W Warszawie prezydent nie istnieje. Pozostaje tylko legendą miejską

Jeśli zaś w polityce krajowej założy własną formację – będzie to kolejna “partia Gazety Wyborczej” i rychło podzieli los Unii Wolności. Przy czym jeżeli obaj z Donaldem Tuskiem nie powściągną własnych temperamentów, to w drugiej turze wyborów prezydenckich za trzy lata Mateusz Morawiecki spotka się z Szymonem Hołownią. Co stanie się być może wariantem niezłym dla Polski, za to morderczym dla Koalicji Obywatelskiej / Platformy Obywatelskiej.

PO-KO to nie lada dziwoląg. Nie tylko używa wymiennie dwóch nazw, tracąc przez to na rozpoznawalności, ale ma dwóch zaciekle rywalizujących ze sobą liderów. W dodatku konto każdego z nich obciąża już porażka w wyborach prezydenckich: Tuska z Lechem Kaczyńskim w 2005 r. i Trzaskowskiego z Andrzejem Dudą w 2020 r. Ani myślą się dogadać. Wspólnie za to zmierzają do utrzymania monopolu “na opozycji” jak w swoim szpetnym slangu mówią politycy. Trwa licytacja. Trzaskowski brylował w trakcie organizowanego przez siebie Campusu w Olsztynie (rodzaj partyjnej szkoły letniej), zaś Tusk objeżdża Polskę powiatową, gdzie skupia na sobie zainteresowanie i ściąga tłumy, na które obecny prezydent stolicy nie ma co liczyć, bo w mediach i tak go aż za dużo. 

Pomnik pamięci ciepłej wody w kranie

Tuska łatwiej zrozumieć: ma już swoje miejsce w historii. To on – jak dotychczas pierwszy i jedyny – przekonał w 2007 r. polskich wyborców do odsunięcia od władzy rządu PiS z premierem Jarosławem Kaczyńskim na czele. Po czym rządził przez siedem lat w zgodnej, jak nigdy przedtem, koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym. Zbudował autostrady. Otwierał Orliki – boiska w małych miejscowościach, których tam brakowało nawet w czasach, gdy za Edwarda Gierka na olimpiadzie w Montrealu staliśmy się szóstą sportową potęgą świata (za hodującymi masowo cyborgów ZSRR i NRD oraz najbogatszymi na kuli ziemskiej USA, RFN i Japonią). Wspólnie z Ukrainą zorganizował Piłkarskie Mistrzostwa Europy 2012, za których sprawą Polska po raz pierwszy od 4 czerwca 1989 r. znalazła się w pozytywnym kontekście na ustach światowej opinii publicznej. Nawet Władimira Putina gościł na Westerplatte. Po czym zbiegł do Brukseli, obejmując stanowisko prezydenta Zjednoczonej Europy. Pozostała po nim pamięć ciepłej wody w kranie. Co też cenne, zważywszy, że obecna ekipa za swój sukces uznaje, że w Odrze woda co prawda pozostaje trująca, ale jednak bez rtęci, jak sugerowała opozycja. I że winni temu Niemcy.    

Donald Tusk nie pali się więc do powrotu do bieżącej polityki parlamentarnej, czemu dał wyraz w rozmowie w “naszej telewizji” TVN, jak stację z Augustówki nazywał wielki Andrzej Wajda, mając na myśli nie wspólnotę reżyserów filmowych, lecz komitet poparcia kandydatów PO. Zawdzięczający w znacznej mierze karierę Lechowi Wałęsie jego obyczajem Tusk nie chce, ale będzie musiał. Zresztą niby co innego robić potrafi? Kolejny przepiękny album o Gdańsku opracuje i wyda? 

W Warszawie szef panuje, rządzą wiceprezydenci

O ile Tusk zrobił swoje w polskiej i europejskiej polityce (przy całym dystansie do niego trudno mu zarzucić błędy, gdy pozostawał sternikiem tej drugiej, zaś w tej krajowej odium porażki pozostawił Ewie Kopacz, i tak nie najgorszej premier III RP, bo o to miano ubiegać się mogą Hanna Suchocka i Beata Szydło, ze wskazaniem na drugą z nich) – o tyle Trzaskowski wciąż wydaje się liderem na dorobku. 

Celebrytę znanego z tego, co jest znany, warszawiacy poparli na prezydenta w 2018 r. żeby nie został nim kibic Odry Opole, mówiący “hekatumba” zamiast “hekatomba”, nominat PiS Patryk Jaki. Zagłosowali roztropnie, Trzaskowski wygrał w pierwszej turze. I od tego czasu jeśli miasto w ogóle go interesuje – to tylko kiedy może zabłysnąć, spotykając się z racji pełnionej funkcji jak równy z równym z charyzmatycznym merem Kijowa i byłym bokserskim mistrzem świata Witalijem Kliczką.

