Tokarczuk, zwierciadło Polaków

0
63

czyli nowe szaty noblistki

Sienkiewicz pisał ku pokrzepieniu serc, Tokarczuk przypomina nam, że je mamy

“Czuły narrator” Olgi Tokarczuk wart jest lektury i to wnikliwej nie dlatego, że napisała go laureatka Literackiej Nagrody Nobla i zawiera tekst jej sztokholmskiego wystąpienia. To pierwsze polskie dzieło kultury – jeśli nie liczyć wywodzącego się z całkiem innego porządku filmu Patryka Vegi (gdyby to był sitcom, a nie recenzja, to teraz z offu powinien wejść śmiech) – nie tylko powstałe w znacznej mierze podczas pandemii i konkretnie się do niej odnoszące, lecz pokazujące również, co zaraza trwale zmieniła bądź unieważniła w naszych przyzwyczajeniach i filozofii życia. 

Najpierw Olga Tokarczuk, a ściślej jej narratorka, oznajmia z rozbrajającą szczerością, że gdyby nie ten groźny pochód wirusa z Wuhan, zmuszający do zarzucenia wielu zobowiązań – nigdy nie zdobyłaby się na zebranie pomieszczonych w “Czułym narratorze” szkiców. Zapewnienie pozostaje warte dokładnie tyle, co poświadczenie “autora wewnętrznego” “Grażyny” Adama Mickiewicza, że jest to opowieść przez niego osobiście zasłyszana, zaś jej ujawnienie stało się możliwe, ponieważ giermek Rymwida po śmierci patrona wypaplał innym historię bohaterskiej księżnej – Litwinki. Jednym słowem między bajki włożyć, jak mawiał biskup poeta Ignacy Krasicki. 

Życie to nie bajka jednak, w “Czułym narratorze” mowa o sprawach poważnych, to starannie zakomponowany tom esejów a nie zbiór przypadkowych tekstów, zaś znaczna ich część – o czym była już mowa – bez pandemii by nie powstała ze względu na temat refleksji a nie zawartość organizera opromienionej Noblem artystki.

Wisława Szymborska przez rok po otrzymaniu literackiego Nobla nie napisała ani jednego wiersza. Dla Polaków, trapionych plagą COVID-19 i jej gospodarczymi następstwami, spragnionych więc sukcesów w jedynej poza skokami narciarskimi dziedzinie, w jakiej je odnosimy, czyli w kulturze – czego dowodzą zarówno nagroda dla Tokarczuk jak Oscar dla “Idy” Pawła Pawlikowskiego – dobrą wiadomością okaże się więc sygnał, że nasza noblistka nie tylko pisać się nie oduczyła, ale czyni to w sposób znacząco odmienny od dotychczasowego ale wciąż niepodobny do innych i wirtuozerski. Te dwa przymioty jej pisarstwa dały jej Nobla, zasłużonego tym bardziej, że Polska, głównie z winy swarliwych polityków i indolentnych sterników gospodarki narodowej nie jest bynajmniej dziś krajem oklaskiwanym w świecie ani podziwianym. Bo też – powiedzmy trochę z kolei w stylu Witolda Gombrowicza – zupełnie nie ma za co nim być. 

