Kto wyprostuje drogę z Warszawy do Brukseli

Przewodniczący klubu parlamentarnego PiS Ryszard Terlecki zapowiedział uporządkowanie (a dosłownie: wyprostowanie) relacji z Unią Europejską. Nie wiadomo jednak, czy w ślad za tym pójdą konkretne działania. Mogą dotyczyć izby dyscyplinarnej Sądu Najwyższego którą szczególnie kwestionuje Trybunał Sprawiedliwości UE, oprotestowujący jednak praktycznie wszystkie elementy tego, co PiS nazywa reformą wymiaru sprawiedliwości, a co w praktyce oznacza tylko polityczne podporządkowanie sędziów. 

Platforma zbudowała autostrady na Zachód a teraz PiS je wyprostuje? Odłóżmy żarty na bok. Na ezopowy przekaz polityków skazuje nas dworska formuła współczesnego polskiego życia publicznego. Na co dzień zresztą gromko oni krzyczą, zwłaszcza w sprawach UE, ale niewiele z tego wynika. Może to nawet i lepiej, bo zacnych intencji trudno się w tym zgiełku doszukać.

PiS zarzeka się, że nie wyprowadzi nas z Unii, ale równocześnie utwardza swój elektorat hasłem obrony suwerenności, zwłaszcza po niedawnym wyroku całkiem sobie podporządkowanego Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, stwierdzającym nadrzędność prawa krajowego. Jednak niedawna uchwała władz partii rządzącej jednoznacznie stwierdza, że wystąpienie z UE nie wchodzi w grę. 

Donald Tusk na czele Koalicji Obywatelskiej przestrzega przed “polexitem”, zapowiadając, że PiS do tego właśnie zmierza.

Szymon Hołownia wytrzymał nerwowo i zamiast na niedzielnym stutysięcznym wiecu pod Kolumną Zygmunta w Warszawie wystąpić jako pokorny adiutant Tuska, przemawiał do własnych, również tłumnie zgromadzonych zwolenników na konkurencyjnym chociaż też prounijnym mityngu w Białymstoku. Jego Polska 2050 nie uznaje przywództwa powracającego z zagranicy Tuska ani w obozie proeuropejskim ani w antypisowskiej opozycji.

 Entuzjaści i obłudni

Jak się wydaje, Hołownia wie, co robi. W toczącym się sporze PiS odgrywa rolę eurosceptyków, PO-KO euroentuzjastów zaś “drużyna Szymona” eurorealistów i raczej ta trzecia może zyskać najwięcej.

Nie sformułowała za to samodzielnej narracji Konfederacja, bo Krzysztof Bosak nie wykorzystał okazji, by publicznie odciąć się od zagłuszającego hymn państwowy i wystąpienia Powstańców Warszawskich Roberta Bąkiewicza, chociaż to PiS tego ostatniego finansuje poprzez dotacje budżetowe. Zresztą z partią Bosaka zawsze dzieje się tak, że ilekroć jej notowania wzrosną, liderzy robią wszystko, żeby je obniżyć.

Jednak nie tylko Konfederacja ma dziś kłopot z sensowną narracją w sprawach europejskich. Donald Tusk, skutecznie zwołujący setkę tysięcy warszawiaków na plac Zamkowy, niczym niegdyś Zbigniew Bujak 3 Maja w stanie wojennym, powinien pamiętać o powiedzeniu Karola Marksa, które jako oczytany historyk zna z pewnością, że jeśli historia się powtarza, to wyłącznie jako farsa. Uderzające, że polityk, który kiedyś pozbawił wpływów Grzegorza Schetynę, odwołuje się do jego znanej formuły “ulica i zagranica”, która jak pamiętamy efektu nie przyniosła: jej twórca oddał przywództwo PO po serii porażek wyborczych zaś PiS niczym w bajce ze złym morałem rządzi do dzisiaj. Zaś zwolennikom trzeciej drogi i rozwiązań pośrednich dedykuję historię mojego dawnego kolegi z KPN, który w trakcie najgorętszych sporów o aborcję wszedł z grupą kilkunastu skrzykniętych postawnych nastolatków między demonstracje jej zwolenników a przeciwników z gromkim skandowaniem: “ani lewica, ani prawica”. O dalszych jego sukcesach w życiu publicznym nic mi jednak nie wiadomo. Podobnie zapowiada się los dalece poważniejszych polityków.

