Odpowiedź na postawione w tytule pytanie okazuje się prosta: pozytywnego zainteresowania rządzących. Za zwierciadło swoich działań Koalicja 15 Października uznaje TVN. Wiadomo, że to ulubiona telewizja Donalda Tuska. Tymczasem, jeśli nawet przyjąć pospolity czy wręcz wulgarny punkt widzenia polityków – wiadomo, że przyszłych wyborów nie da się wygrać głosami widzów TVN, skoro nawet nobliście Lechowi Wałęsie nie udało się w 1995 r. zostać ponownie prezydentem tylko z poparciem słuchaczy Radia Maryja.
W sytuacji, kiedy zaledwie 40 proc Polaków uznaje, że obecnie rządzący powinni nadal sprawować władzę przez kolejne lata po wyborach 2027 r. a ponad 47 proc im tej drugiej szansy wcale dawać nie zamierza [1] – Koalicja 15 Października szukać powinna sukcesu, którym mogłaby się pochwalić jako realizacją obietnic, złożonych przed tą datą w 2023 r. W gospodarce czy polityce międzynarodowej o to trudniej, z oczywistych względów. Nie sprzyja koniunktura, a obecna władza raczej prochu nie wymyśli. Wizji jej brak, bardziej administruje. Odbudowa telewizji publicznej przynajmniej do stanu zapamiętanego z lat 1990-2015, kiedy lepiej lub gorzej, TVP jednak swoje funkcje wypełniała przynajmniej w potocznym przekonaniu (skoro w rankingach zaufania plasowała się tuż po wojsku) – mogłaby dać wrażenie, że zobowiązania rządzących (choć to tylko jedno z nich) są realizowane.
Telewizyjny minimalizm
Na razie jednak wprowadzono w życie wyłącznie plan minimum. Pogoniono z TVP pisowskich propagandystów, znanych z czasów Jacka Kurskiego i jego następcy Mateusza Matyszkowicza. Nie żałuje ich nikt poza bezpośrednimi beneficjentami ich gorszących praktyk. Ani śladu jednak dawnej potęgi TVP z czasów, kiedy już po przełomie ustrojowym nie tylko pozostawała głównym źródłem informacji dla Polaków, ale kształtowała ich gusta i społeczne nawyki.
Członek Rady Programowej TVP i dawny bohater antykomunistycznej opozycji (skazany w drugim procesie Konfederacji Polski Niepodległej) Krzysztof Król wskazuje w rozmowie z PNP 24.PL, że “telewizja publiczna odróżnia się od komercyjnych stacji nie tylko profesjonalizmem ale ograniczeniem agresji” [2]. Jego zdaniem, po zmianie władzy w TVP najkorzystniejsze zmiany zaszły tam w informacji i publicystyce. Z perspektywy widza można to jednak uznać za realizację programu minimum właśnie, to już moje a nie K. Króla zdanie. Wyciszono bowiem hejt, ale trudno mówić o opiniotwórczej sile telewizji publicznej, nawet jeśli partyjną być przestała.
Sekwencja wydarzeń jest znana: w ostatnich dniach zwycięskiego dla niej 2023 r. Koalicja 15 Października wprowadziła likwidatora do TVP. Przejęto sygnał. Z ekranów zniknęli prezenterzy identyfikowani z pisowską propagandą i sławetne paski, zohydzające dawną opozycję, ale też niechętnych PiS intelektualistów, filmowców czy prawników. A także niewybrednie atakujące protestujących nauczycieli czy uczestników demonstracji w obronie praw kobiet.
