Niezwykła opowieść o Polsce i Ukrainie. O “Renegatach Międzymorza” Aleksandra Diakonowa

Czy w sytuacji gdy zawodowi futurologowie i progności nie przewidzieli wojny, toczącej się od stu dni za naszą wschodnią granicą i napędzającej do nas ponad trzymilionową społeczność uchodźczą – prawdy o niej przyjdzie szukać w political fiction? Miarą sukcesu prawnika Aleksandra Diakonowa, który w roli prozaika debiutuje niech stanie się fakt, że napisał o tym wszystkim… zanim wojna wybuchła. To nie jedyny z paradoksów “Renegatów Międzymorza”.

Ambitny patriota ze służb, ksiądz słuchający bardziej własnego katolickiego sumienia niż nakazów kościelnej hierarchii oraz marząca o lepszym świecie hakerka tworzą naprędce zespół, który powstrzymać ma fundamentalne dla ich kraju zagrożenie. Wiele w tym literackiej gry, epatowania znanymi konwencjami, na krawędzi groteski czasem – jednak gdy pojawieniu się książki na rynku towarzyszą dramatyczne przekazy z wojny w sąsiednim kraju, “Renegaci Międzymorza” zasługują na poważne potraktowanie. Choćby z tego powodu, że ich autor wyprzedził autorytety nie tylko z pisarskiego świata. 

Przestrzelił zupełnie Szczepan Twardoch – zaczynający zresztą swego czasu karierę od batalistyki, czego dowodzi nawet tytuł jego pierwszej poważnej powieści “Wieczny Grunwald” – na ten groźny czas proponując nam banalną hostiryjkę o perypetiach upadającego celebryty (“Byk”). Obronną ręką wyszła z tego testu aktualności jedyna nasza żyjąca noblistka Olga Tokarczuk, której “Empuzjon” za bohatera ma lwowianina, dzieje się w przededniu wybuchu innej wojny (1913 r.) i nawiązuje do “Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna, gdzie jak pamiętamy Hans Castorp porzuca w finale sanatorium w neutralnej Szwajcarii, żeby udać się na front. Skoro zgodzimy się, wbrew maksymie starożytnych, że jednak inter arma non silent Musae, podczas wojny muzy nie milczą – warto się przypatrzeć temu, co ma do powiedzenia w tej kwestii młoda literatura, tworzona przez pokolenie, ktore dopiero wstępuje na scenę jak Aleksander Diakonow. “Renegaci Międzymorza”, w swoim formacie oryginalni i niepowtarzalni, mogą stać się zapowiedzią szerszego zjawiska. Oby tak się stało.      

Wprawdzie jest to również – chociaż nie wyłącznie – powieść sensacyjna, ale nie kryminał osnuty wokół klasycznej zagadki “kto zabił” zdradzić więc można, że aż do ostatniej stronicy wojna atomowa, jaką źli ludzie pragną wywołać między Polską a Rosją nie wybuchnie. Co poniekąd logiczne, bo jeśliby stało się inaczej, kto by nam o tym wszystkim opowiedział? Teoria literatury zna zarówno narratora wszechwiedzącego jak wielogłosowego “rashomonowego” (od tytułu filmu Akiro Kurosawy, gdzie jak pamiętamy, każdy ze świadków zdarzenia inaczej je relacjonuje, chociaż nie kłamie żaden) – ale o opowiadaczu z chorobą popromienną jako krytyk literacki z wykształcenia nigdy nie słyszałem, zaś konsultowani naprędce interniści zarzekają się, że w tym stanie podejmowanie jakiejkolwiek narracji staje się niemożliwe. Do czarnego humoru zresztą okazji powieść Diakonowa dostarcza więcej: oto w państwie przyszłości, powstałym drogą zjednoczenia dwóch słowiańskich narodów, nikt nie mówi poprawnie “na Ukrainie”, wszyscy za to łamią język niegramatycznym “w Ukrainie” aby zaprzyjaźnionej nacji nie urazić. Podobnie zamiast “rzeź wołyńska” mawia się tam neutralnie o “tragedii wołyńskiej” bezosobowej niczym powódź czy gradobicie. Zupełnie jak w polskich mediach przez ostatnie trzy miesiące, gdzie poprawność logiczna stała się ofiarą tej politycznej. Z tej akurat tendencji, chociaż niby w niego pozostaje ona wymierzona, główny sprawca zawirowania Władimir Putin może być zadowolony.

