Zapomniany wyborca, polski nauczyciel

0
62

Politycy interesują się ich środowiskiem trzy razy do roku: na zakończenie roku szkolnego (właśnie minął), w czas jego rozpoczęcia (co niebawem znów nastąpi) oraz w Dniu Nauczyciela, upamiętniającym Komisję Edukacji Narodowej, która oświeceniową reformę państwa zaczęła ćwierć tysiąclecia temu właśnie od szkolnictwa. Teraz PO-KO nie liczy się z nauczycielami, bo wie, że i tak na nią zagłosują, zaś rządzące PiS ze względów… dokładnie przeciwnych.   

Rosną wszystkie pensje, tylko nie ich. Zarobki nauczycielskie maleją, to prosty rachunek, skoro podwyżki wyniosły 4,4 proc, zaś inflacja 13 proc. Wśród 510 tys. polskich nauczycieli, 82 proc stanowią kobiety. W zawodzie dominuje standard kulturowy tradycyjnej inteligencji (nauczyciel pozostaje najczęściej podawanym jej przykładem), co podobnie  jak feminizacja wyklucza radykalne formy ubiegania się o swoje. Nawet gdy w 2019 r. a więc tuż przed pandemią, nauczyciele podjęli strajk w szkołach – media pisowskie, wciąż masowo odbierane w mniejszych ośrodkach, propagandowo ich za to linczowały.

Z całej sfery budżetowej nauczyciele mają najmniejszą siłę przebicia: żądania służby zdrowia czyni poważnymi wciąż trwająca pandemia koronawirusa, zaś postulaty służb mundurowych wzmacnia zagrożenie zza wschodniej granicy. Nauczyciele zaś przyzwyczaili się, że to raczej ich się straszy, niż oni sami to robią. Pomimo, że w trakcie strajku przed trzema laty wykazali imponujący hart ducha. Faktem stało się wtedy szerokie poparcie społeczne dla nich, ujmowanie się za stanem nauczycielskim autorytetów moralnych jak literacka laureatka Nobla Olga Tokarczuk a nawet celebrytów. Historyczny błąd popełniła za to Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska, która nie wsparła protestu pedagogów jak należy. Pomimo czasu wówczas przedwyborczego. To jedna z przesłanek, że PO-KO dziś adresuje swój przekaz niby do wszystkich, a faktycznie do nikogo. Ostatnią “partią nauczycieli i lekarzy” pozostawała Unia Demokratyczna, później pod nazwą Unia Wolności, przynajmniej do czasu, kiedy z jej billboardów zaczął się uśmiechać Leszek Balcerowicz. Za to PO-KO do sprawy podchodzi cynicznie, przyjmując założenie, że nauczyciele i tak będą na nią głosować ze względów czysto (no właśnie, chciałoby się potwierdzić) kulturowych. Nie warto się więc starać, ani o nich zabiegać.

Z dokładnie przeciwnego założenia wychodzi PiS. Zakłada, że nauczyciele zawsze będą na kontrze do partii obecnie rządzącej. Stąd wzmacnianie pozycji kuratorów niemal do poziomu uprawnień komisarzy politycznych. W przeddzień zakończenia roku szkolnego PiS przegłosowało właśnie zmiany w Karcie Nauczyciela, dotyczące stopni awansu zawodowego, likwidujące dwie nauczycielskie szarże: stażysty oraz kontraktowego. Pozostaną trzy inne: “bez stopnia”, mianowanego i dyplomowanego. Tyle, że polska szkoła to nie wojsko, nawet jeśli wprowadza się na powrót – a PiS to właśnie robi – powszechnie kiedyś wykpiwane przysposobienie obronne. Z sprawnością radzenia sobie z zagrożeniami przedmiot ten ma tyle wspólnego, co niegdysiejsze wychowanie obywatelskie z umiejętnością sensownego  głosowania. Kategoria “przygotowanie do zawodu”, efekt nowelizacyjnej inwencji PiS, rozciąga się na pierwsze trzy lata i dziewięć miesięcy nauczycielskiej pracy, co zważywszy, że w tym czasie  wykonuje się normalnie obowiązki, przywodzi na myśl znane z bitwy pod Lenino rozpoznanie walką, które, jak pamiętamy, przyniosło tam ogromne straty.     

Gdy młody nauczyciel przyjdzie teraz do szkoły, przez pierwsze dwa lata można go będzie zatrudnić wyłącznie na umowę czasową – zakłada kolejna “karciana” zmiana przyjęta przez PiS. Nie zachęca to na pewno do postawy niezależnej ani kreatywnej – i tym się uchwalający zasadę posłowie kierowali. Symbolem pisowskiej polityki wobec stanu nauczycielskiego oraz szkolnictwa w ogóle oprócz samego ministra Przemysława Czarnka pozostaje betonowa kurator z Małopolski Barbara Nowak.

Nauczyciel musi też być – co stanowi jeszcze jedną pisowską zmianę “karcianą” – dostępny przez godzinę tygodniowo w szkole w sprawach różnych. Wzmocni to edukacyjną biurokrację, ale nie samo nauczanie. 

