O najnowszym tomie wierszy Cezarego Macieja Dąbrowskiego “Jaźnie”
Cezary Maciej Dąbrowski nie poetyzuje rzeczywistości. Ani nie wulgaryzuje poezji. Autor “Jaźni” raczej konfrontuje literaturę jako wyrazicielkę ludzkiej myśli i tradycji ze współczesnością wokół, w realu, jak zwykło się mówi. I czyni to bez orzekania o winie, chciałoby się dodać.
A ponieważ czyni to niezwykle sprawnie – jego twórczość, o czym kolejny tomik zaświadcza (najpierw “Niewczas”, potem “Spinoza i inne duchy”, teraz “Jaźnie”) stanowi ważne zjawisko. Krańcowo rzecz upraszczając, o tym, że opinię o kryzysie poezji upowszechniają w Polsce ci, co nie zwykli jej czytać, zaświadczają dobitnie wiersze urodzonych w latach 60. Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (można powiedzieć, że laureatusa, bo już z agorową nagrodą Nike), właśnie Cezarego Dąbrowskiego oraz najbardziej z nich wszystkich pogubionego Tomasza Koszyckiego. A z generacji, co na początku PESEL-u ma piątkę o tym, że Polacy nie oduczyli się pisać wierszy przekonują nas i to od lat skutecznie Tomasz Jastrun, Antoni Pawlak, Bronisław Maj czy Zbigniew Machej, tylko Jan Polkowski paradoksalnie obniżył loty, odkąd od pisowskiego prezydenta, poprzedniego zresztą, otrzymał Orła Białego i tak popadł w pułapkę dworskości: dla prostodusznych uczestników wieców PiS pozostaje za trudny, a demokraci, zdolni go zrozumieć, z powodu serwilizmu tegoż wierszopisa zasadnie brzydzą się go czytać.
Jeszcze okrutniej zadrwiła historia z Juliana Kornhausera, rocznik 1946, po odejściu Stanisława Barańczaka i Adama Zagajewskiego na drugą stronę Styksu ostatniego żyjącego z wielkich poetów Nowej Fali. Mistrz słowa i autor wspaniale kąśliwych wierszy jeśli bowiem funkcjonuje w szerokiej opinii publicznej – to wyłącznie jako teść poprzedniego prezydenta Andrzeja Dudy, tego, co nagrodził Polkowskiego Orłem Białym. Obecny prezydent RP Karol Nawrocki i jego małżonka wywodzą się z klasy ludowej, rodzice i teściowie głowy państwa żyli z pracy rąk, co najwyżej prezydenckiej mamie – introligatorce zdarzyło się pewnie oprawiać tomiki poezji ale raczej Mickiewicza niż współczesnych, więc w kolejnej kadencji wspomniane fatum już nie zadziała. I dobrze, chciałoby się dodać.
Wśród mnóstwa przyczyn, dla których poezja Cezarego Macieja Dąbrowskiego zasługuje na wnikliwą uwagę, znajdujemy i tę, że jej autora nie interesuje przesadnie, kto jest w Polsce aktualnie prezydentem czy premierem. A tym bardziej, czy po niedawnej kapitulacji jury przyznającej nagrodę Elizy Kąckiej za “Wczoraj byłaś zła na zielono”, książkę na wskroś humanistyczną, ale z wielką literaturą niewiele mającą wspólnego – Nike w tym roku okaże się nieco bardziej przekonująca. Jeśli zaś Dąbrowskiego zajmują kadencje, to nie te parlamentarne, lecz muzyczne: jest bowiem nie tylko autorem filozofujących wierszy, ale również pianistą i multiinstrumentalistą. Absolwentem elitarnej akademii przy warszawskim Okólniku i co dalece bardziej istotne, posiadaczem słuchu absolutnego. Nie tylko zagra wszystko, ale sprawia wrażenie, że wszystko przeczytał. Ostatnio rumuńskiego eseistę Emila Ciorana i węgierskiego diarystę Sandora Marai. Nie pisze jednak glos do ich twórczości. Inspiruje ona jego własną. Podobnie jak ekranizacja “Dziadów” Adama Mickiewicza autorstwa Tadeusza Konwickiego (“Lawa”).
Sztuczna inteligencja temu nie sprosta
Cezarego Dąbrowskiego interesuje bowiem to, co okazuje się osobne i odrębne od “pulpy” tej strefy sztuki współczesnej, którą autor wewnętrzny jego wierszy (przez niedouczone polonistki szpetnie przezywany “podmiotem lirycznym”, cóż za szpetne określenie, ale za Mickiewiczem i jego interpretatorem Konwickim powiedzmy: “plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi) lapidarnie ale i bezlitośnie charakteryzuje: “Coś z Picassa, coś z przedszkola, zamazane kreski, pola” [1].
Poezję Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Cezarego Macieja Dąbrowskiego a ze starszych Juliana Kornhausera wyróżnia bowiem to, co separuje wiersze znakomite od marnych: nie byłaby ich w stanie na poczekaniu ułożyć sztuczna inteligencja.