Trochę “Quo vadis”, trochę “Tajny agent”

Poza tym wiele znajdujemy w świecie niedalekiej przyszłości opisanym przez Diakonowa mnóstwo innych całkiem współczesnych zjawisk: rosyjski ekspansjonizm i gabinetowy cynizm amerykańskich decydentów. Nawet system Pegasus, chociaż w Międzymorzu nazywa się trochę inaczej, służy totalnej inwigilacji. Przede wszystkim zaś walczy się o władzę i wpływy tak jak “w realu”, patriotyczny frazes maskuje często zachłanność, wielką rolę odgrywają rodzime i obce służby specjalne, a od wpływów walki wywiadów i koterii wolny nie jest nawet Kościół, rozdarty na poprawną politycznie hierarchię i ideowych chrześcijan z katakumb, ekspresyjnie opisanych, bo Diakonow zaciąga tu pożyczkę u pierwszego w historii polskiego noblisty z literatury Henryka Sienkiewicza, nagrodzonego jak pamiętamy za “Quo vadis”, w kraju niesłusznie wypchnięte na półeczki regałów w dziecięcym pokoju, ale wciąż cenione za granicą. 

Chociaż Diakonow – jak pewnie każdy niemal prawnik – długi zaciąga rozumnie, nietrudno dociec, u kogo terminował, nie przekraczając w tym miary. Tajemne stowarzyszenia, rywalizujące o prymat w świecie, nie muszą się kojarzyć z opowieściami czytywanymi na postojach przez taksówkarzy kiedy nie ma ruchu, przywodzą też na myśl historie z późnej fazy twórczości Umberta Eco z jego templariuszami i różokrzyżowcami: w “Międzymorzu” są to raczej wolnomularze oraz sekciarze zarówno “nowinkarscy” jak fundamentalistyczni. Ze starszych klasyków wiele zawdzięcza nasz młody (chociaż już z piątką dzieci) polski autor rodakowi piszącemu po angielsku Josephowi Conradowi, a ściślej jego “Tajnemu agentowi”. Sporo oczywiście Stanisławowi Lemowi, u którego pierwszego pytanie o technologie łączyć sie zaczęło z inną szerszą indagacją o sens ludzkiego istnienia. Więcej jeszcze – rozumiejącym zarówno świat przyszłości jak kierunek wschodni braciom Arkadijowi i Borysowi Strugackim. Z najmłodszych autorytetów gatunku fantasy – rosyjskiemu prozaikowi Arsenowi Riewazowowi (“Samotność 12”), wprawdzie mniej znanemu niż Dmitrij Głuchowski ale piszącemu nie gorzej i podobnie jak nasz autor nie lubiącemu dyktatur. Ale też nie byłoby przejmującej sceny ucieczki pozytywnych bohaterów siecią kanałów warszawskich bez canneńskiego filmu Andrzeja Wajdy i konceptu Jerzego Stefana Stawińskiego, który go poprzedził. 

Terminator po kremlowsku

Nie warto jednak powielać nagminnego i wynikającego z pychy błędu właściwego dziennikarzom TVN, skupiającym uwagę na sobie samych zamiast na relacjonowanym wydarzeniu. Od recenzenckich skojarzeń przy lekturze istotniejszy okazuje się niepowtarzalny walor prozy jaką proponuje nam – jeszcze raz przypomnijmy – prawnik a nie filolog. 