Rafał Trzaskowski chętnie bryluje w świecie, a także wszędzie, tylko nie w Warszawie, ostatnio na Warmii i Mazurach, gdzie organizował kolejny Campus Polska: nie mógłby tego zrobić w Zegrzu czy Nieporęcie, gdzie też pięknie i zielono, z pożytkiem dla Mazowsza, rządzonego przecież przez koalicję PSL (wieczny marszałek Adam Struzik, z którego utrzymywania się na posadzie można kpić, ale fundusze unijne załatwia) i PO? W dodatku wspomniane szkoła letnia młodych aparatczyków PO-KO nad jeziorem tonacją przypomina znaną z PRL harcerską akcję “Bieszczady 40” (chodziło wtedy o tę właśnie rocznicę manifestu lipcowego PKWN z 1984 r.), a najmocniejszym przekazem, jaki stamtąd się przebił, pozostaje odmowa akredytacji, z jaką spotkał się ze strony biurokratów imprezę organizujących topowy dziennikarz TVP Info Miłosz Kłeczek. Za stronniczość. Poczytajmy więc na wskroś obiektywne relacje z Campusu, zwłaszcza, że jeśli Trzaskowski doszczętnie poróżni się z Tuskiem i własną formację założy, będzie to kolejna po Unii Demokratycznej i Unii Wolności “partia Gazety Wyborczej”. 

Jak zachwyca się na jej łamach Tomasz Kurs: “Campus Polska Przyszłości w Olsztynie to autorskie przedsięwzięcie Rafała Trzaskowskiego. Na fali dobrego wyniku w wyborach prezydenckich 2020 roku chciał wykorzystać entuzjazm swoich zwolenników” [1]. Byłem wtedy na wieczorze wyborczym Trzaskowskiego w trakcie ogłaszania wyników drugiej tury – w podwójnej roli, jako dziennikarz i jego wyborca w tamtym rozstrzygającym głosowaniu – i żadnego entuzjazmu nie dostrzegłem. Za to na błoniach nadwiślańskich strasznie cięły komary, jak to letnią porą, zaś nam dziennikarzom do picia dano wyłącznie wodę niegazowaną w butelkach, nawet kawy pożałowali, bo kampania okazała się kosztowna, więc trzeba zaoszczędzić na redaktorach. Kursa zapewne tam nie było, więc podnieca się dalej i nas próbuje, jak umie, swoim zaangażowaniem zarazić: “Campus to zlot młodzieży i forum wymiany poglądów dotyczących nie tylko polityki, ale także sfery społecznej, ekonomicznej czy ekologii” [2].    

Z relacji “Gazety Wyborczej” widać, że lider tak wszechstronny musi to wszystko spiąć i zwyczajnie nie ma czasu, żeby się Warszawą zajmować.

Zaś stolicą rządzą wiceprezydenci. Żeby chociaż czynili to sprawnie.

Paryż wart jest mszy, a Warszawa… niewiele

To paradoks, bo przecież gdyby prezydenturę w Warszawie Trzaskowski traktował przynajmniej jak trampolinę do objęcia przyszłych rządów w kraju, mieszkańcy chociaż na jego ambicjach by skorzystali. Nic z tych rzeczy. 

Mądry król Francji Henryk IV, który powstrzymał prześladowania religijne i stał się twórcą potęgi państwa, zasłynął również jako autor powiedzenia, że Paryż wart jest mszy. Zmienił bowiem wyznanie, byle tam się dostać. Tymczasem dla Trzaskowskiego Warszawa wydaje się niewiele warta. Miejsce pracy do wpisywania w kwestionariuszu i tyle. Nie każdy włodarz tutaj musi być wizjonerem na skalę Stefana Starzyńskiego. Ale nawet po mocno kontrowersyjnym Pawle Piskorskim pozostał Most Świętokrzyski. Zaś po Trzaskowskim – szkoda gadać. Oddawanie kolejnych i pojedynczych stacji metra to rutyna a nie pomnik, wystawiany sobie jako dobremu gospodarzowi. 

Gdy szczyt pandemii koronawirusa i krach kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej niespodziewanie wyniosły Trzaskowskiego do roli kandydata na prezydenta PO-KO w wyborach ogólnopolskich w 2020 r. zaangażował się bez reszty. I porzucił stolicę. Brak charyzmy uniemożliwił mu nawiązanie realnej walki z podobnie jej pozbawionym, ale wykorzystującym w kampanii aparat państwa Andrzejem Dudą. Zablokował za to Trzaskowski Szymona Hołownię, który miał szanse wygrać z kandydatem PiS w drugiej turze. Tym samym zrealizował plan partyjnych liderów. To, co fatalne dla Polski, okazało się korzystne dla PO-KO. Trzaskowski zaś do Warszawy niby wrócił, ale nie ona zaprząta jego myśli. 

