkarze wychodzą na trening. Szok! Boisko obok hotelu to żałosne klepisko, murawa jest w skandalicznym stanie. Trawy właściwie nie ma, nierówne piaszczysto-gliniaste podłoże jest tylko gdzieniegdzie upstrzone nieregularnymi kępkami zieleni (..). Trudno uwierzyć, że w takim miejscu mógłby trenować uczestnik mistrzostw świata. Nikt z działaczy tego nie przewidział?! A jednak… Okazuje się, że brak trenera Piechniczka podczas styczniowego rekonesansu w Hiszpanii to pokaźny błąd piłkarskich działaczy. Pojechali sami, trenera nie zabrali” [1]. W kraju trwał już stan wojenny.

W ekipie, wysłanej do Hiszpanii zwraca uwagę nadmiar oficjeli. “(..) Komunistyczna władza niczego nie chce zostawić przypadkowi. Jeszcze w maju ustala, że ekipa na mundial będzie liczyć aż 44 osoby (w tym 22 zawodników).  Paweł Janas: – Działaczy było zaskakująco dużo. Wielu nie znaliśmy. “Pewnie ich wysłano, żeby nas pilnowali. Szpicle” – mówiliśmy między sobą. Nominację na komisarza wojskowego w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu otrzymuje płk Wacław Feryniec, zastępca szefa Głównego Zarządu Bojowego Wojska Polskiego. Odpowiada za dozór nad tym, co dzieje się w Hiszpanii. W czasie II wojny światowej Feryniec jest dowódcą czołgu T-34 o numerze 102 wchodzącego w skład I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte (pierwowzoru “Rudego” z książki Janusza Przymanowskiego “Czterej pancerni i pies”). Płk. Feryniec się wścieka, że na mundial wysłano aż 22 dziennikarzy. Jego zdaniem to przesada i “jawne nieliczenie się z możliwościami kraju i jego aktualną sytuacją gospodarczą”” [2].          

Ta ostatnia pozostawała rzeczywiście fatalna, więc gdy obecni w nadmiarze w Hiszpanii działacze wykorzystali okazję, żeby za państwowe pieniądze napić się tamtejszego wina, a w tym celu, co zawodników szczególnie rozeźliło, podczas kolacji swoje stoliki odgrodzili od piłkarzy parawanem – gracze pozbierali walające się czerstwe bułki i zaczęli przez tenże parawan obrzucać nimi oficjeli. Innego planowali zamknąć w ogromnej hotelowej lodówce, z której zwykł hurtowo podbierać coca-colę, ale okazał się czujny. Przed rozstrzygającym o awansie do czwórki najlepszych meczem z ZSRR jeden z działaczy próbował wygłosić do zawodników prelekcję światopoglądową.

Okazała się łabędzim śpiewem rządzących, gdy na trybunach zakwitły nieoczekiwanie transparenty zakazanej w kraju Solidarności. Trzymali je polscy emigranci. Dzięki transmisji telewizyjnej zobaczyła je cała Polska. I świat.

Na boisku zaś urządzał nas remis, bo wcześniej po trzech pięknych bramkach Zbigniewa Bońka pokonaliśmy Belgię 3:0, a gracze radzieccy tylko 1:0. Bramek nie było. Polska znalazła się wśród medalistów. W meczu o trzecie miejsce pokonaliśmy jeszcze Francję, w dwa lata później mistrza Europy. 

Piękny marsz reprezentacji po tak potrzebny znękanemu społeczeństwu sukces sprawił, że na komendach milicji mecze oglądali, tak samo na nie reagując, funkcjonariusze i zatrzymani. Zaś w ośrodkach internowania równie zgodnie strażnicy i pensjonariusze. Nieważne, czy w krajowej ekstraklasie ktoś kibicował milicyjnej Gwardii czy założonej, jak sama nazwa wskazuje, przez legionistów Józefa Piłsudskiego Legii. Piłka nożna zjednoczyła zwaśnionych Polaków.

Tuż przed wyjazdem z Hiszpanii okazało się, że do zapłacenia pozostaje dodatkowe 5 tys. dolarów, bo za tyle piłkarze pozamawiali napojów na rachunek prezesa związku, podając jego numer pokoju hotelowego barmanowi. Szychę z PZPN szybko ktoś jednak zmitygował słowami: – Daj spokój, to przecież tylko 5 tys baksów, a zarobili dla nas miliony.

Tak właśnie zawodnicy odegrali się na działaczach za sposób, w jaki osiem lat wcześniej rozliczono się z pierwszą cudowną drużyną – Kazimierza Górskiego za trzecie miejsce na turnieju w RFN w 1974.    