“(..) W Moskiewskim Centrum Neurochirurgii przy ulicy Twerskiej trwały ostatnie badania polskiego pacjenta Szymona Makarewicza, który został zakwalifikowany do zabiegu wszczepienia cybernetycznej protezy ręki. Był to pierwszy zagraniczny podopieczny programu realnego transhumanizmu, z którego to programu państwo chciało uczynić światowej słąwy symbol zaawansowanych rosyjskich technologii. W skrócie celem programu było wszczepianie kalekim ludziom sztucznych kończyn, które reagowały na fale mózgowe. Dzięki temu inwalida odzyskiwał w dużej mierze sprawność a dodatkowo zwiększała się jego siła. Wyjątkowa moc sztucznych ramion i dłoni była tak zachwalana przez kremlowską wierchuszkę, że wśród bogatszych Moskwiczan znalazło się kilkoro takich, którzy świadomie dali sobie amputować zupełnie sprawne kończyny tylko po to, aby popisywać się w mieście tym, że palcami swojej syntetycznej dłoni potrafią zgiąć stalowy pręt o średnicy jednego cala. (..) Moskiewskie środki masowego przekazu rozpisywały się już od dobrych dziesięciu dni, że potężna Rosja za darmo pomaga nawet kalece z wrogiego panstwa międzmorskiego, któremu jego rodzima slużba zdrowia pomóc nie umiała” [1]. 

Dodać tylko można, że turbodoładowany w ten sposób przez Wielkorusów terminator rodem z Polski odegra w fabularnej kombinacji “Renegatów…” rolę istotną i rozstrzygającą.     

Spoza stołówki związku literatów

Czyta się? Ocenę Państwu pozostawiam. Zwracając zarazem uwagę na pewną prawidłowość: po raz kolejny zarówno imponującym refleksem jak i kunsztem pisarskim wykazuje się autor, nie wstawiający wcale do kwestionariuszowych rubryk słów: pisarz zawodowy. Przed dwoma laty weterynarz Radek Rak zaskoczył znawców perfekcyjnie wizjonerską opowieścią o Jakubie Szeli (“Baśń o wężowym sercu”), aż selekcjonerom pozostało przyznać mu zarezerwowaną przedtem dla “żyjących z pióra” prestiżową Nike. Od paru lat kolejne mistrzowskie tomy sagi mazurskiej wypuszcza z sukcesem nigdy nie stołujący się “u Literatów” na Krakowskim Przedmieściu i nie korzystający ze zwiazkowych domów wypoczynkowych Jerzy Woźniak, który materiał do “Mazura”, “Fatum” i “Cyrografu” pozyskiwał w trakcie pracy dla Fundacji Polsko Niemieckie-Pojednanie, zajmującej się odszkodowaniami dla ofiar nazizmu.

Skoro zaś mowa o kontaktach polsko-ukraińskich, wokół których – podobnie jak rosyjskich i amerykańskich planów globalnych – ogniskuje się fabuła i idea “Renegatów Międzymorza”, nie od rzeczy przypomnieć, że również nie wymachujący legitymacją stowarzyszenia pisarzy dziennikarz od gospodarki i producent telewizyjny Robert Bombała pracuje nad sensacyjną opowieścią przeplatającą się z autentyczną historią zamachu na polskiego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego przez nacjonalistów ukraińskich na warszawskiej ulicy Foksal w 1934 r. co jak pamiętamy dla sanacji stanowiło pretekst do stworzenia “ośrodka odosobnienia” w Berezie Kartuskiej, plamy na sumieniu i reputacji międzywojennej Polski.      

To jednak zmartwienie literatów kwestionariuszowych, że nie nadążąją za pogardzanymi do niedawna “naturszczykami”. Dla czytelnika sama korzyść z tego wypływa, co stanowi kolejny dowód, że zdrowa konkurencja zwykle okazuje się ożywcza. Prawnik Aleksander Diakonow nikogo o rekomendację nie prosił, a gdy napisał swoje, reszty dokonało już wydawnictwo Akces, powołane przed laty przez przedstawicieli najmłodszego pokolenia współtworzącego w latach 80. drugi obieg literacki. Edytorzy z Żoliborza po raz kolejny pokazali, że zasługują na lepszą markę niż pomieszkujący tam politycy.

Debiutant Diakonow oczywiście dopiero sobie markę wyrabia, z pewnością jednak jednego zarzutu nie da się mu postawić: żeby uciekał od rzeczywistości albo unikał tematów, elektryzujących opinię publiczną. Jeśli zaś żartem rzecz zakończyć, to aż strach pomyśleć, o czym będzie traktować następna jego książka. Żeby w złą godzinę nie wymówić…         

[1] Aleksander Diakonow. Renegaci Międzymorza. Akces, Warszawa 2022, s. 132

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.5 / 5. ilość głosów 8

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here