TVP: pierwsi przy kasie, najmniej wiarygodni

0
124

Tylko 25 proc Polaków uznaje za wiarygodne programy informacyjne i publicystyczne państwowej TVP. Liderem zaufania okazuje się prywatna stacja Polsat z 38 proc. Również TVN z 36 proc dobrych ocen wyprzedza w tym rankingu stację kierowaną przez Jacka Kurskiego.

Jak wykazuje badanie CBOS, zresztą ośrodka rządowego całkiem jak telewizja Kurskiego – pomimo dwumiliardowej dotacji z kieszeni podatników TVP okazuje się najmniej wiarygodną stacją [1].

Jeszcze w latach 90. telewizja, wtedy publiczna, zaliczała się obok wojska i Kościoła do instytucji cieszących się wśród Polaków najwyższym zaufaniem. 

Po podwójnym zwycięstwie w wyborach prezydenckich i parlamentarnych z 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość, zachowując zapisaną w Konstytucji i mającą charakter ekspercki Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, odebrało jej zarazem prawo powoływania władz Polskiego Radia i TVP. Przyznano je Radzie Mediów Narodowych, zdominowanej przez polityków, w której zasiada m.in. skandalistka Joanna Lichocka, posłanka PiS znana z obelżywego gestu wystawiania palca, jaki wykonała w sali sejmowej po jednym z głosowań. Z programów informacyjnych i publicystycznych TVP odeszła większość powszechnie znanych dziennikarzy. Zakończył się trwający prawie ćwierć wieku eksperyment z telewizją publiczną, oparty głównie na francuskich wzorach ustawowych, chociaż inspiracji szukano również w Wielkiej Brytanii, gdzie kodeks etyczny BBC uchodzi za niedościgły wzór oraz w Niemczech, gdzie o względy widzów rywalizują aż dwie stacje publiczne: ARD i ZDF. Twarzami telewizji państwowej stali się wojownicy pisowskiej propagandy (Anita Gargas), ale także żurnaliści radzący sobie doskonale wcześniej za rządów postkomunistów w telewizji (porównywana dziś złośliwie do prezenterki rządowej stacji północnokoreańskiej Danuta Holecka była twarzą Wiadomości za czasów prezesury Roberta Kwiatkowskiego) a nawet weterani poprzedniego ustroju jak niemal nie wychodzący dziś ze studia komentator, dawny sekretarz KC PZPR Marek Król.

Wyniki wiarygodności, zmierzonej przez CBOS, pokazują jednak, że władza i kasa to nie wszystko. Liderem zaufania okazał się wystrzegający się demonstrowania własnych sympatii i wcale nie skupiony na polityce Polsat. Zaś opozycja – a przynajmniej najmocniejsza w sondażach Koalicja Obywatelska – zapowiada likwidację najbardziej zdominowanego przez propagandę kanału Info, dopuszczając w kuluarowych rozmowach zastosowanie tej procedury wobec całej TVP, co wydaje się podobną skrajnością jak obecna polityka pisowskich władz wobec powtórnie upaństwowionej i nazwanej demagogicznie narodową telewizji: zwłaszcza, że notablom z PO-KO trudno przyjdzie obronić się przed zarzutem, iż postępując w ten sposób zamierzają spłacać biznesowe długi wobec sprzyjających im stacji prywatnych. W najsprawniej funkcjonujących europejskich demokracjach telewizje publiczne mają niepodważalną pozycję. Zaś za TVP przemawia kilkadziesiąt lat profesjonalnych doświadczeń pracujących w niej artystów sztuki telewizyjnej: polscy oparatorzy obrazu i dźwięku, realizatorzy czy kierownicy produkcji cieszą się zasłużoną marką i renomą. Zwykle zachodnie stacje przy realizowaniu materiałów w Polsce korzystają z ich umiejętności profesjonalnych. Nawet w dobie politycznego uzależnienia TVP reprezentuje znaczący potencjał i powinna być traktowana jak dobro ogólnonarodowe.  

Publikacja miażdżących dla państwowej stacji wyników sondażu CBOS zbiega się akurat z rocznicą powołania “Obserwatora” – pierwszego w polskiej telewizji programu informacyjnego bez komunistów. Jego krótka ale barwna i dramatyczna historia pokazuje niewykorzystane szanse polskich mediów. 