Rekomendowaną przez wiceministra Tomasza Rzymkowskiego jako sposób na nauczycielską satysfakcję, również finansową, liczbę 40 godzin tygodniowo przy tablicy, jeśli realnie bilansuje sie nauczycielską pracę, trzeba w rozliczeniu podwoić, bo drugie tyle zajmuje sprawdzanie prac, przygotowanie się do zajęć i biurokracja, jak zauważa  Andrzej Krajewski. I konstatuje z wisielczym humorem: “Czyli mamy jakieś 80 godzin roboczych dzielone na pięć dni w tygodniu. Na początku XIX wieku robotnicy w Anglii udowodniali, iż da się tak żyć (acz przy średniej długości życia ok. 34 lat) (..)” [1]. 


Po prostu polski inteligent

W trakcie długiego i dzielnego protestu strajkowego z 2019 r. polski nauczyciel domagał się nie tylko 1000 zł podwyżki (teraz ten mianowany zarabia na rękę 3100 zł), ale przypomniał swój inteligencki status. A ściślej upomniał się o to, żeby kategorii inteligencji w sensie grupy społecznej nie ujmować wyłącznie historycznie. Tym bardziej, że wcale nie zamierza się ona rozpadać na awansującą klasę średnią i walczącą tylko o byt sferę budżetową, jak zakładała liberalna inżynieria społeczna z początków transformacji ustrojowej.

Tożsamość polskiej inteligencji jako grupy potwierdziło symbolicznie, ale też i najbardziej dosłownie poparcie laureatki Literackiej Nagrody Nobla Olgi Tokarczuk dla strajku nauczycielskiego. Również samorządowcy, liczni lokalni włodarze wyrażali nawet gotowość pilnowania – po godzinach własnej pracy – dzieci w trakcie protestu pedagogów. Strajk wsparli aktorzy Wojciech Malajkat i Maciej Stuhr.   

Nauczyciele zaimponowali siłą ducha. Zwłaszcza, jeśli pamiętać, że opis statystyczny polskiego szkolnego inteligenta brzmi dziś: kobieta po czterdziestce.

Ich związki zawodowe zachowały się… jak można było się spodziewać. Powołujący się na szczytne tradycje jeszcze sprzed II wojny światowej Związek Nauczycielstwa Polskiego organizował protest, współdziała jednak najlepiej z Lewicą, zaś nauczycielska “Solidarność” kuglowała z władzą. 

O Komisji Edukacji Narodowej była już mowa. Zaczynała w 1773 r. reformę państwa od szkolnictwa. Dopiero w osiemnaście lat później przyszedł czas na Konstytucję 3 Maja. Być może więc, jeśli trzymamy się konwencji pół żartem, pół serio, skoro o powagę coraz trudniej, gdy w Polsce szczycącej się niedawnym boomem edukacyjnym, przedmiotem socjalnej troski władzy pozostają pracownicy o najniższych kwalifikacjach, o czym świadczą kolejne dwie zapowiadane podwyżki płacy minimalnej, zaś nauczyciele pomimo szumnie reklamowanego przez władzę podnoszenia wynagrodzeń ubożeją, bo nie nadąża to za inflacją – pedagogom przyjdzie czekać na powstanie partii oświeceniowej. Nie była nią wbrew zapowiedziom ani UD ani UW, nie stała się też Platforma Obywatelska. Z działań strategów na wielkich zbiorach nie wynika wciąż żadna systemowa oferta dla podniesienia rangi stanu nauczycielskiego, którego przedstawiciele wciąż – jak przed laty – współtworzą wzorce kulturowe i zachowują status naturalnych liderów lokalnych społeczności.

To do mojego dziadka, kierownika wiejskiej szkoły, w sierpniu 1939 r. chłopi przychodzili, żeby posłuchać przez okno radia (a co tam będziemy wchodzić – odpowiadali, gdy zapraszał do środka), ale przede wszystkim wywiedzieć się, czy wybuchnie wojna.   

Do tegoż dziadka w latach 70, mieszkającego już wtedy w kawalerce w nowym bloku w Warszawie, zapukał po prawie trzydziestu latach jego dawny uczeń. – To ta kanalia – przedstawił się, bo dziadek podobno tak go nazwał, czego już wtedy nie pamiętał, gdy kolejny eksperyment wychowanka ze znaleziskami z pobliskiego pobojowiska zamienił się w nieudaną na szczęście próbę podpalenia szkolnego budynku. Ten dawny ancymon wykorzystał czas parogodzinnego przejazdu przez Warszawę, by swojego nauczyciela odnaleźć i pochwalić mu się uzyskanym właśnie wieczorowo dyplomem technika i statusem majstra w jednej z łódzkich fabryk. 