Nie da się bowiem ukryć, że PO-KO, nawet wsparta społecznym autorytetem przewodniczącego Konfederacji Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego i Powstańców Warszawskich czy wytrawnym instynktem politycznym Jarosława Kalinowskiego, który kiedyś wynegocjował dla rolników dopłaty bezpośrednie – gra dzisiaj zdartą płytę sprzed kilkunastu lat. Przypominającą nieco przyśpiewkę biesiadną z czasów poprzedniego ustroju: “was jest dwunastu, nas jest dwunastu, więc założymy klub entuzjastów…” Tyle, że w miedzyczasie zmieniły się zarówno Unia Europejska jak świat wokół niej i nas. Bo pomimo podprogowej narracji TVP Jacka Kurskiego, Polska i UE nie stają się antagonistycznymi pojęciami, czy nam się to podoba czy nie pozostajemy jej częścią, a o naszym prawie obywatelstwa w zjednoczonej Europie mówił przed laty nie jej późniejszy prezydent Tusk, lecz Ojciec Święty Jan Paweł II, jedyny autorytet społeczny powszechnie uznawany przez Polaków wszystkich pokoleń.

Z drugiej strony codzienność członkostwa w Unii to nie tylko ratowanie wsi dopłatami (zresztą konserwującymi jej anachroniczny charakter) ani pieniądze dla samorządów, skutkujące tym, jak pięknieją i stają się przyjazne mieszkańcom niezliczone “małe Ojczyzny” – ale również bezduszność brukselskich biurokratów, zdolnych uznać ogórka za owoc jeśli tak wygodniej, a także wielkie zyski bez podatków przez koncerny “starej Unii” transferowane z ogarniętej pandemicznym kryzysem Polski. Nie tym jednak kierujemy się na co dzień. Zwyczajnie strategie głównych aktorów tej gry okazują się nieskuteczne, bo Polacy nie uważają dziś, żeby dalsza przynależność kraju do UE okazywała się sprawą pilniejszą do rozstrzygnięcia niż walka z zarazą koronawirusa czy niwelowanie złowieszczych skutków jego pochodu dla firm i domowych budżetów. Ani nawet niż afery prowokowane zgodnie (jak ta Dworczyka i Skórzyńskiego czy biesiadowanie Borysa Budki i Tomasza Siemoniaka z Łukaszem Szumowskim i Markiem Suskim) przez niedoszłych koalicjantów z PO-PiS sprzed kilkunastu lat, co później niemal z dnia na dzień nagle stali się plemiennymi wrogami, chociaż wciąż wspólnie maskują podejrzane interesy, czego dowodzi omerta głównych mediów we wspomnianej aferze TVN oraz sprawie urodzin pisowskiego propagandysty uświetnionych przez zawodowych obrońców demokracji.        

Efekt Tuska się wyczerpał.

PiS zachowuje prowadzenie w sondażach, chociaż drapowanie się w togę obrońców suwerenności pozostaje sprzeczne z wcześniejszymi postawami zwłaszcza wobec Amerykanów: dyplomaci PiS nie zapobiegli przyjęciu przez Kongres sławetnej “ustawy 447”, otwierającej drogę do bezprawnego i sprzecznego z prawem międzynarodowym zaboru majątku dawnych ofiar Holocaustu, pozostających do śmierci obywatelami polskimi, a przy tym zrównującej nas ze sprawcami masakry, chociaż w izraelskim Yad Vashem najwięcej drzew upamiętnia Polaków ratujących żydowskich współbraci. Również pod dyktando amerykańskie rządzący zmieniali naprędce nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, penalizującej obwinianie Polaków o udział w Holocauście, co zapewne najmądrzejszym rozwiązaniem nie było, jednak podobnie absurdalne okazuje się przyzwolenie na zestawianie nas z Węgrami czy Słowakami, współuczestniczącymi na skalę masową w mordowaniu żydowskiej ludności.