Decyzje o przejęciu tak sygnału jak władzy w TVP podjął minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz, w latach 80. odważny opozycjonista z Ruchu Wolność i Pokój. Poniekąd w nagrodę za udane przeprowadzenie operacji odbicia TVP z rąk PiS – pojechał do Brukseli jako europarlamentarzysta. Zaś jego kolejne dwie następczynie – Hanna Wróblewska i Marta Cienkowska, surowo oceniane lub wręcz zasadnie wyśmiewane przez środowisko twórców kultury, nie zdradzają zainteresowania dalszą naprawą telewizji publicznej. Wystarczy, że przestała być wroga, a stała “nasza”. Zresztą ich kompetencje wydają się, jeśli rzecz ująć najłagodniej, ograniczone. Trójka szefów resortu kultury przez niespełna trzy lata sprawowania władzy to fakt, wystawiający smutne świadectwo rządzącym, przed 15 października 2023 r. chwalących się poparciem wybitnych artystów. Teraz jednego z ich, znakomitego aktora Daniela Olbrychskiego, ministerialny urzędnik nie dopuścił do jury festiwalu filmowego w Gdyni.
Nie więcej zrozumienia ani sympatii objawiają rządzący wobec artystów sztuki telewizyjnej. Których na darmo szukać w przaśnym TVN czy populistycznym Polsacie, na nich za to opiera się fenomen przetrwania przez TVP trudnych czasów. Kiedy bowiem usuwano z programów niezależnych dziennikarzy za czasów Kurskiego, pozostali na placu operatorzy, montażyści, realizatorzy i kierownicy produkcji, bo poprzedniej władzy, jakakolwiek by nie była, zależało na sprawności telewizyjnej machiny. Obecna zachowuje się, jakby wystarczyła jej TVN. Szkodzi tym samym sobie.
Halo, tu wolne media… – Nic nie słyszę
Wyczuwają to pracownicy TVP, wielu z nich więc nie grzeszy odwagą. Bo nie o misję, lecz o siebie się troszczą. I dotrwanie do emerytury.
Przykład pierwszy: na sejmowym korytarzu zadaję pytanie jednemu z czołowych polityków. Zaraz po uhonorowaniu przez Wołodymyra Zełenskiego UPA nadaniem jej imienia jednostce wojskowej – pytam, jak Polska w tej sytuacji obchodzić powinna rocznicę rzezi na Wołyniu. Nagle żurnalistka z TVP daje swojej ekipie desperackie znaki, żeby się zwijać jak najprędzej. Bo przecież co nie nagrane, to w telewizji nie istnieje. A skoro nie istnieje, to niczyjej karierze nie zaszkodzi. Zaś przekaz dnia dot. Wołynia nie jest jej jeszcze znany.
Exemplum drugie: dzwonię do świetnego reżysera, co piszę bez ironii, zatrudnionego na Woronicza. Zawsze lubił pogadać. Ale nie tym razem. Udaje, że nic nie słyszy przez mój telefon komórkowy, przez który regularnie i bez przeszkód porozumiewam się z lekko licząc kilkuset osobami tygodniowo. Na tym przecież również moja praca polega. Ponawiam próbę. Znowu tylko: halo, halo. I wiem o co chodzi, bo go znam. Kiedy weszli nowi, bał się strasznie, bo wcześniej o Kurskim mówił ciepło per “Jacek” i cały czas jego rządów przepracował bez żadnej krzywdy. Teraz obawia się z kolei, że jeśli Kurski powróci – co sam zapowiedział – kontakty z dziennikarzami demokratycznymi mogą zaszkodzić w utrzymaniu etatu “na Woro”. Przecież tam nawet w dyrektorskich gabinetach panuje przekonanie, że zostało niecałe półtora roku. A potem przyjdzie się zwijać albo dostosować.
Strach jest złym doradcą, a efekt ludzie często dostrzegają na antenie. I reagują po swojemu. Nawet jeśli zachowawczość czy koniunkturalizm dziennikarzy nie powinny stanowić głównego kryterium oceny, skoro na tych samych korytarzach w Sejmie profesjonalizm mistrzów sztuki operatorskiej takich jak Jerzy Ernst, Władysław Malarowski czy Radosław Sęp, nie tylko dbających o standardy, ale czasem zawstydzających profanów tego zawodu ze stacji prywatnych – pozostaje niedoścignionym wzorem. Widać go na antenie. Ale podobnie rzuca się w oczy pospolity dziennikarski strach wyrobników tego zawodu: robić tak, jak w TVN, albo byle nie podpaść. Ludzie to dostrzegają i oceniają.