Prace nad “Obserwatorem” zaczęły się we wrześniu 1990 r. Od roku działał już rząd Tadeusza Mazowieckiego, premiera jak wiadomo niekomunistycznego, ale niechętnego stanowczym zmianom w życiu publicznym. Szefem Radiokomitetu pozostawał wtedy rusycysta Andrzej Drawicz (autor m.in. książki “Pocałunek na mrozie” o dysydenckiej literaturze), jednak patronem “Obserwatora” stał się bardziej jego zastępca do spraw telewizji Jan Dworak, wcześniej działacz nurtu niepodległościowego antykomunistycznej opozycji.

Szefem zespołu “Obserwatora” został wywodzący się ze środowiska “Res Publiki” (pisma najpierw wydawanego w podziemiu, potem zalegalizowanego przez naczelnego Marcina Króla, za co tego ostatniego potępił roszczący sobie prawo do monopolu na zawieranie porozumień z komunistami Adam Michnik) znawca myśli politycznej czeskiego demokraty Tomasza Masaryka – Damian Kalbarczyk. W skład ekipy nowego programu weszli dziennikarze drugiego obiegu, m.in. ze środowiska Konfederacji Polski Niepodległej (piszący te słowa) czy Liberalno-Demokratycznej Partii Niepodległość (Natasza Bryżko) oraz reżyserzy, których szanse twórcze przez lata blokował poprzedni ustrój: w warunkach demokracji wielu z nich już epizodzie z “Obserwatorem” nakręciło własne filmy, dotyczy to m.in. Andrzeja Jakimowskiego (“Zmruż oczy” i “Sztuczki”), Tomasza Drozdowicza i Sławomira Koehlera. Wśród prezenterów znaleźli się: znany z filmów Krzysztofa Zanussiego aktor Krzysztof Luft – po latach rzecznik rządu Jerzego Buzka, obecna celebrytka Agata Młynarska oraz filigranowa ale stanowiąca gejzer energii Katarzyna Gruszczyńska. 

W tworzącej się redakcji “Obserwatora” stał telewizor z ogromnym, takim jak były modne w początkach transformacji, ekranem, ale nie oglądało się na nim “Wiadomości”, które – wciąż robione przez dziennikarzy komunistycznych – uznawane były przez młody zespół za skamielinę. Podpatrywało się raczej CNN, Sky News lub stacje francuskie. 

Premiera nowego dziennika miała miejsce w grudniu 1990 r. i było to, jak powiadali fachowcy od wojskowości o bitwie pod Lenino, “rozpoznanie walką”. Pierwszy materiał “Obserwatora” nosił bowiem tytuł “Lech Wałęsa prezydentem”. Po zapowiedzi prezenterki, podającej oficjalne wyniki wyborów (pokojowy noblista pokonał w nich egzotycznego reemigranta z Kanady Stanisława Tymińskiego na którego zagłosowali pokrzywdzeni przez plan Leszka Balcerowicza, co sprawiło, że w pierwszej turze wyeliminował Mazowieckiego) z ekranu przemówił sam zwycięzca.

– Zdrowie wasze w gardło nasze – oznajmił, spełniając toast. I obiecał: – Będę dużo pracował. Tak, żeby były efekty.

Nadzieje wiązane z programem “Obserwator”, chociaż na antenie pozostał niedługo, spełniły się w dalece większym stopniu niż te, które łączono z prezydenturą założyciela i pierwszego przewodniczącego NSZZ “Solidarność”.         

Różnicę stylu pracy “Obserwatora” i “Wiadomości” obrazuje sposób potraktowania spotkania z desygnowanym na premiera Janem Olszewskim, który ostatecznie wtedy rządu nie utworzył, udało mu się to dopiero w drugim podejściu rok później, bo za sprawą Wałęsy wtedy na czele gabinetu stanął liberał Jan Krzysztof Bielecki. Dobierający skład rządu Mecenas Olszewski spotkał się z przedstawicielami czterech wybranych przez siebie redakcji, byli to: Monika Olejnik z pr. III Polskiego Radia, Agnieszka Kublik z “Gazety Wyborczej”, Jerzy Modlinger z “Wiadomości” i Łukasz Perzyna z “Obserwatora”.