Plują na nich: a oni, że deszcz pada

Niesławną “ustawę 447” przyjęto za prezydentury Donalda Trumpa, on sam nie miał do niej żadnych zastrzeżeń, co stanowi miarę paradoksu: decydujący cios pisowskiej polityce wstawania z kolan zadał republikanin, za którego czasów PiS samozwańczo uznał Polskę za “najlepszego sojusznika USA” (czego dyplomaci waszyngtońscy nie potwierdzali, podobnie jak nie używali w odróżnieniu od pisowskich odpowiedników nazwy “Fort Trump”, co przypominać może pamiętny wiersz Piotra Sommera z końca lat 70, cytuję z pamięci: “Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Ogrodniczych w Otwocku pozdrawia bratnie narody krajów socjalistycznych (..) tylko one nic o tym nie wiedzą”). Dopóki ambasadorem w Waszyntonie pozostawał zręczny dyplomata Ryszard Schnepf, pomysły takie jak “447” nie wychodziły z westybulu Kongresu, gdzie zwykli krzątać się podchmieleni lobbyści. Jego pisowski następca, zresztą wybitny znawca kultury XVII-wiecznych arian prof. Piotr Wilczek, okazał się bezradny wobec upokorzających Polskę regulacji. Teraz na placówce zastąpić ma go Marek Magierowski, uprzednio ambasador w Izrealu. Trudno mu jednak awansu zazdrościć, skoro w trakcie pełnienia tej ostatniej funkcji został nawet opluty na ulicy (to bulwersujące zdarzenie miało miejsce w maju 2019 r. w Tel Aviwie), na co państwo polskie nie zareagowało jak należy, chociaż każde, nawet upadłe, zwykło dbać jeśli nie o prestiż, to o nietykalność własnego personelu dyplomatycznego, gwarantowaną zresztą przez standardy współczesnej cywilizacji i prawo międzynarodowe.

Szatańska liczba 447

Zaś w stosunkach polsko-amerykańskich, za sprawą nieudolności PiS, to nie “666” stało się szatańską liczbą, lecz właśnie “447”. Przy okazji tej afery przekonaliśmy się, ile wstawanie z kolan jest warte. W dodatku PiS postawiło na słabego konia, do końca rachując na zwycięstwo Trumpa, którego jednak pokonał przekonująco demokrata Joe Biden, jeszcze w kampanii zaliczajacy Polskę do grona państw totalitarnych na równi z Białorusią. Na razie skutecznie nie dostrzega istnienia swojego polskiego odpowiednika Andrzeja Dudy, pomimo desperackich zabiegów otoczenia gościa z Warszawy o choćby kwadrans spotkania w trakcie sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, najpotężniejszy polityk świata nawet tyle czasu mu nie poświęcił. To wszystko wyjaśnia.  

Jednak nie na tle kontaktów z USA tasuje się dzisiaj polska scena polityczna. Nie da się jednak codziennie uderzać w dzwon Zygmunta, a nadmiar alarmów sprawi, że każdy kolejny uznany zostanie za fałszywy.

Podobnie bowiem, jak zauważa ceniony politolog prof. Antoni Dudek, sytuacja Donalda Tuska okaże się trudna, jeśli pomimo wyroku Trybunału Przyłębskiej Polska dostanie jednak unijne pieniądze z funduszu odbudowy po pandemii.