Dostali okruchy? I tak byli w PRL królami życia

To były pierwsze po wojnie finały Piłkarskich Mistrzostw Świata z udziałem Polski. Poprzednio uczestniczyliśmy w nich w 1938 r, przegrywając dopiero po dogrywce z mocną wtedy Brazylią 5:6. Obowiązywał wtedy system pucharowy, więc wracaliśmy zaraz do domu. Zaś zdobytymi wtedy bramkami się później zanadto nie chwaliliśmy, bo tak się złożyło, że wszyscy ich strzelcy, Ślązak Ernest Wilimowski (cztery gole) oraz poznaniak Fryderyk Scherfke (jedno trafienie) wybrali już wkrótce drogę zapoczątkowaną podpisaniem volkslisty. Ich zdrada kontrastuje z losem tych, co przy polskości wytrwali.

Jak zauważa bowiem w książce “Alchemia futbolu” Jacek Gmoch, trener reprezentacji narodowej na mistrzostwach świata w Argentynie (1978 r.) i intelektualista, z którego, jeszcze gdy organizował Górskiemu “bank informacji” o przeciwnikach żartowano, że czyni z piłki nożnej naukę ścisłą: “W czasie II wojny światowej, w okupowanej przez faszystów Polsce, wszelka sportowa działalność została zakazana pod karą aresztowania, zesłania do obozu koncentracyjnego i w ostatecznym wyniku śmierci, a jednak mimo to w Krakowie, Warszawie i innych miastach rozgrywano zakonspirowane mecze piłkarskie.

Tyle, że wystawione czaty, w wypadku zbliżania się policyjnych i wojskowych patroli, zawiadamiały piłkarzy i kibiców: przerywano grę i wszyscy uciekali. Te fakty są dla mnie bardziej znamienne, niż inne przykłady najczęściej wymieniane dla zobrazowania fascynacji piłką nożną” [3].   

Trudno się więc dziwić, że ta ostatnia wciąż rządzi wyobraźnią Polaków, chociaż za sprawą sukcesów Adama Małysza, a później trzykrotnego mistrza olimpijskiego Kamila Stocha, teraz zaś Dawida Kubackiego – mawiano już, że to skoki narciarskie stają się polskim sportem narodowym.

Miano pierwszej pary w Polsce wywalczyli sobie skutecznie bynajmniej nie Agata i sprawujący już drugą prezydencką kadencję Andrzej Duda, lecz Anna i Robert Lewandowscy. Ten drugi aspiruje do miana najlepszego gracza świata. Po sukcesach klubowych z monachijskim Bayernem i głośnym transferze do Barcelony brakuje mu tylko triumfu z reprezentacją, żeby piękną karierę ukoronować. Okazja trafia się już niebawem w Katarze, gdzie w trakcie mistrzostw świata zagra przeciwko innemu pretendentowi do miana najwspanialszego, Argentyńczykowi Leo Messiemu. Wcześniej zmierzymy się z Meksykiem i Arabią Saudyjską. Z grupy zagrają dalej dwie drużyny.

Nawet ten, kto tego wszystkiego nie wie, zna doskonale Annę Lewandowską: dawną mistrzynię karate, żonę piłkarza i celebrytkę. Do materiału o niej nawet pismo reprezentujące górną półkę wśród prasy kobiecej daje znaczący śródtytuł: “Być jak studolarówka” [4]. Niezawodnie nie tylko o pieniądze jednak chodzi, skoro w tym samym artykule “Twojego Stylu” przeczytamy, że “nawet jej porada, jak chronić się przed słońcem ma 38 559 polubień” [5]. Jak się wydaje, oboje Lewandowscy lepiej niż ktokolwiek inny ucieleśniają pogłębiającą się wśród Polaków w trakcie nie kończącej się transformacji (jak rzecz ujmuje Dariusz Grabowski, ekonomista i przedsiębiorca, nikt nie powiedział nie tylko, jak długo potrwa, ale nawet do czego zmierza) potrzebę sukcesu. Kiedyś kochano przecież Andrzeja Gołotę, chociaż najważniejsze walki przegrywał, za to, że wdarł się do grona najlepszych bokserów świata pomiędzy Amerykanów i cyborgów z krajów poradzieckich.

Być może Lewandowski w reprezentacji też się wreszcie przełamie. Jeśli mu się to uda – zostanie wreszcie bohaterem narodowym a nie celebrytą. Zapowiada to jego gol, otwierający wynik w rozstrzygającym o awansie na katarski mundial meczu ze Szwecją. Drugiego dorzucił grający wśród elity Ligi Mistrzów w barwach Napoli ale zarazem as reprezentacji Piotr Zieliński. A była to bramka wyjątkowej urody. O takich trafieniach mówi się, że wyłącznie dla nich warto oglądać piłkę nożną.