W Warszawie za to – a w szczególności dotyczy to Śródmieścia – żyje się najtrudniej od czasów stanu wojennego. Niedawne spektakularne zabójstwo przy Nowym Świecie pokazuje już w trybie alarmowym, że centrum stolicy opanowali przestępcy. Żebracy szwendają się głównymi ulicami, nawet w pandemii chodzą po pięciu czy siedmiu. Odgania ich bez trudu ochrona sklepów, stanowczością wyróżnia się choćby załoga Rossmana przy Świętokrzyskiej naprzeciw szpitala dziecięcego. Ale nie straż miejska. Biurokracja stołeczna pozostaje przedmiotem anegdot. Zwykle raczej ponurych. Śródmieście stopniowo slumsuje, wizytówką nawet Traktu Królewskiego i jego przecznic stają się naganiacze coraz liczniejszych seks-klubów nagabujący przechodniów. Wzrost przestępczości to nieunikniony efekt zastępowania markowych kawiarń i restauracji przez najtańszy wyszynk oferujący wyłącznie wódkę i zagrychę. Inaczej niż poprzez preferencje w czynszu nie powstrzyma się tego procesu.

Pod koniec lat 80. w całej Polsce mniej było studentów (niecałe 40 tys), niż dzisiaj kształci jeden tylko Uniwersytet Warszawski (ponad 50 tys), za to księgarń na Nowym Świecie było parę razy tyle, co dziś. 

Porównanie niskiej jakości życia w stołecznym centrum z czasem stanu wojennego wydaje się drastyczne lecz zasadne. Po prostu tam nic nie działa. Całkiem jak wtedy. Tyle, że wówczas było jeszcze jakieś podziemie, a teraz… z kanalizacji cuchnie. Co spacerującym turystom zagranicznym kojarzy się zapewne z Trzecim Światem. Wytrawni warszawiacy śmieją się za to z kolejnej po uślicznianiu ulicy Świętokrzyskiej realizacji architektów krajobrazu miejskiego: to popularny “plac pięciu kantów” jak przechrzcili go mieszkańcy, w prestiżowym miejscu przy dawnym domu handlowym braci Jabłkowskich. Przyjazny podpitym rowerzystom i “ryczącym czterdziestkom” na hulajnogach (ta dawna dziecięca zabawka stała się w stolicy dla osób trunkowych płci obojga tym, co riksza dla Hindusów), ale nie uciekającym przed nimi przechodniom. Sztuczna roślinność i przejrzały design. Coś takiego wyrosnąć może równie dobrze w Baku jak w Kuala Lumpur.

Prawie jak Hongkong, ale prawie czyni różnicę

– W Hongkongu… Rozpoczynający trzykrotnie swoje przemówienie tymi słowami przed laty w sali sejmowej pos. Piotr Gadzinowski wzbudził żywiołową wesołość parlamentarzystów i zasłużył sobie na Srebrne Usta Radiowej Trójki. Teraz, gdy rozglądamy się wokół, wychodząc ze stacji metra Rondo Daszyńskiego – mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w Hongkongu właśnie. Wokół biurowce bezduszne i bezstylowe, które sterczeć mogłyby w każdym miejscu kuli ziemskiej. Brak wizji, planu, organizacji przestrzeni, żeby stała się przyjazna człowiekowi. Najcieplejszym elementem rozciągającej się stamtąd panoramy okazuje się… Pałac Kultury. Kiedy patrzy się na to niemal w rocznicę masakry, dokonanej tam właśnie na ludności cywilnej warszawskiej powstaniowej Woli przez Niemców – trudno o optymistyczne wnioski. 

Zero warszawskiej specyfiki. Ale to tylko sztafaż. Dekoracja, nie więcej, chociaż szpetna. Gorzej, że jak była już o tym mowa – nic nie działa. W sferze usług podstawowych w stolicy podobno bogatej, europejskiej i nowoczesnej, jak zapewniają wyświetlane do znudzenia w kolejce podziemnej reklamówki urzędowe.       

Sobota rano, stacja metra Nowy Świat / Uniwersytet. To powinna być wizytówka stolicy, najczęściej tam wysiadają turyści. Próba kupienia dwóch biletów dwudziestominutowych, po trzy czterdzieści każdy, w automacie okazuje się nieudana. Pierwszy jest zepsuty. Drugi przyjmuje monety, wydaje resztę, ale kartonikowych biletów nie mogę się już doczekać. 

Gdy Trzaskowski zrobi jakiś następny Campus, a na nim konferencję prasową, powiem mu w imieniu tych warszawiaków, którzy dostępu do niego nie mają – nazwijmy ich milczącą większością – a znaleźli się w podobnych sytuacjach niekoniecznie w przejściu do metra: – Trzaskowski, oddaj mi moje sześć osiemdziesiąt. Zanim pójdziesz do polityki krajowej, rozlicz się ze swoimi wyborcami z 2018 r.