Głosują pilotami
Telewidzowie głosują nie nogami, jak kinomani wychodzący w trakcie seansu, lecz trzymanymi w rękach pilotami. I ich werdykt okazuje się dla obecnej TVP niekorzystny.
Jeśli przywołać badania sprzed okresu wakacyjnego, kiedy zainteresowanie wszystkimi stacjami maleje z oczywistych względów, to w maju br. flagowy program informacyjny telewizji publicznej “19.30”, który zastąpił “Wiadomości” oglądało każdego dnia 1,26 mln widzów, o 400 tys mniej niż przed rokiem.
Dla porównania “Fakty” TVN liczyć mogły codziennie na 2,25 mln telewidzów, a ich strata “rok do roku” wyniosła aptekarskie, jeśli rzec można… 6 tys…
“Wydarzenia” Polsatu oglądało 1,19 mln osób, mniej niż “19,30”, ale też o 150 tys niż ten sam program rok wcześniej. “Dzisiaj” Republiki – 711 tys wobec 900 tys przed rokiem [3].
Mści się więc w sposób oczywisty brak inwestycji w telewizję publiczną – za sprawą tego zaniechania słabnie siła stacji.
W czasach wcale nie zamierzchłych, przed niechlubną epoką Kurskiego, dla Polaków interesujących się polityką, liczącym się źródłem wiadomości o niej pozostawały znane z obiektywizmu i profesjonalizmu relacje sejmowe Iwony Sulik i Danuty Ryszkowskiej. Dużo wcześniej pluralizm “Wiadomości” jako głównego dziennika stacji najlepiej obrazował fakt, że redaktorami głównego wydania byli tam zarówno Grzegorz Miecugow, jak senatorówna Agnieszka Romaszewska. W latach 90. działania Sojuszu Lewicy Demokratycznej czy Unii Wolności relacjonowała o 19,30 Katarzyna Kolenda-Zaleska, zaś Akcji Wyborczej Solidarność czy Ruchu Odbudowy Polski Łukasz Perzyna. I ekran nie pękł jakoś od nadmiernej bezstronności przekazu. A w zespole mieliśmy zarówno zadeklarowanych gejów jak stałych uczestników mszy po łacinie rytu przedsoborowego.
Nie chodzi oczywiście o powrót do dawnych czasów, lecz nawiązanie do dobrych wzorców. Bo przecież naprawdę publiczną, ale i mocną TVP już mieliśmy. Pierwszą jaskółką bezstronności na miarę telewizji francuskiej czy brytyjskiej stał się w latach 1990-91 kierowany przez Damiana Kalbarczyka program informacyjny “Obserwator” nie bez racji reklamowany jako pierwszy w historii polskiej telewizji dziennik bez komunistów. Później odporne na zakusy i doraźne życzenia polityków okazały się “Wiadomości” w czasach Karola Małcużyńskiego czy wszystkie programy informacyjne za dyrekcji tam Jacka Bochenka. Jeszcze potem ingerencjom z zewnątrz skutecznie przeciwstawiali się szefowie zespołu nadającego program o 19,30: Jarosław Grzelak, a następnie Piotr Sławiński. “Wiadomości” cieszyły się wtedy prestiżem i zainteresowaniem tak powszechnym, że kiedy miałem okazję oglądać je na wielkim monitorze na warszawskim Dworcu Centralnym, bo na emisję nie zdążyłbym ani do redakcji ani do domu – byłem świadkiem, jak stali mieszkańcy tamtego miejsca uciszali jednego z nich, “bo Wiadomości idą”. Skomentować się to da słowami Cypriana Kamila Norwida, że nie zmyślili tego wieszcze, bo zbyt jest piękne.
