Rezygnacja Sławomira Cenckiewicza z funkcji szefa prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego zapewne nie ma nic wspólnego z przesłanką podaną jako jej oficjalny powód: blokowaniem mu przez rząd Donalda Tuska dostępu do materiałów niejawnych. To raczej Karol Nawrocki chce mieć na czele BBN swojego człowieka, a nie wychowanka Antoniego Macierewicza, którym Cenckiewicz pozostawał.
Jeśli prezydencki plan zakłada odegranie przez Nawrockiego roli zwornika przyszłej, rządzącej po wyborach jesienią 2027 r. koalicji Prawa i Sprawiedliwości z obiema Konfederacjami: Sławomira Mentzena i Korony Polskiej Grzegorza Brauna – osoba Cenckiewicza mogła tylko przeszkadzać w dopełnieniu się tego projektu.
Cenckiewicz bowiem, historyk z Bożej łaski, autor pamfletu na Lecha Wałęsę, w którym widział wyłącznie agenta Bolka oraz hagiograficznej biografii Anny Walentynowicz pod infantylnym tytułem “Anna Solidarność” – pozostaje człowiekiem zapatrzonym w przeszłość. Tymczasem młodych wyborców obu Konfederacji, których PiS zamierza przejąć nawet kosztem chwilowej koalicji z ich reprezentantami (ten sam manewr Jarosław Kaczyński zastosował przed 20 laty wobec Samoobrony Andrzeja Leppera i Ligi Polskich Rodzin Romana Giertycha) – zupełnie nie obchodzą uwikłania sprzed pół wieku jedynego polskiego laureata Pokojowej Nagrody Nobla ani postać suwnicowej z gdańskiej stoczni. Kampania rozegra się na poziomie czytelnych dla nowych roczników tematów, osadzonych we współczesności, jak imigranci i Ukraińcy czy kwestie obyczajowe (legalizowanie związków gejowskich) a nie batalii wokół oceny wydarzeń, które miały miejsce zanim przyszli na świat obywatele, którzy szalę głosów przeważą.
W dodatku Cenckiewicz leczy się psychiatrycznie, z powodu zatajenia przyjmowanych w związku z tym środków farmakologicznych utracił certyfikat dostępu do tajnych materiałów. A misja zgodna z ambicjami głównego lokatora prezydenckiego pałacu wymaga od jej uczestników żelaznej odporności i mocnych nerwów.
Dziadek Sławomira Cenckiewicza, Mieczysław, wcześniej przedwojenny komunista – po 1945 r. pracował w urzędzie bezpieczeństwa. Dla nas może to nie mieć znaczenia, jeśli uznajemy, że nie odpowiada się za winy przodków. Zapewne jednak wywodzący się z prostej rodziny Nawrocki inaczej tę kwestię ocenia. W sumie zaś paradoks tej dymisji zawiera się w tym, że odchodzącego z wysokiego stanowiska urzędnika prezydenckiego nikt żałować nie będzie. Jego odejście wydaje się na rękę wszystkim.
Niezbyt wiarygodnie brzmi całe oficjalne uzasadnienie, że Cenckiewicz rezygnuje z powodu trudności, jakie stwarzał mu w pełnieniu urzędu rząd Tuska. Jakże to tak, nagle kapitulacja przed Tuskiem? I danie mu satysfakcji? Przecież cała obecna narracja tak Nawrockiego, jak Kaczyńskiego pozostaje biegunowo odmienna od podobnej postawy i eksponuje raczej motyw walki aż do zwycięstwa.
Żadna to kapitulacja. Walka dopiero się rozpoczyna. Nawrocki potrzebuje w niej urzędników nie tylko mu oddanych, ale i zaufanych. Cenckiewiczowi zaś nie wierzy prezydent nie dlatego, że wie, iż ten skłamał w oświadczeniu w sprawie przyjmowanych leków – tylko dlatego, że pozostaje on człowiekiem Macierewicza. Dla niego pracował w komisji weryfikującej wojskowe służby informacyjne, przy nim własne szlify zdobywał. Dla niego budował nowy wojskowy kontrwywiad, przez pisowski żywioł zdominowany.
A Biurem Bezpieczeństwa Narodowego kierować może tylko zaufany samego prezydenta. Już czas przecież się w tym prezydenckim fotelu jak należy rozsiąść i umościć, przecież zaraz minie rok od zwycięstwa wyborczego z 1 czerwca. O którym wtedy zresztą Polacy dowiedzieli się dopiero po północy, bo wcześniejsze exit polls wskazywały na wygraną Rafała Trzaskowskiego a nie Karola Nawrockiego.