Jeśli jednak z dziesięciomilionowego wolnościowego ruchu pierwszej Solidarności, wizjonerstwa nurtu niepodległościowego, epopei Polskiego Papieża oraz świeżości ruchu studenckiego i fenomenu “nielegalnej polityki” jak go określa analityk Andrzej Anusz [1], pozostała nam chociaż kreatywność Polaków – to bilans nie wychodzi nam wcale najgorzej. Zwłaszcza, że twórczość Olgi Tokarczuk nie jest samotną wyspą ani Oscar dla “Idy” oazą na pustyni – proza Szczepana Twardocha staje się obiektem międzynarodowego już zainteresowania, saga o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego wraz z rozlicznymi wirtualnymi mutacjami rozdziałem kultury samym w sobie a “Katedra” Tomasza Bagińskiego przedmiotem uzasadnionego podziwu. Co rodzi wśród upokarzanych na co dzień przez biurokrację Polaków uzasadnioną dumę, że z grona naszych rodaków nie tylko Kamil Stoch potrafi przeskakiwać innych. Zwłaszcza, że Robert Lewandowski daje z siebie wszystko w bawarskim klubie, zaś w mistrzostwach świata gdy się odbywały w Rosji człapał w narodowych barwach po murawie jekby chciał a nie mógł. Zanim na szczęście skończyła się męczarnia jego na boisku i zarazem nasza przed telewizorami, bo pomimo najsłabszej grupy rywali wróciliśmy do domu po trzech spotkaniach. Z dalekiej podróży, jak mawiał Jan Ciszewski, co pierwszy tak pięknie połączył futbol z patriotyzmem, ale nawet wielki komentator nie przewidział jednak, że po półwieczu to zawodnicy pomimo siedmiocyfrowych honorariów i milionów odsłon żony na Instagramie przestaną do tego zaszczytnego połączenia dorastać. Plwajmy więc na tę skorupę i zstąpmy do głębi, zostaje znów kultura wysoka.  

Jak w 1905 r, gdy Henryk Sienkiewicz dziękował selekcjonerom z Akademii Szwedzkiej nie za laur dla siebie, lecz “uwieńczenie polskiej pracy i polskiej siły twórczej”. Bowiem jak zaświadczał biograf noblisty Julian Krzyżanowski: “uroczystość przyznania nagród Sienkiewicz wyzyskał w sposób bardzo znamienny, na forum międzynarodowym bowiem laureat Nobla wystąpił nie jako odznaczony pisarz, lecz jako obywatel nie istniejącego państwa polskiego (..). Mówił co następuje: “Jednakże zaszczyt ten, cenny dla wszystkich, o ileż jeszcze cenniejszym być musi dla syna Polski! (..) Głoszono ją niezdolną do myślenia i pracy, a oto dowód, że działa!” [2].

Kto uzna te patetyczne słowa za grandilokwencję pisarza – laureata, pewnie zmieni zdanie pod wpływem biografa Bolesława Wieniewy-Długoszowskiego, Witolda Dworzyńskiego: “Spośród wielu wypraw bojowych, w których wówczas uczestniczył Wieniawa, jedna zasługuje na nieco więcej uwagi, gdyż związana była z wizytą u duchowego przywódcy pokolenia Wieniawy – Henryka Sienkiewicza. Podczas patrolu odbywanego 18 sierpnia wokół Kielc Wieniawa słysząc, że znajduje się w pobliżu Oblęgorka, zwrócił się do Beliny z prośbą o zezwolenie na złożenie wizyty Sienkiewiczowi. Belina zgodził się chętnie. Po przybyciu do Oblęgorka patrol, nie chcąc stawiać pisarza w trudnej sytuacji w przypadku nadejścia Rosjan, zatrzymał się na dziedzińcu. Sienkiewicz wyszedł na dziedziniec w towarzystwie syna i córki, a następnie rozmawiał z Beliną, który złożył mu żołnierski hołd. Rozmowa – według Wieniawy – miała miły przebieg, ułani usłyszeli słowa podziękowania i życzenia szczęścia w ich zamiarach (..). Wieniawa z kolei rozmawiał chwilę ze znaną mu z czasów paryskich córką pisarza Jadwigą, która na pożegnanie miała zamiar podarować ułanom swoją ulubioną klacz, której ci jednak nie przyjęli” [3].

