czyli Jak ambasador USA wypędza diabła Belzebubem
Grzegorz Braun odwiedził ambasadę Iranu, gdzie wpisał się rzewnie do księgi kondolencyjnej po śmierci ajatollaha Alego Chameneiego, przez 37 lat jednego z najkrwawszych dyktatorów na kuli ziemskiej. Zachowanie europosła i lidera aspirującej do obecności w kolejnym Sejmie Konfederacji Korony Polskiej nosi znamiona aberracji czy wręcz politycznej patologii. Jednak ambasador Stanów Zjednoczonych Tom Rose, miotając w odpowiedzi groźby, wpisał się mimowolnie czy świadomie w narrację Brauna. I zaszkodził i tak lawinowo słabnącemu zaufaniu Polaków do amerykańskiego sojusznika.
Lider Korony Polskiej Braun określił atak amerykańsko-izraelski na Iran, w którym zginął dyktator Chamenei jako haniebny, tchórzliwy i podstępny. Z kolei ambasador USA Thomas Rose nazwał jego wizytę w irańskiej placówce dyplomatycznej “obrzydliwą”. Tyle mu wolno, bo to ocena estetyczna.
Komu grozi ambasador
Gorzej, że Rose posunął się do gróźb: “Ameryka i Donald Trump nie zapomną, kto jest ich przyjacielem, a co ważniejsze, kto nim nie jest”. Do kogo są skierowane? Chyba nie tylko do wciąż nielicznych wyborców Korony Brauna. To raczej otwarta ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski. I co znaczy insynuacja, że dla Ameryki Donalda Trumpa ważniejsi od przyjaciół w Polsce są ci, których ambasador USA do tego grona nie zalicza? Wiemy, czym dla Stanów Zjednoczonych kończyło się podobne stygmatyzowanie polityków w Ameryce Łacińskiej czy innych państwach Trzeciego Świata: wzbudzało instynktowną wrogość i gromkie hasło “yankee go home” na ulicach. Tyle, że my się do Trzeciego Świata nie zaliczamy.
Wzajemne postrzeganie obu narodów określają zasługi Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki dla niepodległości amerykańskiej a później prezydenta Woodrowa Wilsona dla polskiej w 1918 roku. Także wsparcie przez Jimmy’ego Cartera praw człowieka w naszej części Europy, uniwersalna misja Jana Pawła II i słynne przemówienie Lecha Wałęsy w Kongresie USA zaczynające się od słów “My, naród…”. Wreszcie przyjęcie nas do NATO przez Billa Clintona, którego w Oxfordzie polityki zagranicznej nauczył nasz rodak, weteran Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w II wojnie światowej – prof. Zbigniew Pełczyński.
I również ofiara krwi, poniesiona przez polskich żołnierzy w Afganistanie i Iraku w obronie interesów bardziej przecież sojuszniczych niż naszych własnych. Incydenty z ostatnich tygodni po prostu do tej szczytnej tradycji nie pasują, nawet jeśli pamiętamy zarazem o jałtańskiej zdradzie Franklina Delano Roosevelta i podobnej postawie Ronalda Reagana, który w 1981 r. nie ostrzegł przyjaciół z Solidarności przed wprowadzeniem przez komunistów stanu wojennego, chociaż dzięki Ryszardowi Kuklińskiemu znał dokładną datę operacji.
To już druga podobna reakcja przedstawiciela USA, wzmacniająca stereotyp aroganckich i pewnych siebie Jankesów, dyktujących nawet najlepszemu sojusznikowi, bo tak przecież za rządów Donalda Trumpa jesteśmy tam nazywani, jak się powinien zachowywać w polityce międzynarodowej. Wuj Sam wciąż wie lepiej, co powinni myśleć i mówić alianci Stanów Zjednoczonych. Pierwszy raz podobnie protekcjonalną postawę objawił Rose wobec marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, kiedy ten odmówił poparcia wniosku o przyznanie prezydentowi USA Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla.
Jeszcze przed atakiem amerykańsko-izraelskim na Iran ambasador ogłosił bojkot polskiego marszałka Sejmu. Teraz ponownie zaostrza sytuację, idąc przy tym na rękę Braunowi, który chce, by o nim mówiono jak najwięcej. Byle nazwiska nie pomylić, jeśli przywołamy znane powiedzenie.
Ambasador USA Rose powinien wiedzieć, że Braun w obecnym Sejmie ma tylko koło liczące trzech posłów. Zaś w sondażach poparcie dla jego Konfederacji Korony sięga dziesięciu procent. To i tak niespodzianka, że tak wielu do siebie przekonał kontrowersyjny reżyser. Trudno jednak uznać Brauna za wyraziciela polskiej opinii publicznej.
Wejście słonia i polskie umiłowanie wolności
Nie potrzeba natomiast sondaży, by się dowiedzieć, jak bardzo Polacy pozostają przywiązani do suwerenności i czuli na obce ingerencje, w tym pochodzące z zagranicznych ambasad. Nie trzeba sięgać do schyłku XVIII wieku. Dopiero co obchodziliśmy rocznicę studenckiego protestu z 1968 r, który zapoczątkowany został zdjęciem z afisza spektaklu “Dziadów” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, co stanowiło reakcję władz komunistycznych na donosy z ambasady ZSRR o antyradzieckich akcentach na scenie i brawach w odpowiedzi rozlegających się na widowni.
Ocena sojuszniczej wiarygodności Stanów Zjednoczonych słabnie za prezydentury Donalda Trumpa. Dokumentują to miarodajne sondaże. Wedle SW Research tylko 30 proc z nas uznaje USA za wiarygodnego sojusznika, 53 proc im nie ufa [1]. Podobne oceny wynikają z badania IBRIS: tam 35 proc z nas wierzy w wiarygodność Amerykanów jako aliantów, a 54 proc podaje ją w wątpliwość [2]. Zachowanie jankeskiego ambasadora notowań Amerykanów nad Wisłą i Odrą z pewnością nie poprawi. Za to popularność partii Brauna zapewne wzmocni. Taki będzie efekt kolejnego “wejścia słonia”, które to zwierzę – co przypomnieć warto – pozostaje oficjalnym symbolem wspólnej dla Trumpa i Rose’a formacji, Partii Republikańskiej.
[1] sondaż SW Research dla “Rzeczpospolitej” styczeń / luty 2026
[2] badanie IBRIS dla Radia Zet z 30-31 stycznia 2026