Wśród dowódców “żołnierzy wyklętych” znalazło się wielu dawnych nauczycieli z międzywojnia: legendarny Stanisław Sojczyński ps. “Warszyc” uczył wcześniej w wiejskiej szkole i był tam komendantem lokalnego Strzelca. Zanim zaś miliony młodych ludzi ze wsi i miasteczek ruszyły zasiedlać zrujnowane miasta i zdobywać wykształcenie na skalę tak masową, że przedtem nieznaną, fenomenem na miarę europejską stało się tajne nauczanie w czasach okupacji hitlerowskiej. 

Nie potrzeba aż tak daleko się cofać w historię, żeby dostrzec, że jeśli Polska we współczesnym świecie zdumiewa innych swoimi osiągnięciami, to wiążą się one z naszą “miękką siłą”, wciąż modnym pojęciem soft power. Ten wymiar ma wspominany już tu Nobel Tokarczuk, Oscar dla “Idy” Pawła Pawlikowskiego, nagrody dla architekta Roberta Koniecznego, sukcesy szachowe Jana Krzysztofa Dudy i laury młodych polskich informatyków w międzynarodowych konkursach. Wszyscy oprócz Pawlikowskiego, od czternastego roku życia pomarcowego emigranta, mieli wyłącznie polskich nauczycieli. Masowym zaś przejawem tej samej miękkiej siły pozostaje oddolna mobilizacja wspólnot sąsiedzkich, rówieśniczych i zawodowych dla wzajemnej pomocy w pandemii, ostatnio zaś empatia okazywana wojennym uchodźcom z Ukrainy. Wszystko, z czego pozostajemy, nie bez racji, dumni, w skali makro  trzeba zaliczyć do dorobku zawodowego polskich nauczycieli. Od nich również zależy, czy kiedy skończy się już wojna na Ukrainie, przedstawiciele kolejnego polskiego pokolenia ograniczą się do sprzedawania hot dogów na stacjach benzynowych przy zjazdach z autostrad, czy włączą się z własnymi pomysłami w proces odbudowy wschodniego sąsiada i przekują w sukces gospodarczy humanitarny fenomen obecnej empatii wobec przybyszów ze strony wschodu Słońca. 

Nie przypadkiem noblistka Olga Tokarczuk w pamiętnych strajkowych dniach nazwała środowisko nauczycielskie trampoliną do lepszej przyszłości.         

Poczekają na 1 września, a potem 14 października

Teraz o nauczycielach mówić się nie będzie. Przecież są wakacje. Temat powróci przed 1 września: władza jakieś nowe szkoły pootwiera i wstęgi poprzecina, opozycja nagłośni kolejne paskudne wypowiedzi wiceministrów, jak niedawna Tomasza Rzymkowskiego (za sławetne “wiedzieli, co brali” skarcił go również bezpośredni przełożony Czarnek). Pełna nienawiści paplanina eks-kukizowca pokazała, że akurat MEN staje się matecznikiem urzędasów, których poziom kulturowy odbiega rażąco nawet od niewysokich standardów pisowskiej ekipy u władzy.

Ale przecież na wojnę kulturową nauczyciele nie pójdą, bo to domena ministra Przemysława Czarnka. Zaś strajkować trudno, gdy w szkołach poza pogłębiającą się mizerią finansową, nowe wyzwanie stanowią dzieci z Ukrainy, dla których ekspresowo trzeba było zorganizować nauczanie z dodatkowymi klasami włącznie, chociaż dominowały mieszane. Polscy belfrzy mieli w zakończonym roku szkolnym z powodu wojny w sąsiednim kraju 160 tys nowych uczniów, po 1 września dołączy 200-300 tys.     

Nauczyciele znów słyszą więc o poczuciu misji, przy czym zarazem to szkolnictwo wciąż stanowi poligon dla misjonarzy, wdrażających w nim rozwiązania, o których da się powiedzieć to, co niegdyś o komunizmie; że należalo je najpierw wypróbować na szczurach.  Znawcy problemów edukacji nie wykluczają więc strajku w szkołach już od września. Polski nauczyciel odczuwa bowiem problemy znane wszystkim innym grupom zawodowym, w tym drożyznę, plus jeszcze specyficzne dla własnej: pauperyzację (wraz z niedawną nowelizacją Karty podwyżki dostali tylko najmłodsi nauczyciele) oraz ideologizację i centralizację (za Czarnka to kuratorzy a nie dyrektorzy decydują, kogo do szkół wolno zapraszać).        

Gołym okiem jednak widać także, jaką cenę płaci całe polskie życie publiczne za to, że nauczyciel, najbardziej tradycyjny polski inteligent, o czym była już mowa – zepchnięty został do defensywy, zmuszony w imię przetrwania bronić swojego, odsunięty od budowania standardów, których najbardziej potrzeba choćby lokalnym społecznościom, stającym w obliczu problemów, o których jeszcze niedawno zamiast je rozwiązywać czytało się – no właśnie – w podręcznikach od historii. Tyle, że politycy, jak widać, przeważnie mieli do szkoły pod górkę, jak świadczą ich obecne wobec stanu nauczycielskiego, wyłącznie okolicznościowo-obrzędowe  zachowania.  

[1] Andrzej Krajewski. Nauczyciele i inne ofiary… Dziennik.pl z 25 czerwca 2022

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here