Osiem lat przed tym spotkaniem z lata 1914 r. Henryk Sienkiewicz odmówił Romanowi Dmowskiemu kandydowania do rosyjskiej Dumy, bo zamiast antszambrować w Petersburgu w parlamencie, wolał ujmować się za katowanymi przez germanizatorów polskimi dziećmi z Wrześni albo publicznie wykpiwać pacyfistkę też z Noblem, baronową Berthę von Suttner za to, że przeszkadzał jej imperializm brytyjski wobec republik burskich ale nie niemiecki ucisk narodowościowy w Poznańskiem. Sposób potraktowania przez autora “Quo Vadis” austriackiej koleżanki-laureatki tyleż elegancki co stanowczy jeszcze śmieszy po prawie 120 latach. Również Olga Tokarczuk zawodzi podobnie rozhisteryzowane ekolożki w stylu nadpobudliwej szwedzkiej nastolatki Grety Thunberg oraz zawodowych przeciwników Pana Boga z “Gazety Wyborczej”, chwaląc na stronicach “Czułego narratora” świętych Kościoła katolickiego – nie tylko Franciszka z Asyżu ale również nie tak znanego, chociaż piękna to postać, Jana Chryzostoma, za prawdziwie ludzkie podejście do zwierząt.

A autorce przejmującego “Prowadź swój pług przez kości umarłych” o samotnej walce z mafią myśliwych (na kanwie tej powieści Agnieszka Holland nakręciła “Pokot”) warto w tym względzie zawierzyć. Zaś jeśli o politykach mowa, to od otrzymania Nobla pokazała się tylko w towarzystwie jednego z nich, Tomasza Grodzkiego, resztę tej menażerii mając w pogardzie. Wizyta u marszałka Senatu znajduje zresztą pełne uzasadnienie, skoro symbolizuje on nową demokratyczną większość – wyłonioną w następstwie zaskakującego wyniku wyborczego, do którego dobra nowina o Noblu dla Olgi Tokarczuk znacząco się przyczyniła, skoro nadeszła w czwartek, a w niedzielę Polacy głosowali w wyborach… po raz pierwszy w historii zupełnie inaczej do Sejmu (gdzie znowu wygrał PiS) niż do Senatu. Co świadczy o tym, że pisarka Olga Tokarczuk ma na opinię publiczną wpływ o jakim marzyć nie może nie tylko Kamil Stoch ale nawet jego kultowy poprzednik Adam Małysz otaczany bezprzykładną czcią przez Polaków. Zaś Lewandowskiego zostawmy Bawarczykom, skoro dla reprezentacji narodowej najlepszemu piłkarzowi świata porządnie grać się nie chce, co prezydentowi Andrzejowi Dudzie nie przeszkadza odznaczać go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski kojarzonym zwykle z zasługami dla kraju a nie kolejnych logotypów reklamowych.              

RZĄDZI TEN, KTO SNUJE OPOWIEŚĆ

W zamieszczonym jako tytułowy rozdział “Czułego narratora” odczycie noblowskim Olga Tokarczuk wykazuje, że: “Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi” – wywodzi z wprawą wytrawnej sawantki laureatka [4].

Nie dość jednak na tym. Tokarczuk swój wykład prowadzi przystępnie, ale sokratejskim tropem przyznaje się również do własnej niepewności.  “Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne “teraz”, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata” [5]. Brakuje języka, punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni – raportuje mistrzyni w swoim przemówieniu noblowskim. W spokojnej jeszcze chwili…

W trzy miesiące później wybuchła światowa pandemia – czego nikt nie przewidział – i boleśnie potwierdziła słuszność tej diagnozy. Chińska zaraza nie tylko dla epidemiologów, lekarzy, ratowników i pielęgniarek stała się czasem próby. Zakwestionowała nie tyle dotychczasowy porządek co świat. Wcale nie metaforycznie, lecz jak najbardziej dosłownie. “Bieguni”, opowieść za którą Tokarczuk dostała Nobla tak jak Sienkiewicz za “Quo Vadis” chociaż zapewne nasi czytelnicy wyżej cenią “Prowadź swój pług przez kości umarłych” niczym kiedyś “Trylogię” – stanowią historię człowieka w podróży. Potem przemieszczania się ludzi w pandemii zakazano. Administracyjnie, na tym polegały lockdowny. Ten świat przestał istnieć z tygodnia na tydzień, na mocy decyzji biurokratów od zdrowia i władzy, ogłaszanych w blasku fleszów na konferencjach prasowych, których obostrzenia decydujące zgromadzeń nie dotyczą. Dziś to oni snują opowieść, jeśli trzymać się typologii autorki “Ksiąg Jakubowych”. Ale coś się kończy z pewnością.