Dla kraju chlubiącego się dwoma Literackimi Nagrodami Nobla już po zmianie ustrojowej – istnienie silnej telewizji publicznej wydaje się podobnie oczywiste, jak zachowanie Filharmonii Narodowej czy Teatru Wielkiego Opery i Baletu. Nikt nie zamierza przecież likwidować ani ograniczać słynnej Łódzkiej Szkoły Filmowej z tego tylko powodu, że w ostatnich latach miały w niej miejsce przypadki molestowania seksualnego, chociaż niestety tak tam działo się rzeczywiście. Podobnie absurdalny okazuje się pomysł karania TVP za raptem sześcioletni okres rządów Jacka Kurskiego w tej stacji (2016-22). Demokracja wyklucza odpowiedzialność zbiorową, ale nie tylko o zasady tu chodzi, lecz i praktyczny efekt.
W środku Europy z obrazem kontrolnym, czyli o co chodzi Herostratesom
Telewizji publicznej nic nie zastąpi. Ani TVN pokazująca właścicielki agencji towarzyskich w roli celebrytek i wzorców do naśladowania (“Królowe życia”) czy opluwająca Karola Wojtyłę na podstawie dawnych materiałów komunistycznej służby bezpieczeństwa (dotyczących domniemanego tolerowania pedofilii w diecezji krakowskiej wśród księży), ani lubujący się w muzyce disco polo Polsat. Gdy premier z KO powie głupstwo na antenie TVN, gospodyni rozmowy zamiast go docisnąć reaguje bezradnym “że co?” niczym przed ponad stuleciem służba folwarczna wysłuchująca dyrdymałów opowiadanych przez jaśnie państwa… Zawodowiec w podobnej sytuacji atakuje, zamiast spasować.
Wiadomo też, jak skomplikowane skutki rodzić będzie przejęcie TVN przez nowego amerykańskiego właściciela (Paramount zamiast Warner Bros. Discovery) oraz sukcesja w Polsacie, gdzie wciąż pojawiają się – pomimo fety z okazji 70. urodzin założyciela stacji Zygmunta Solorza – rozliczne znaki zapytania. Jeśli więc nie chcemy w środku Europy obudzić się pewnego dnia z obrazem kontrolnym na domowym ekranie – troska o TVP pozostaje oczywistą koniecznością. Nawet jeśli nikt na razie nie podpisuje listów w jej obronie.
Pojawienie się w TVP dziennikarek tak zdolnych jak Adamina Sajkowska czy Adriana Nitkiewicz, powrót do tej stacji Justyny Dobrosz-Oracz, obecność w niej redaktorów znających się na sztuce telewizyjnej jak Sławomir Zieliński czy wspomniany już Piotr Sławiński to fakty, pokazujące, że odbudowa TVP nie stanie się orką na ugorze.
Jednak w polskich warunkach kluczowe decyzje należą do polityków. Ci demokratyczni mają niepowtarzalną decyzję udowodnić, że są takimi rzeczywiście. W odróżnieniu od gospodarki, gdzie optymizm wskaźników nie tłumaczy się od razu na stan naszych portfeli, zwłaszcza stopień ich ogołocenia po wyjściu z Lidla (niemieckiego) czy Biedronki (portugalskiej), kiedy coś się uda w branży telewizyjnej – widać to od razu na ekranie, Obecnie rządzący okażą się ciężkimi frajerami, jeśli z takiej okazji nie skorzystają. Ze słabej TVP żaden przecież pożytek, jeśli pominąć wdzięczność TVN za spłacenie długów przedwyborczych w formie osłabienia konkurenta.
Nie tylko w polityce kto nie ryzykuje, ten nic nie osiąga. Obecne wyniki badań opinii publicznej powinny stanowić dla sprawujących władzę, tak w kraju jak w TVP, czytelny sygnał, że zaryzykować trzeba, bo inaczej przyjdzie oddać wszystko i to już niebawem.
[1] sondaż UCE Research dla Onetu z 14-16 sierpnia 2026
[2] Największa poprawa w informacji i publicystyce. Rozmowa z Krzysztofem Królem, członkiem Rady Programowej TVP, PNP24.Pl z 15 czerwca 2026
[3] por. Wojciech Płochocki. Tak wygląda oglądalność programów informacyjnych. “19.30” z dużym spadkiem. Onet.pl z 4 czerwca 2026