Paradoksalnie, jeżeli ich nie otrzymamy – wzmocni to zarówno PO-Koalicję Obywatelską, bo za szkodnika uznany zostanie PiS, jak radykałów w obozie rządzącym ze Zbigniewem Ziobrą na czele i jego kanapową Solidarną Polską, bo ci z kolei zyskają kolejny dowód na przewrotność Unii. Tyle, że zwykle nie cieszą się powszechną sympatią ci, co utrzymują, że im gorzej tym lepiej. Pamiętamy, jak wystrzegał się tego Lech Wałęsa w opozycji lat 80. Dlatego pokojowy Nobel zamiast na wydawnictwa niezależne poszedł wtedy na przykościelną fundację zaopatrzenia wsi w wodę.                  

Dla Unii nie jesteśmy najważniejsi

Polacy nie spierają się na co dzień o Unię Europejską: zdecydowana większość z nas opowiada się za pozostaniem we Wspólnocie. Prawie nikt jednak nie jest zadowolony z obecnych relacji z Brukselą. Nie ma się zresztą czym zachwycać. Eurorealizm – którym zapewne kieruje się Hołownia i po części Polskie Stronnictwo Ludowe, które zamiast propagandy prezentuje w tej kwestii rzeczowy chociaż prounijny raport prof. Jana Czekaja – zakłada, że nawet rządzoną przez PiS Polskę trudno będzie reszcie Unii Europejskiej skarcić, tolerując zarazem sytuację na Węgrzech (gdzie Viktor Orban zgarnia całą pulę), czy Rumunii, Bułgarii, Czechach lub Słowacji, gdzie problemami pozostają zarówno korupcja jak nadużycia władzy a środki unijne nierzadko marnotrawi się bądź prywatyzuje spektakularnie. Im gorzej u nich, tym lepiej dla nas, tak rysuje się wilcze prawo Wspólnoty. Trudno założyć, żeby Polska została napiętnowana na prawach wyłączności. Aż tak źle z nami nie jest. Wbrew kompleksom pisowskich sterników polityki zagranicznej, oficjeli z Warszawy Bruksela nie przeznacza wcale do roli chłopców do bicia.

Wprost przeciwnie, w niedawnym artykule w “Gazecie Wyborczej” prof. Wojciech Sadurski, którego najtrudniej posądzić o cień choćby sympatii dla rządzących, skoro niedawno wygrał proces z Jackiem Kurskim, gdzie w wyroku sąd uznał za zgodne z prawem nazywanie przekazu TVP goebbelsowskim, czemu trudno się dziwić bo w grę wchodził kontekst zabójstwa prezydenta Gdańska Adamowicza – w każdym razie ten właśnie naukowiec zauważył, że Unia Europejska nie kwapi się raczej do gorącej obrony praworządności w Polsce. Wykładowca wielu zachodnich uczelni, nawet australijskich, wie raczej o co chodzi. Politycy z zachodnich stolic tak samo nie chcą dziś zimnej wojny o Polskę jak w 1939 r. ich protoplaści nie chcieli tej gorącej. Jeśli zestawiani jesteśmy z cztery razy mniejszymi Węgrami Orbana oraz przezywaną od wieków “chorym człowiekiem Europy”, Turcją przeżywającą dziś ciężką traumę pod rządami Recepa Erdogana, przypominającymi trzecioświatowych kacyków – stanowi to winę Jarosława Kaczyńskiego i jego szambelanów. Im głośniej krzyczą, jak od lat dwudziestu: “wina Tuska” (niezapomniany Wojciech Młynarski napisał nawet o tym piosenkę ze słowami “pociąg spóźnił się do Buska…”), tym mocniej widać, co sami zrobili z pozycją Polski w świecie. Lub jak w “Kubusiu…” Milne’a – im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka nie było.       