BARBARZYŃCY I WSPÓŁCZEŚNI

Najdalej zapewne w swojej prognozie idzie słoweński filozof Slavoj Żiżek, światopoglądowo bliższy bohaterce tej recenzji niż jej autorowi, ale nie sposób odmówić mu dozy słuszności, gdy przewiduje… a może nawet już diagnozuje: “Hegel pisał, że jedyną rzeczą, jaką możemy nauczyć się z historii, jest fakt, że niczego nie nauczymy się z historii. Wątpię więc, czy dzięki epidemii staniemy się mądrzejsi, jasne jest tylko to, że wirus zburzy fundamenty naszego życia, powodując nie tylko ogromną ilość cierpienia, ale też spustoszenie gospodarcze, potencjalnie gorsze niż Wielka Recesja. Nie ma powrotu do normalności. Nową normalność trzeba zbudować na ruinach naszego starego życia albo znajdziemy się w epoce nowego barbarzyństwa, ktorej oznaki już teraz są widoczne” [6].

Zamiast czekania na barbarzyńców, znanego z wiersza Konstandinosa Kawafisa – pamiętamy jego ironię, gdy nie przyszli: “ci ludzie byliby jakimś rozwiązaniem” – Olga Tokarczuk propaguje czułego narratora. Z całą pewnością to lepsze rozwiązanie niż czuły barbarzyńca.

Na razie jednak oryginalna pisarka zbiera niezwykłe doświadczenia, wiążące się z pandemią. “Dzięki ustaleniom biologii i medycyny (..) okazało się, że jesteśmy bytem raczej zbiorowym niż indywidualnym, bardziej republiką wielu różnych organizmów niż monolitem, hierarchicznie ustrukturyzowaną monarchią (..). Niezależnie od tego, jak często się myjesz, człowieku, twoje ciało pozostaje pokryte populacjami “sąsiadów” – bakterii, grzybów, wirusów i archeonów. Najwięcej ich znajduje się w mrocznych zakamarkach naszych wnętrzności. Obecna pandemia koronawirusa potwierdza jeszcze ten obraz rodem z horroru – człowiek może zostać skolonizowany na wielką skalę” [7]. Mamy więc nie tylko kolejną literacką nobistkę ale pozytywistkę, a zestawienie z Sienkiewiczem znowu nie wydaje się naciągane. Analogia z autorem “Szkiców węglem” nie przestaje być istotna.

Sienkiewicz jak wiemy pisał ku pokrzepieniu serc, Tokarczuk przypomina nam, że je mamy.

To podwójnie ważne w trudnym czasie pandemii. Nazwać to też można empatią, to główny atrybut czułego narratora – ale sercem też.

Zwłaszcza, że jego również – wciąż o sercu mowa – oprócz rozumu brakuje decydentom, w kryzysowej porze globalnego kataklizmu największego od II wojny światowej zatroskanych o banki (nie zamrożono rat kredytów tym, którzy spłacać ich nie mogą, bo zakazano ich pracować, co dotyczy całych branż gospodarki), lichwiarzy oraz sieci zagranicznych supermarketów, w odróżnieniu od zwykłych sklepów osiedlowych ostentacyjnie naigrawających się z higienicznych restrykcji (kto w Biedronce dba o odstęp w kolejce do kasy? – sztuczny tłok jest tam normą) – nie zaś o obywateli, pacjentów, podatników, jednym słowem wszystkich tych, którym zawdzięczają sprawowanie władzy i związane z tym beneficja.