Wyeliminowanie Szwecji, wyżej od nas w rankingach notowanej, z legendarnym Zlatanem Ibrahimoviciem w składzie, to sukces sam w sobie, zwłaszcza, że parę miesięcy wcześniej przegraliśmy z nią w ostatnich minutach na Euro, co mogło rodzić pewną traumę. Jednak wciąż nie stanowi to impulsu na miarę pierwszego po 35 latach awansu na turniej do RFN kosztem Anglii po zwycięskim remisie na Wembley 1:1 (w 1973 r.) To wtedy zastępujący poważnie kontuzjowanego Włodzimierza Lubańskiego napastnik Stali Mielec Jan Domarski zmylił jednego z najlepszych bramkarzy świata Petera Shiltona, bo piłka niespodziewanie zeszła mu z nogi i tak zdobył prowadzenie. Zaś Jan Tomaszewski obronił wtedy wszystko poza rzutem karnym Allana Clarcke’a i został nazwany “człowiekiem, który zatrzymał Anglię”.

To po Wembley, na parę lat przed wyborem Karola Wojtyły na Papieża i powstaniem Solidarności, po raz pierwszy zaczęto formować spontaniczne pochody z biało-czerwonymi flagami. W życiu publicznym było to wtedy jedyne, czego nie organizowała władza. Przemarsze radości stały się regułą w trakcie mistrzostw w RFN w 1974 r. Bo też było się z czego cieszyć. Nadużywane w ówczesnej propagandzie hasło “Polak potrafi” okazało się szczerą prawdą, nie sloganem.

W pierwszym meczu wygraliśmy z Argentyną 3:2, a w jej składzie nie brakowało graczy, co u siebie w cztery lata później wywalczyli mistrzostwo. Pokonaliśmy w pięknym stylu Włochy 2:1, a wreszcie 1:0 w meczu o trzecie miejsce Brazylię, ustępującego mistrza świata. Jedyny gol spotkania, którego strzelił Grzegorz Lato, ukoronował zdobycie przez niego tytułu króla strzelców turnieju. Drugi w tej klasyfikacji był Andrzej Szarmach. Znów bohaterem został Tomaszewski, który w trakcie mistrzostw obronił dwa rzuty karne. Kapitana Kazimierza Deynę uznano za trzeciego w gronie najlepszych piłkarzy Europy w plebiscycie “France Football”. Po powrocie piłkarzy przyjęli Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz, ale prawdziwą miarą ich dokonań stało się entuzjastyczne przywitanie przez tłumy na ulicach Warszawy. Oceniano, że mecze reprezentacji Polski w telewizji oglądało 70-80 proc rodaków.

“Piłkarze za największy sukces w historii polskiej piłki nożnej otrzymali po około trzy tysiące dolarów nagrody. Pieniądze ogromne, można było za nie w Polsce sporo kupić” – relacjonuje biograf “króla strzelców” tamtego niezapomnianego turnieju Marek Bobakowski: “Lato wydał je na dokończenie budowy wymarzonego domu. Jego koledzy w różny sposób wykorzystywali premię: jedni kupili nowe samochody, drudzy działki wypoczynkowe, jeszcze inni odłożyli “do skarpety”. Tomaszewski na przykład sprezentował żonie kożuch w komisie. Po pewnym czasie zawodnicy dowiedzieli się, że Polski Związek Piłki Nożnej otrzymał za trzecie miejsce na mundialu aż dwa miliony dolarów. Z tej puli na premie dla reprezentacji (czyli dla piłkarzy, trenerów, lekarzy) poszło zaledwie 80-100 tysięcy “zielonych” czyli pięć procent całej kwoty. (..) “Politycy nas oszukali” [6].

Znane piłkarskie powiedzenie głosi jednak, że pieniądze nie grają, podobnie jak nazwiska.

Znów, jak w RFN w 1974 r, mamy w grupie Argentynę. Historia jest nauczycielką życia, mawiali starożytni…             

[1] Paweł Czado, Beata Żurek. Piechniczek. Tego nie wie nikt. Agora, Warszawa 2015, s. 11 

[2] Czado, Żurek. Piechniczek… op. cit, s. 36

[3] Jacek Gmoch. Alchemia futbolu. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1978, s. 7

[4] Trzeba czasem odpiąć wrotki. Rozmowa z Anną Lewandowską. “Twój Styl” nr 8, sierpień 2019, s. 19 

[5] ibidem

[6] Marek Bobakowski. Grzegorz Lato. Wyd. Aha! Łódź 2015, s. 71

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here