Zadałem mec. Olszewskiemu dwa dobitne pytania o współpracę z Wałęsą i ocenę szans misji. Z jego odpowiedzi wynikało, że życzliwości prezydenta nie odczuwa i liczy się z zamiarem rezygnacji. Mecenasa wypytywali też inni. 

Zamiast robić drętwą i klaustrofobiczną relację z całości spotkania zmontowałem materiał z moich pytań i odpowiedzi Olszewskiego. Ten wywiad otwierał “Obserwatora” o 19,00 w pr. II TVP, bo na antenę wchodziiśmy pół godziny wcześniej niż w “Jedynce” “Wiadomości”. 

Modlinger, jak się okazało, przygotował dla flagowego programu informacyjnego wielominutowy i pozbawiony dynamiki materiał z całej tej dziennikarsko-politycznej pogwarki. – Zero dramaturgii – mówi się o takich produkcjach w TVP. Gdy szefowie “Wiadomości” zobaczyli mój temat w “Obserwatorze” i przypomnieli sobie, czym sami dysponują, złapali się za głowy i żeby nie ośmieszać programu, postanowili w ogóle z przygotowanej dla nich relacji zrezygnować. Za co z kolei spadły na nich gromy, że mec. Olszewskiego cenzurują. 

Ale to nas, a nie ich zdjęto wkrótce z anteny. Nie z powodu mec. Olszewskiego jednak.

Nowym prezesem Radiokomitetu został Marian Terlecki, wcześniej reżyser z opozycyjnego Studia Video Gdańsk, zaś w sprawach telewizji zastępował go Marek Markiewicz z Łodzi. Ten drugi ze względu na paternalistyczne podejście do zespołu “Obserwatora” zyskał u nas wiele mówiącą ksywę “Makarenko” od nazwiska radzieckiego pedagoga-cudotwórcy. Wałęsa, nie znający się wprawdzie na telewizji, ale uwielbiający ją oglądać, stawiał już wtedy na wzmacnianie “lewej nogi”. Niedawna etykieta “dziennik bez komunistów” okazała się pocałunkiem śmierci. Z ekranu zdejmowano nas rękami ludzi Solidarności. 

Miarka przebrała się, gdy “Obserwator” zamieścił relację z protestu górników i emerytów pod Belwederem, stanowiącym wtedy prezydencką siedzibę. W zapowiedzi studyjnej podawano liczbę uczestników, postulaty demonstrantów i odpowiedź na nie któregoś z rzeczników władzy. Sam materiał – jak mówi się w telewizyjnym slangu – był wyłącznie “setkowy”, czyli bez słowa dziennikarskiego, które w tym momencie okazało się zbędne, dokumentował okrzyki i wypowiedzi uczestników. Okazało się, że to za wiele. Był luty 1991 r. nowa jakość na antenie pozostawała od niecałych trzech miesięcy. I tyle…     

Na decyzję włączenia nas do postkomunistycznej struktury Dyrekcji Programów Informacyjnych, gdzie pozostawały  wtedy “Wiadomości”, “Panorama” i “Teleexpress” – czyli wszyscy, od których staraliśmy się różnić – zespół zaregował protestem, odczytanym w trakcie emisji. Władze telewizji na to z kolei – zdjęciem “Obserwatora” z anteny. W tej sytuacji zespół podjął strajk okupacyjny, pierwszy i – przynajmniej do tej pory – ostatni w historii Telewizji Polskiej. Nawet w latach 1980-81 były co najwyżej opaski i gotowość strajkowa. Trwający kilkanaście dni protest okazał się przegrany, jednak red. Edward Krzemień z “Gazety Wyborczej” powiedział wtedy: “Przeszliście do historii”. Programu nikt oczywiście nie przywrócił, jednak jego losy dokumentują jedną ze straconych szans polskich mediów a być może nawet przyczyn ich obecnej zapaści. Także dla obecnej opozycji to przestroga: zlikiwidować łatwo, ale co dalej… Chyba, że panowie posłowie i panie posłanki zamierzają pozostać z etykietką lobbystów prywatnych stacji… Tego im jednak nie doradzam.   

[1] sondaż CBOS z 21-26 sierpnia 2021 r. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 12

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here