Władza w dobie pandemii przypomina bohatera anegdoty przytaczanej przez Aleksandra Wata w “Dzienniku bez samogłosek”: “wyrostek zamordował rodziców. Podczas rozprawy sądowej szepcze do obrońcy: “niech pan bije w to, że jestem sierotą” [8]. Rządzący podobnie najpierw postępują źle, potem odwołują się do społecznej wyrozumiałości: pamiętamy chaotyczne wprowadzanie i odwoływanie zakazów ze sławetnym wykpionym przez Justynę Kowalczyk zakazem wstępu do lasu włącznie. Ludzie jednak chcą czegoś innego.  

EMPATIA I UKRYTA POTRZEBA WZNIOSŁOŚCI     

Wyprowadzaliśmy z przyjaciółką psa, dobrze po północy. Obecność sześcioletniego i ponad trzydziestokilogramowego owczarka niemieckiego daje komfort bezpiecznego odbywania spacerów w dowolnym miejscu i czasie. W śródmiejskim parku z daleka już usłyszeliśmy zdumiewające w tych okolicznościach ale charakterystyczne słowa i melodię. Pomyłki nie było. Po winie na ławce – knajpy wciąż pozostawały zamknięte – młodzi ludzie nie śpiewali rapu, piosenki sprośnej ani kibolskiej tylko “Barkę”, kiedyś ulubioną przez Jana Pawła II. To nie były pijackie ryki, wybijał się głos jednej z dziewczyn, jako wieloletni kierownik literacki teatru akademickiego wystawiającego wtedy głównie musicale umiem odróżnić, kto potrafi śpiewać, a kto nie. Głosy nie były fałszywe. A dobór repertuaru?  Pokoleniem JP2 nie są, gdy Papież odszedł, byli jeszcze w przedszkolu, nie da się tego zideologizować. W rocznikach zdalnej nauki ujawnia się ukryta potrzeba wzniosłości, nieodłączna dla każdego pokolenia. Za Norwidem zaś powtórzyć można: i nie zmyślili tego wieszcze, bo zbyt jest piękne.     

Za wcześnie przesądzać, że akurat noblistka Tokarczuk znalazła odpowiedź na dylematy tych roczników. Niedostępną nie tylko dla polityków nawet w pandemii potrafiących tylko jak PiS i PO przy pozorach wrogości zagłosować wspólnie i paskudnie za podwyżką własnych wynagrodzeń, dla celebrytów szczepiących poza kolejnością i w kompromitującym towarzystwie wytwórców marnych lodów i kiepskich kremów a przy tym łgających ile wlezie, że to akcja promocyjna, wreszcie dla bossów prywatnej stacji telewizyjnej, co powinni to wszystko zdemaskować, ale nie mogą, bo sami byli w aferę szczepionkową zamieszani… Dla tej odpowiedzi empatia pozostaje kluczowym słowem, szansą zaś wspólnota, zaprzeczenie egoizmu.

EFEKT TOKARCZUK jednak już został osiągnięty i nie idzie wcale o wybory senackie sprzed półtora roku, których okoliczności i rezultat mało kogo dziś obchodzą. Natomiast z badań Biblioteki Narodowej wynika, że procent Polaków, którzy przez rok przeczytali przynajmniej jedną książkę, wzrósł z 38 do 42. Chociaż to postęp na aptekarską na razie tylko miarę, wiązać go można zarówno z Noblem dla Tokarczuk i związanym z nim efektem budującego przykładu lecz także z sytuacją pandemii, zmuszającą do częstszego pozostawania w domu, co wiąże się również z lekturą i refleksją, ale też inspirującą do zadawania pytań spoza sfery codziennej. 

