Barbara Bartel, psycholog z Lekarskiej Przychodni Profesorsko-Ordynatorskiej Waliców 20 w Warszawie, były wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie Łukasza Perzyny
– Znany wcześniej, jeśli można rzecz tak określić, środowiskowo chociaż z imponującą intensywnością, bo dla najbardziej przekonanych internautów pozostawał guru, 23-latek z Warszawy influancer Łatwogang w trakcie zbiórki dla chorych dzieci pobił rekord Jerzego Owsiaka. Pozyskał od ludzi 282 mln złotych, jak to możliwe, skoro na Owsiaka, przypomnijmy nic mu nie ujmując, pracuje przy Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy cała gromada wolontariuszy, a wspierają go od kilkudziesięciu lat główne media, w tym stacje telewizyjne? O czym świadczy sukces Łatwoganga i jego akcji?
– Rośnie nam nowe pokolenie, bez obciążeń i lęków. Porównanie z Owsiakiem nasuwa się w sposób oczywisty, skoro Łatwogang skromnie nadaje z własnej kawalerki. Chociaż oczywiście nie ma sensu ich sobie przeciwstawiać, kiedy obaj coś dobrego robią. Ten młody człowiek z Warszawy nie czuje się gorszy. Chce się sprawdzić i coś osiągnąć.
– A ludzie, którzy się do jego akcji przyłączyli?
– Ludzie chcą coś dać. Zobaczyli, z jakim zachwytem to robi. Bez przymusu. Nazwać go można bohaterem. Robi to dla siebie i dla innych.
– Bez formalności?
– Pokazał urzędnikom, jak to się robi. Wystarczy komputer, kontakt do którego da się go podłączyć, kawalerka. Tak zrodziła się przepiękna akcja. Przy czym wszystko wydaje się proste. Wystarczyło wymyślić.
– Czy to tylko jego zasługa?
– Na pewno również wychowania, rodziców, którzy nie byli nachalni. Widać, że jeśli wymagali, to mądrze i rozsądnie. Nie jak ci, którzy własnemu dziecku mówią: jak zdasz egzamin, dostaniesz pieniądze. Albo: zdaj maturę, to wtedy do domu na wsi się wyprowadzimy, a tobie zostawimy mieszkanie. To przeciwieństwem podobnych postaw osiągnąć można wszystko. W kulturze Wschodu znajdujemy skupienie na tym, co ważne, tam się nie plotkuje, w Japonii ani Indiach, raczej rozmawia o rzeczach istotnych. Chociaż nie jesteśmy pewni, czy Łatwogang właśnie tą filozofią się kierował. Znamy za to efekt jego działania, imponujący. Połączył nagle we wspólnotę ludzi, którzy wpłacali pieniądze na dobry cel.
– Zaczęło się od teledysku młodego rapera Bedoesa (Borysa Przybylskiego), z chorą na białaczkę jedenastoletnią Mają Mecan?
– Z chorą dziewczynką, która pragnie być zdrowa. I jest bohaterką w obu tego słowa znaczeniach. Do ludzi trafiła ta opowieść. Autentyczne historie przemawiają najmocniej.
– Z czasem dopiero do akcji włączyli się celebryci: Martyna Wojciechowska, Cezary Pazura i Robert Lewandowski, a Katarzyna Nosowska czy Blanka Lipińska przed kamerami ogoliły sobie głowy na znak poparcia dla zbiórki?
– I tu ogół Polaków ma już pewnie mieszane odczucia, bo przecież znani i uznani sami mogli podobną akcję zainicjować. Ale lepiej, że się włączyli, niż żeby pozostali bierni. Na pewno mieli przy okazji marketing własny, pewien element reklamy. Chociaż warto pamiętać, że to nie oni te 282 mln złotych pozbierali. Dobrze, że ich nie zabrakło. Ale to zwykli ludzie byli zaangażowani. Dobra akcja, a ludzie zwyczajni. I to oni dali pieniądze, w sumie tak ogromne, na chore dzieci.
– Jak najkrócej ująć, że właśnie Łatwogang odniósł sukces, chociaż tak wiele osób próbuje za pomocą internetu wpływać na opinię publiczną?
– Ludzie widzieli, że on tego nie robi dla sukcesu. Tylko dla fajnej śpiewającej dziewczynki, która jest chora, w czym dostrzegamy coś niesprawiedliwego, bo powinna być zdrowa przecież. I chcemy, żeby wyzdrowiała. Siebie też pokazał ten młody człowiek, z tej strony najlepszej. Oboje autentyczni, żywi. I aktywni. Piękny samochód można sobie kupić, kiedy się ma na to pieniądze, chwilkę się nim cieszyć, wzbudzić zazdrość w innych i zaraz go rozbić. A ten młody człowiek zebrał pieniądze na chore dzieci, na służbę zdrowia, na którą wszyscy narzekamy, że deficytowa. I nie mamy pomysłu, co z nią zrobić.
– Ten młody człowiek znalazł pomysł na siebie. I na uczestników akcji też. Pokazał, że jak śpiewał kiedyś Czesław Niemen, ludzi dobrej woli jest więcej?
– Nie mamy powodu, żeby ukrywać, że kiedy pomagamy innym, sami przez to czujemy się lepsi. Niezależnie od grubości własnego portfela czy portmonetki. Żyjemy w czasach niepewności. Upowszechnienie sztucznej inteligencji sprawia, że grozi nam likwidacja wielu miejsc pracy, również tych, co uchodziły za solidne i pewne. Kiedy robimy coś dobrego, dla innych, nie tylko dla siebie, na pewno także uśmierzamy lęk.
– Dochodzimy do paradoksu. Łatwogang, nazwijmy go wreszcie z imienia i nazwiska: Piotr Artur Hancke z warszawskiego Gocławia, studiował zarządzanie. I pewnie nie zrobiłby tego, za co go podziwiamy, gdyby zbierał zaliczenia. Ale on studia porzucił, żeby zająć się w internecie… zarządzaniem emocjami zbiorowymi, naszymi emocjami?
– Wielu ludziom z dyplomami renomowanych kierunków i uczelni brakuje polotu i chęci, jakimi wykazał się bohater, o którym teraz rozmawiamy. Z pobytów w Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych zapamiętałam, że tam nieco inaczej, nie tylko na podstawie dyplomu ocenia się człowieka, ważne okazuje się, czy jest ciekawy, ma wiele do powiedzenia, robi coś dobrego dla innych. Fenomen fantastycznej akcji Łatwoganga polega na tym, że umiał wydobyć potencjał dobra z każdego człowieka. Znamy wielu absolwentów prawa, co pracują teraz w sklepie za ladą, też są przecież pożyteczni, ale widać, że nie wystarczyło im słuchanie wskazówek rodziców, że mają być najpierw grzeczni, a potem jeszcze pilni. Wielu z kolei się przeciw temu buntowało, wpadło w złe doświadczenia z narkotykami, albo kłopoty psychiczne wynikające z tego, że nie sprostali oczekiwaniom innych: rodziców lub grupy rówieśniczej czy koleżeńskiej. Podziwiam Łatwoganga, bo zamiast realizować zastany schemat, stworzył nowy format pożyteczny dla siebie i innych. Więcej takich ludzi potrzebujemy szczególnie w naszej wyjątkowej dziś, bo trudnej sytuacji geopolitycznej, tacy przydają się najbardziej we współczesnym świecie, pełnym niepewności i lęków.