Dziś nie ma Polski ani naszej racji stanu tam, gdzie rozstrzygają się najważniejsze kwestie międzynarodowe. Wróciliśmy do punktu wyjścia, kiedy to w trudnych początkach suwerenności w 1990 r. zabiegi o dopuszczenie Polski do rozmów mocarstw “dwa plus cztery” w sprawie przyszłości Niemiec za sprawą flegmatycznego temperamentu premiera Tadeusza Mazowieckiego i nikłej siły przebicia ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego skończyły się fiaskiem: w formule “dwa plus pięć” a więc z naszym udziałem toczyły się wyłacznie rundy negocjacji dotyczące kwestii granic, co do reszty zaś to alianci nasi z drugiej wojny światowej uznali nas za mniej znaczących od likwidowanej właśnie NRD. 

W kwestii kontaktów z UE rządzący zmuszeni są lawirować, bo zdecydowana większość Polaków opowiada się za pozostaniem we Wspólnocie. 88 procent ankietowanych przez Ipsos chce, żeby Polska nadal należała do Unii Europejskiej [1]. Wiadomo jednak, że po doświadczeniach z lat 1945-1989, kiedy to polscy delegaci w Organizacji Narodów Zjednoczonych, z wyjątkiem kwestii inwazji radzieckiej na Węgry, zawsze głosowali tak jak przedstawiciele ZSRR, a sojusz z tym państwem wpisano nawet w latach 70. do konstytucji PRL – społeczeństwo pozostaje wrażliwe na jakiekolwiek znamiona obcego dyktatu. Z kolei w przedmiocie obecnego sporu z UE pisowscy sternicy mogą liczyć na pewne poparcie społeczne, bo sądy nie cieszą się dobrą opinią obywateli z powodu opieszałości postępowań, biurokracji i licznych urągających poczuciu sensu wyroków, z pamiętnym, że właściciel budynku nie musi odśnieżać dachu – na czele. Nie przypadkiem PiS zaraz po objęciu władzy wzięło na celownik sądownictwo i media. Wynikało to z oczywistych, dostrzeganych przez masową opinię, słabości tych instytucji, potwierdzonych zresztą w wypadku prywatnych środków przekazu w niedawnej aferze TVN z podpowiadamiem pisowskiemu ministrowi szefowi premierowskiej Kancelarii Michałowi Dworczykowi przez gwiazdora tej prywatnej stacji oficjalnie wolnej i niezależnej a nawet opozycyjnej – Krzysztofa Skórzyńskiego. 

Wcale nie lepiej jednak PiS radzi sobie w kwestiach, w których polityka rządzących wydaje się zgodna z dominującym głosem opinii publicznej.

Nie tylko uchodźcy czyli kulawa polityka wschodnia

72 proc Polaków nie chce przyjmowania uchodźców z białoruskiej granicy [2]. Nieco mniej, ale wciąż większość, bo 55 proc z nas przystałaby na zbudowanie tam na trwałe “solidnego ogrodzenia” [3]. Jednak “polityka stanu wyjątkowego”, nawet lokalnie tylko prowadzona, wydaje się ponosić fiasko. Z jednej strony mieszkańcy skarżą się na plątające się po lasach uchodźcze watahy złożone zwykle z kilkunastu mężczyzn poubieranych w markowe ciuchy i wyposażonych w nowoczesne smatfony, pozostawiających po sobie w miejscach, gdzie rozbili obozowiska, opakowania z etykietami napisanymi arabskim alfabetem. Z drugiej zaś – organizacje humanitarne narzekają na los zagubionych w tychże lasach uchodźczych dzieci.

