Wrogowie pewni, sojusznicy nie

0
1

Wyniki kolejnych landowych wyborów w Niemczech – zwycięstwo w Berlinie skrajnej lewicy, nawiązującej do dawnej NRD-owskiej partii komunistycznej oraz w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii AfD, odwołującej się z kolei do sentymentów nazistowskich – pokazują, że już wkrótce z kolejnym zachodnim sojusznikiem możemy mieć podobny kłopot, jak teraz z Ameryką Donalda Trumpa. Jeśli wiosną prezydentem zostanie Marine Le Pen, nie będziemy też mogli liczyć na Francję, bo Zjednoczenie Narodowe faworytki prowadzi prokremlowską politykę.

Nie chodzi już tylko o Ukrainę i wspieranie jej oporu przeciw rosyjskiej agresji, ale o Polskę. O nasze własne bezpieczeństwo. Po raz pierwszy od 1989 r. już wkrótce zaistnieć może sytuacja, że wiedząc dobrze, kto pozostaje naszym wrogiem – bo układ sił w Rosji ani na Białorusi raczej się nie zmieni – nie będziemy mieli niezawodnych sojuszników.

To nie geopolityczne dalekosiężne scenariusze, tylko realia. Wyniki wyborów samorządowych nie przesądzają, kto będzie rządzić wkrótce za naszą zachodnią granicą. To jednak już nie sondaż, ale sukces Alternatywy dla Niemiec, torujący jej drogę do przyszłego współrządzenia krajem zapewne w sojuszu z chadecją (CDU), dotychczas się od takiej koalicji odżegnującą. Podobnie jak 44 proc AfD w Saksonii-Anhalcie, w perspektywie polityki wobec Rosji niepokoi 25 proc głosów w Berlinie dla skrajnej lewicy, kontynuatorki NRD-owskiej partii komunistycznej i osławionej tajnej policji Stasi. Wykluczone, aby lewacy przystali na twardą linię wobec ekspansji Władimira Putina. W przyszłym Bundestagu znajdą się więc dwie partie uległe wobec Rosji.

We Francji reprezentująca finansowane przedtem przez rosyjskie banki państwowe Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen po złagodzeniu wyroku, który jej start w wyborach uniemożliwiał (teraz tylko utrudnia, ze względu na konieczność noszenia bransoletki elektronicznej, ale nie zakazuje) nie tylko prowadzi w sondażach ale wiele z ich przewiduje, że w drugiej decydującej turze walki o prezydenturę spotka się ona z Jean-Lucem Melenchonem, kandydatem skrajnej lewicy. Nie jest on wprawdzie rosyjskim agentem, ale z pewnością nie ma powstrzymania Putina na liście priorytetów. Może więc zdarzyć się tak, że w drugiej rundzie o prezydenturę we Francji rywalizować będą wyłącznie pretendenci prokremlowscy.

W sytuacji, gdy Donald Trump do podtrzymywania oporu Ukrainy, co konsekwentnie czynił jego poprzednik Joe Biden, podchodzi w najlepszym wypadku transakcyjnie (jeśli zgadza się ją wspierać, to za pieniądze Europejczyków) a w sprawie NATO i wspólnej obrony składa sprzeczne deklaracje – aby zapobiec sytuacji, że sojusznicy za Oceanu i ci europejscy po zmianie władzy u siebie zostawią nas samych wobec rosyjskiego zagrożenia – niezbędne wydaje się przestrojenie polskiej dyplomacji. Tym bardziej, że również Wielka Brytania, żałująca teraz podjętej w referendum decyzji o “Brexicie” nie nadaje się na symbol stabilności ani obliczalności.

Nie mamy żadnego wpływu na to, jak zagłosują wyborcy w krajach, których bezpieczeństwo od nas zależy. Powaga sytuacji wymusza jednak przygotowanie się na każdy, nie tylko optymistyczny scenariusz. Wysiłki polskich dyplomatów powinny umacniać współpracę z państwami średniej wielkości jak Holandia czy Rumunia, z którymi już udatnie współdziałaliśmy przy powstrzymywaniu rosyjskich dronów a jak twierdzą wtajemniczeni również w innych aspektach wojny hybrydowej. Aktywność w tym kierunku mogłoby poskutkować szerszą koalicją sojuszników, zdających sobie sprawę z realności zagrożenia ze Wschodu i nie wierzących w szansę ugłaskania Putina.

Wykorzystać trzeba możliwości, jakie stwarza niedawna zmiana władzy na Węgrzech. Tamtejszy nowy premier Peter Magyar zna doskonale jako dawny aktywista Fideszu metody kremlowskiej infiltracji, a z Putinem ma własne rozliczenia za wspieranie do końca jego rywala Viktora Orbana. Z kolei Rumuni, po stłumieniu rosyjskiej ingerencji w wybory prezydenckie, budują z dobrymi efektami specjalną agencję państwową, przeciwdziałającą wojnie hybrydowej. Nie tylko z tajnych agentów złożoną, ale też z fachowców od czarnej propagandy i zarządzania kryzysowego. Natomiast Holendrzy już w trakcie wrześniowej “nocy dronów” sprzed roku z sukcesem bronili polskiej przestrzeni powietrznej przed nieproszonymi gośćmi. Żadna to tajemnica.

Współdziałanie państw demokratycznych, tych średniej wielkości w skali NATO i UE, które zdają sobie sprawę z rzeczywistych celów kremlowskiej polityki i gotowe są stworzyć przeciwko ich realizacji swoisty “front odmowy”, wydaje się oczywistym nakazem, nawet jeśli nie zrównoważy szkód wyrządzonych przez bazujących na społecznej frustracji radykałów z prawa i z lewa, już prących do władzy w najsilniejszych krajach. Zbyt wiele razy w najnowszej historii zawiedliśmy się na sojusznikach, żebyśmy teraz mieli biernie czekać, aż poradzą sobie z własnymi problemami i dopiero wtedy nam pomogą. Putin na pewno wrogich działań do tego momentu nie odłoży.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here