Korupcja jak rak

0
5

Doskonale pamiętamy, jak na Igrzyskach Olimpijskich w 2024 r. w Paryżu polska ekipa zajęła 42. miejsce w klasyfikacji medalowej, wyprzedziły nas w niej m.in. Bahrajn, Indonezja, Filipiny i Azerbejdżan. Dokładnie pół wieku temu na olimpiadzie w Montrealu zostaliśmy szóstą potęgą sportową świata, po hodujących masowo mistrzów ZSRR i NRD oraz najbogatszych państwach globu: Stanach Zjednoczonych, Niemczech i Japonii. Związek obecnej degrengolady z korupcją na szczytach polskiego sportu wydaje się na tyle oczywisty, że udowadniać go nie trzeba.

Straty wyrządzone Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu przez jego, wciąż urzędującego pomimo zatrzymania przez służby, prezesa Radosława Piesiewicza, były minister sportu Sławomir Nitras szacuje na 11 milionów złotych. Żeby uniknąć eufemizmów, sprecyzować wypada, że tyle pieniędzy z PKOl wyprowadzono. Dodać do tego przyjdzie koszty wycofywania się sponsorów, na czym stracą nie prominentni działacze, lecz sportowcy. A w złą reputację mało kto chce zainwestować.

Nieco trudniej zmierzyć rozmiary zapaści służby zdrowia, ale pozostaje ona niewątpliwa, a przy tym podobnie związana z degeneracją nadzoru upolitycznionego samorządu nad szpitalami, co szczególnie jaskrawie ujawniło się niedawno w warszawskim Południowym. Sprawca afery na tamtejszym SOR dr Dawid Kacprzyk zawczasu powiadomił odwołaną już prezes Annę Łukasik, że jest tam po to, by szpitala pilnować dla Rafała Trzaskowskiego. Z kolei w Mogilnie w województwie kujawsko-pomorskim odpowiedzialni za wypłacanie z publicznych środków lekarzom stawek podobnych, jakie przysługują wirtuozom futbolu, odpowiada układ pisowski. Doktor od 26 tys zł za godzinę i główny beneficjent afery kujawsko-pomorskiej przedtem zasiadał w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego.

                                                                                                                       Jak toksyczna narośl

Nie chodzi o to, że nikt nie jest bez winy. A tym bardziej, że winy rządzących i oponentów nawzajem się znoszą, w miarę wymiany u władzy. To nie działa w podobny sposób. A korupcja okazuje się toksyczną naroślą niezależnie od tego, jaki skrótowiec od nazwy partii pochodzący określa odpowiedzialnych za nią polityków.

Nawet w PRL, pomimo skrajnie trudnych warunków, polscy lekarze cieszyli się autorytetem. I znakomitą opinią w świecie. W wielu krajach rozwijających się polscy doktorzy na kontraktach Polserwisu praktycznie tworzyli od podstaw służbę zdrowia. Stypendyści z III Świata przyjeżdżali po naukę na polskie akademie medyczne. Zaś państwa zamożniejsze otwarcie uprawiały drenaż mózgów wobec polskiego lecznictwa. Na obu tych praktykach zarabiał – uczciwie zresztą – polski lekarz.

Teraz to nie medycy zawinili fatalną reputację branży. Zamiast tytanów – bohaterów kultowego filmu o chirurgach (“Bogowie” w reż. Łukasza Palkowskiego), takich jak prof. Zbigniew Religa, wizytówką służby zdrowia stali się nominaci skorumpowanych układów tak w polityce centralnej jak samorządzie.

Wprawdzie określenie “kliniczny przykład” właśnie z branży medycznej się wywodzi, ale na razie jeszcze lepiej pasuje do sportu: bo też tam wyniki bez porównania łatwiej zmierzyć. 

Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosław Piesiewicz nastał trzy lata temu. Przez ten czas zajmując się wyłudzaniem kosztownych zegarków i innymi interesami z giełdą kryptowalut i jej szefem Przemysławem Kralem, doprowadził do bezprzykładnej destrukcji rodzimy sport, zwłaszcza w olimpijskim wymiarze. Przegrywaliśmy wszystko, co możliwe.

Na letnich igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 r. Polska zdobyła dokładnie jeden złoty medal, tyle samo, co w 1956 r. a więc w jedenaście lat po wojnie, kiedy znaczna część kraju leżała w gruzach. Nie umniejszając teraz sukcesu naszej jedynej złotej medalistki, żołnierki Aleksandry Mirosław we wspinaczce – uznać trzeba 42. miejsce w klasyfikacji narodowej za klęskę wręcz bezprzykładną.