Zarazem z agendy kontaktów polsko-białoruskich znikła sprawa dla naszej racji stanu najważniejsza: sytuacja rodaków za kordonem. Za kratami pozostają, każde od ponad pół roku, zarówno liderka polskiej społeczności na Białorusi Andżelika Borys jak dziennikarz Andrzej Poczobut. Zaś jeśli o hybrydowy spór graniczny idzie, coraz bardziej “Zemstę” Aleksandra Fredry przypominający, to chociaż jedyną agendą Unii Europejskiej mającą siedzibę w Warszawie pozostaje wyspecjalizowany w ochronie unijnych rubieży Frontex – pisowskie władze nie umieją się z nią dogadać co do sensownego współdziałania. Przedtem w polityce wschodniej podobny paradoks zaznaczył się w kwestii Ukrainy: wspieraliśmy w imię celów wyznaczanych w Berlinie, a nie u nas, zarówno “pomarańczową rewolucję” jak “euromajdan”, chociaż liderów obu ruchów odrzucili wkrótce w demokratycznym głosowaniu sami Ukraińcy. Uparte poparcie dla producenta marnych słodyczy Petra Poroszenki doprowadziło do zrozumiałego pogorszenia relacji z jego następcą w prezydenckim fotelu Wołodymyrem Zełenskim, który najpierw zagrał w sitcomie walczącego z korupcją nauczyciela, co sięga po najwyższy urząd w państwie, zanim tę samą kreację odtworzył “w realu”. Zaś politykierstwo rodzimej dyplomacji pod dyktando priorytetów unijnych i natowskich doprowadziło tylko, wzmacniając ukraiński nacjonalizm w tym odwołujący się do banderowskich symboli – do pogorszenia sytuacji polskiej mniejszości i cofnęło sprawę patriotycznych upamiętnień od cmentarza Orląt Lwowskich po pomniki ofiar rzezi wołyńskiej. Ukraina zaś przyjęła ustawę, na mocy której można pójść do więzienia za krytykę mordującej niegdyś Polaków Ukraińskiej Powstańczej Armii i nie złagodziła jej pod zagranicznym naciskiem, jak pisowskie władze niefortunnej nowelizacji tej “IPN-owskiej”.

Racja stanu? A co to takiego? 

Nieskuteczność dyplomacji za rządów PiS w tym polityki wobec Unii Europejskiej rodzi obawy, że jej efekty okażą się wprost… sprzeczne z rzeczywistymi intencjami. W tym sensie zamiar pozostawiania nas w UE, nawet szczerze deklarowany, może nie mieć znaczenia, albowiem skutki przerosną zamiary decydentów. W tym kontekście pada przykład brytyjskiego premiera Davida Camerona, konserwatysty, który rozpisał referendum w sprawie “brexitu” całkowicie przekonany, że wygrają je zwolennicy dalszej przynależności do Unii Europejskiej. Zwyciężyli jednak jej przeciwnicy.

Jeśli posłużyć się analogią z odleglejszej ale naszej historii, to Bohdan Chmielnicki, wzniecając w 1648 r. bunt kozacki, wcale nie zmierzał do tego, by Ukrainę oderwać od Polski, chciał co najwyżej zostać tamtejszym hemanem. Jednak po rozpaleniu powstania, w sześć lat później na mocy ugody w Perejesławiu Ukraina przypadła Rosji (1654 r.).  

Gdy III Rzesza prowadziła wojnę z całą Europą, na murach okupowanych miast masowo pojawiało się malowane przez młodych bohaterów Ruchu Oporu hasło: “Deutschland liegt in allen Fronten” (Niemcy leżą na wszystkich frontach). Smutne, że tak drastyczne porównanie pasuje do efektów obecnej dyplomacji. Nie niemieckiej jednak, bo ta pozostaje skuteczna, lecz polskiej. 

Mankamenty i porażki polskiej polityki zagranicznej, nie tylko tej z Unią Europejską związanej (ta ostatnia nie stanowi wydzielonego ani najważniejszego jej segmentu) wynikają z podporządkowania jej przez rządzących demoskopii i marketingowi. Dla pisowskiej ekipy priorytety dyplomacji wynikają nie z racji stanu, lecz sekwencji sondażowych notowań. Słupki czasem nawet przyrastają, ale tylko rządzącym, a wszyscy tracimy reputację i pozycję w Europie i świecie. Co gorsza z zachowań opozycji wynika, że nawet zmiana władzy niewiele tu poprawi.

[1] sondaż Ipsos z 21-23 września 2021
[2] badanie Pollster dla SuperExpressu z 13-14 września 2021
[3] IBRIS, październik 2021

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here