We Francji rekordy popularności bije przecież “Dżuma” Alberta Camusa, w księgarniach całego świata modny staje się rozgrywający się w czasach XIV-wiecznej epidemii “czarnej śmierci” mądry ale i piekielnie, to chyba właściwe słowo, trudny “Dekameron” Giovanniego Boccaccia, zaś właścicielka antykwariatu na warszawskim Solcu (to Powiśle nie żadna elitarna dzielnica, właśnie tam mieszkała dzielna “Matka Królów” z opowieści Kazimierza Brandysa i filmu Janusza Zaorskiego) na pytanie, z jakiej branży książki sprzedają się w pandemii odpowiada krótko: – Filozofia. I znów powtórzyć wypada za Norwidem, że nie zmyślili tego wieszcze…

To także zasługa Olgi Tokarczuk, chociaż z wykształcenia noblistka nie jest filozofem lecz psychologiem, zamiast zaczęła żyć z pióra pracowała zresztą w poradni nad rozwiązywaniem problemów alkoholików, aczkolwiek zapewne wszyscy pić nie przestali, wystarczy, że okazała się cudotwórczynią w jednej dziedzinie…

LUDZIE KSIĘGI CZYLI TO NASZ ŚWIAT JEST PRAWDZIWY

Olga Tokarczuk przywróciła Polakom nadzieję, że coś potrafią, a walczącej znów w pandemii o przetrwanie klasie kreatywnej, że jest potrzebna nie tylko własnym rodzinom, komornikom i windykatorom. I że skoro tak dobrze piszemy, że młoda jeszcze na tle innych laureatów Polka dostaje Nobla, to może zaczniemy wreszcie mądrzej głosować. A przede wszystkim chodzić na wybory, bo inaczej będzie jak z tym gościem, co codzienie wieczorem modlił się o wygraną na loterii. Aż wreszcie objawił mu się Pan Bóg.

– Wiśniewski, daj mi szansę, kup wreszcie ten los – doradził Stwórca.

Co znaczące, Olga Tokarczuk wierzy tylko w jedną wspólnotę: tę, która pojawia się już jako część tytułu jednej z wcześniejszych jej powieści. Chodzi rzecz oczywista o Ludzi Księgi. 

Ze znawstwem psychologa z dyplomem przekazuje, że zdolność czytania dowodzi równowagi i zdrowia psychicznego. Nie jesteśmy bowiem w stanie zrozumieć napisanego tekstu gdy utrzymujemy się w stanie wzburzenia, histerii a tym bardziej psychozy. 

Tym samym więc 42 proc. Polaków, chociaż wciąż stanowi mniejszość, otrzymuje od noblistki pewien ważny certyfikat: to my jesteśmy normalni. A może więcej: to nasz świat jest prawdziwy. Nawet w strasznym czasie pandemii. Za ugruntowanie tego przekonania Oldze Tokarczuk należy się po literackim jeszcze drugi Nobel: z fizjologii i medycyny. Za dobroczynny wpływ na zdrowie psychiczne aktywnych i czytających (zwykle idzie to w parze) Polaków.

“Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy” – powiada laureatka [9]. Zaś jeśli świat polityki i gospodarki, a także ochrony zdrowia i systemów ratowniczych z nią przegrywa, to tylko jego wina…                               

[1] por. Andrzej Anusz. Nielegalna polityka. Akces, Warszawa 2019, passim
[2] Julian Krzyżanowski. Henryka Sienkiewicza żywot i sprawy. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1966, s. 216-217 
[3] Witold Dworzyński. Wieniawa. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1993, s. 96-97
[4] Olga Tokarczuk. Czuły narrator. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020, s. 263
[5] Tokarczuk, op. cit, s. 264
[6] Slavoj Żiżek. Pandemia! COVID-19 trzęsie światem. Wyd. Relacja, Warszawa 2020, s. 13
[7] Tokarczuk, Czuły narrator… op. cit, s. 15
[8] Aleksander Wat. Dziennik bez samogłosek. Oficyna Literacka, Kraków 1987, s. 4
[9] Tokarczuk, Czuły narrator… op. cit, s. 273 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here