Nominalny tylko gospodarz Warszawy zaciągnął bowiem znaczący dług u jej mieszkańców, skoro cztery lata temu Patryk Jaki jako kandydat partii krajem rządzącej uzyskał tu raptem… 28,5 proc głosów. Do czegoś to zobowiązuje. Zwłaszcza, że gdy ubiegał się o warszawską prezydenturę, akurat był posłem… z Krakowa. To nie żart. Zapytam więc na pewno.

Chyba, że po przeczytaniu przez prezydenckie biuro prasowe tego skromnego artykułu znajdę się na czarnej liście dziennikarzy, którym akredytacji się odmawia, gdzie jak rozumiem pierwszy jest Kłeczek. 

Kazik domagał się od Lecha Wałęsy chociaż stu milionów w pamiętnej piosence. Suma roszczeń adekwatna pozostaje do formatu beneficjenta kwoty, zauważmy złośliwie. Ale odłóżmy żarty na bok. 

Przed wyborami prezydenckimi w stolicy cztery lata temu jedynym politykiem, który wystąpił z pełnym i wizjonerskim programem dla Warszawy nie był wcale ich późniejszy zwycięzca Trzaskowski, lecz nie kandydujący w tym wyścigu przedsiębiorca, ekonomista i dawny eurodeputowany Dariusz Grabowski. Przedstawił projekt interesujący dla zwykłych warszawiaków, a nie tylko rowerzystów, którzy – jak skrzętnie wylicza – w stolicy stanowią ledwie 5 proc mieszkańców. Co dla pozostałych 95 proc? Wytyczanie ścieżek nie wystarczy. Dobre to było w początkach lat 90, kiedy istniała jedna, wzdłuż Podleśnej przy Lasku Bielańskim. 

Totalnego bałaganu w mieście nie przesłonią hałaśliwe akcje reklamowe i billboardowe. Pomysły zwężania kolejnych ulic sprawią, że stolica stanie się niedrożna – o jakości zaplecza publicznej komunikacji miejskiej była już mowa. Jeśli narzuca się mieszkańcom, żeby zostawili samochody i przesiedli do metra – trzeba im dać szansę kupienia biletów w sprawnych automatach, co nie kradną pieniędzy. Poważni ludzie nie będą przecież przez bramki przeskakiwać, niczym imigranci w paryskiej kolei podziemnej.

Nikt w stolicy nie walczy z samowolą spółdzielni mieszkaniowych, z których część stanowi zakonserwowaną esbecką skamielinę. Współpracującą w dodatku z organizacjami przestępczymi. Zdarza się, że członkowie władz spółdzielni zamieszani są w… podpowiadanie celów włamywaczom, a policja, powiadamiana o tym, starannie wszystko notuje i archiwizuje, do tego swoje działania ograniczając. I po pewnym czasie umarza. 

Upiorne myśli i Hamlet dziecięcy

W Warszawie byłoby więc wiele do zrobienia, ale nie wiadomo, kto się tego podejmie, bo Trzaskowski przy zupełnym braku wyników przez cztery lata chce jeszcze, żeby proszono go o następną kadencję.

Tusk ostentacyjnie lekceważy rodzimą politykę, a myśl o powrocie do parlamentu uznaje za “upiorną”. Trzaskowski, chociaż dawny aktor dziecięcy (jako ośmiolatek – dziś ma pięćdziesiątkę – zagrał w serialu, nomen omen, “Nasze podwórko”),  a nie szekspirowski, hamletyzuje, ile wlezie. Nie potwierdził zamiaru ubiegania się o reelekcję. Jego z kolei polityka parlamentarna wzywa, a nie mierzi.  Obaj łaski nie robią. Wyborcy znajdą na to odpowiedź. Znany z powiedzenia “nie chcę ale muszę” Lech Wałęsa, z pokojowym Noblem i pięciolatką prezydentury w życiorysie, gdy przez kolejną kadencję odpoczął od tej funkcji i jeszcze raz się o nią ubiegał – w 2000 r. uzyskał poparcie raptem 1 proc Polaków. Tusk sam jest historykiem, powinno to być dla niego memento. A Trzaskowski chętnie długo i pięknie o historii opowiada.  Niech lepiej zrobi coś, żeby się w niej zapisać.

Polska wzywa? Być może. Ale na razie to Warszawa czeka na niezbędne minimum prezydenckiej aktywności.

[1] Mariusz Kurs. Gra Trzaskowskiego o przyszłość. “Gazeta Wyborcza” z 29 sierpnia 2022 

[2] ibidem

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here