I komu to przeszkadzało

Przecież w piętnaście lat po wojnie, na olimpiadzie w Rzymie, nasza ekipa okazała się dziewiątą sportową siłą świata. W Tokio (1964 r.) i Monachium (1972) – nawet siódmą. O Montrealu (1976 r.,) olimpiadzie co wyniosła nas do rangi szóstej sportowej potęgi globu, była już mowa. Nie miało to bezdusznie statystycznego formatu tylko: idolem młodzieżowej Warszawy stał się złoty medalista w skoku wzwyż dwudziestoletni student Jacek Wszoła, zaś zwycięstwo siatkarzy Huberta Wagnera nad Związkiem Radzieckim uleczyło kompleksy wywodzące się z innych niż sport dziedzin życia. Również po zmianie ustrojowej polski sport podnosił się z chwilowego upadku, czego symbolem stało się siedem złotych medali na olimpiadzie w Atlancie (1996 r.) oraz pierwsze od czasów Wojciecha Fortuny, zwycięzcy w skokach narciarskich z Sapporo w 1972, sukcesy na igrzyskach zimowych. Sześć pozostałych złotych medali w historii naszego w nich udziału zdobyliśmy już po przełomie ustrojowym, dzięki talentom Justyny Kowalczyk i Kamila Stocha, a w Soczi drużynowo znaleźliśmy się (w 2014 r.) na jedenastym miejscu. Jednak za Piesiewicza we Włoszech – na zimowych igrzyskach (2026 r.) urobkiem był już tylko pośledni kruszec:  trzy srebrne, jeden brązowy. I 21. miejsce w medalowej klasyfikacji.

                                                                                                                   Zegarki i medale

Trzeba było wiele trudu sobie zadać, żeby ten kapitał roztrwonić. I złote medale wymienić na kosztowne zegarki. W dodatku w czasach, kiedy uznawani jesteśmy za dwudziestą gospodarkę świata, więc porażek w sportowej dziedzinie nie da się zrzucić na ogólną mizerię w kraju. Zwłaszcza, że kiedy w Helsinkach (w 1952 r.) bokser Zygmunt Chychła zdobywał pierwsze po wojnie polskie olimpijskie złoto, w gruzach leżał nie tylko jego rodzinny Gdańsk, ale również Warszawa i Wrocław. Teraz wprawdzie prezydent uprawia boks i się tym chlubi, a nawet w ringu wywiadów udziela, przypomnę słynną rozmowę Miłosza Kłeczka – ale nie rzutuje to na lepszy stan sportu wyczynowego ani masowego. Przeciwnie, to weto Karola Nawrockiego do ustawy o kryptowalutach stworzyło wrażenie, że prezydent spłaca w ten sposób długi wobec firm finansujących mityngi, na których się pojawiał. Polityczne oczywiście, a nie sportowe.  

Sport to zdrowie, slogan ten nie jest przesadą, jego prawdziwość stwierdzam, porównując stan ciała i ducha tych, co tenis, judo albo inne dyscypliny uprawiali z pozbawionymi regularnie tej samej przyjemności. Ale korupcja zabija, jak się okazuje, nie tylko publiczną służbę zdrowia, nawet sport…      

Zmarnowana lekcja pandemii

W niedawnym czasie próby, jaki stanowiła pandemia koronawirusa, polscy pracownicy ochrony zdrowia, zarówno lekarze jak ratownicy, pielęgniarki czy kierowcy karetek pogotowia – zdali najtrudniejszy egzamin, przyczyniając się do zminimalizowania ofiar i strat. Wszyscy powinniśmy być im wdzięczni za poświęcenie i wysiłek.

Wydawało się, że politycy wyciągną z tego wnioski, nie w postaci kolejnej kosztownej reformy, skoro poprzednie nie przyniosły powodzenia,  lecz uwzględnienia rzeczywistych priorytetów lecznictwa.

Egoizm klasy politycznej zwycięża jednak po raz kolejny. Zamiast działań naprawczych – dostrzegamy wzajemne przerzucanie odpowiedzialności. Obywatele wystawią za to rachunek politykom i samorządowcom. Znane powiedzenie głosi przecież, że wszyscy będziemy pacjentami. Zapomnieli o tym po raz kolejny decydenci, troskę o zawarte w Konstytucji zadania państwa ograniczając – co widzimy na przykładzie VIP-owskich saloników w szpitalach – do własnej tylko kasty.  

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here