Szerokim echem wśród demokratów odbił się wynik niedawnego sondażu OGB, wedle którego jedna i wspólna lista ugrupowań dziś tworzących Koalicję 15 Października mogłaby liczyć w kolejnych wyborach do Sejmu na poparcie 47 proc Polaków – czyli po prostu na zwycięstwo. Mit jedynej słusznej listy powraca.
Zdrowy rozsądek nakazuje jednak przypomnieć, że Koalicja 15 Października mogła objąć władzę po wyborach z 2023 roku właśnie dlatego, że wspólna lista pod batutą Donalda Tuska i z poparciem “Gazety Wyborczej”… nie powstała. Dzięki temu demokracji rządzą Polską już od dwóch lat. Kluczowy okazał się wynik Trzeciej Drogi, ówczesnego sojuszu Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050 Szymona Hołowni, popartej przez wyborców, którzy na listę Tuska nigdy by nie zagłosowali.
Co więcej, wspólna lista demokratyczna raz już nie tylko powstała ale sromotnie przegrała wybory. Wiosną 2019 r. to Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło w głosowaniu do europarlamentu uzyskując rekordowe ponad 45 proc, bo mobilizacji pisowskich wyborców sprzyjała obecność dawnych sekretarzy PZPR (jak Leszek Miller czy Włodzimierz Cimoszewicz) na liście autoryzowanej przez Platformę, dziś już Koalicję Obywatelską. Tworzyły ją PO-KO, resztówka Sojuszu Lewicy Demokratycznej i PSL. Jedność stanowiąca efekt paniki nie pomogła wtedy, tylko zaszkodziła.
Teraz również wymuszonej jedności sprzyja strach. W wielu badaniach Lewica, we wszystkich niemal PSL i Polska 2050 nie przekraczają progu pięcioprocentowego, co oznacza, że nie byłyby obecne w Sejmie następnej kadencji.
47 proc poparcia w badaniach OGB to jednak też na razie liczba całkiem wirtualna. Obstawiający z góry jedną wspólną listę demokratów nie wiedzą bowiem, kto się na niej znajdzie ani jakie swary i przetargi – zapewne gorszące – towarzyszyć będą jej ustalaniu.
Co znacznie bardziej istotne, tendencję zwyżkową jeśli o poparcie chodzi notują w badaniach opinii obie Konfederacje (ta Sławomira Mentzena oraz druga Grzegorza Brauna: Korony Polskiej), zaś PiS przynajmniej nie traci. Za to elektorat wszystkich formacji Koalicji 15 Października topnieje w miarę upływu czasu od tej magicznej daty za sprawą nie dotrzymanych obietnic. Do wyborów pozostają prawie dwa lata i nic nie wskazuje, by słabnięcie rządzących przy coraz lepszej pogodzie dla radykałów (w tym partii Razem Adriana Zandberga) udało się Tuskowi – czy komukolwiek innemu – powstrzymać.
Przed 15 października mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju moralnym szantażem, wzmocnionym przez publicystykę “Gazety Wyborczej” i przekazy TVN którego żurnaliści ostentacyjnie wypytywali opornych polityków, dlaczego sprzeciwiają się jednej liście jako warunkowi odsunięcia PiS od władzy. Dziś wiemy, że stało się to możliwe właśnie dlatego, że wspólna lista nie powstała. Teraz głównym za nią argumentem staje się niepokój o mandaty, diety i immunitety. Nie bardzo wierzę, żeby prawie połowa z nas poparła przy urnach tych, którymi powoduje strach. Nie od dziś wiemy, że jest on złym doradcą.