Przy okazji recenzji jednego z poprzednich tomików Dąbrowskiego przywoływany znany z prozy Stanisława Lema motyw wiersza napisanego przez robota [2]. Stary mistrz z Krakowa, dla wielu, chociaż nie noblista, pomimo nagród dla Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej i Olgi Tokarczuk, wciąż najbardziej rozpoznawalny polski literat – wiele i przenikliwie przewidział, przy czym z nazwy gatunku, jaki uprawiał, istotniejszy dla tej prognozy okazuje się pierwszy człon nazwy: “science”, bo to ocena z naukową precyzją dokonana, a nie “fiction”. Zaś Dąbrowski, urodzony w 1968 r, z pokolenia Federacji Młodzieży Walczącej, najmłodszych antykomunistycznych roczników, potrafi się do mądrości starych mistrzów odwoływać.
Staropolski tytuł “Jaźnie” najnowszego zbioru wierszy Cezarego Macieja Dąbrowskiego trafnie sugeruje pewien konserwatyzm tej poezji. Nie posługujemy się przecież słowem “jaźń” w zwyczajnej rozmowie. Nawet jeśli zna je słownik chińskiego kompa Lenovo, marnego, bo udostępnili mi go lubujący się w byle- jakości bezpartyjni samorządowcy.
Pozory jednak trochę mylą, oczywiście jeśli chodzi o ocenę nie samorządowców z Koszykowej, bo nie o nich ten szkic traktuje, lecz poezji Dąbrowskiego. Bo wprawdzie autor dobitnie wystawia rachunek współczesności z perspektywy dawnych myślicieli, mistyków i kompozytorów, ale jego obrazowanie okazuje się całkiem nowoczesne. A znajomość cywilizacji, tej za oknem, a nie z czasów Złotego Wieku – dogłębna.
Cezary Maciej Dąbrowski z niezmordowanym uporem, nie powątpiewając w sens uprawiania poezji w dzisiejszych czasach i adresując swoje przesłanie do tych, co również są o tym przekonani, czyni z konfrontowania współczesności z tradycją czy codziennej realności ze wzlotami ludzkiej myśli i ducha – osobiste przeżycie. Dzieli się nim z odbiorcą i zaprasza go do wspólnoty.
Ta wspólnota oznacza również wtajemniczenie.
Klasycyzm i świnia przy korycie
Poezja Dąbrowskiego nie daje jednak gotowych recept. Naprowadza misternie na kolejne swoje znaczenia. I – co ważne – prowokuje do czasem karkołomnych interpretacji. Wiążących się z ryzykiem, że jeśli okażą się chybione, zostaniemy uznani za profanów. W najlepszym zaś wypadku, znanych ze Zbigniewa Herberta Barbarzyńców w ogrodzie. Jak w wypadku “Przypowieści o nazwach”:
“(..) “Kultura wysoka” – kuro, wiesz, co to jest?
Zagdakała głośno, zbiegły się sąsiadki,
skoczyły na grzędy, kłócąc się o stopnie, każda swoje miejsce zawdzięcza hierarchii” [3]
Odczytuję tę nader udaną, wręcz błyskotliwą zwrotkę, trafnym obrazowaniem przywodzącą na myśl pióro Ignacego Krasickiego, jako przewrotną intelektualną drwinę z telewizji Jacka Kurskiego, łączącą discopolową estetykę z toporną masową perswazją i opartą na sterowaniu skłóconymi wzajemnie i chorobliwie ambitnymi gwiazdeczkami.
Strofa następna wydaje się ten medialny leitmotiv kontynuować:
“”Kultura wysoka”, co to? Rzekł do świni.
Stała przy korycie, a przy niej “gościni”.
Też się nie dowiedział, chociaż nazwa ładna.
I pofrunął, w niebo, tam gdzie brzmi: hosanna!” [4] .
Dla mnie to znów zachwycająca, jeśli pogodzić się z rażącym nadmiarem interpunkcji (rygorystyczną musiał mieć Dąbrowski polonistkę w swoim Liceum Mickiewicza) alegoria dalej oddająca przaśność TVP, ale już w likwidacji i za rządów byłego dyrektora stołecznych autobusów Tomasza Syguta z jej podobnie natrętnym nadskakiwaniem władzy i wymuszoną poprawnością polityczną. Z której zwyczajni ludzie przecież się śmieją, bo – przynajmniej na trzeźwo – zarówno “gościni” jak “ministra” brzmią kompletnie niedorzecznie. I przynajmniej pierwszą z nich słownik chińskiego Lenovo przykładnie jako błąd podkreśla, co da się oczywiście wytłumaczy pazernością samorządowców, co mi tego komputera użyczyli lub zacofaniem Chińczyków, którzy go wyprodukowali. To ostatnie wytłumaczenie okaże się jednak również politycznie niepoprawne. I tak koło się zamyka.
Raczej rebus niż hipoteza
Poezja Dąbrowskiego nie jest hipotezą badawczą. Raczej rebusem, który czytelnik dostaje do rozwiązania. Sam twórca i wykreowany przez niego autor wewnętrzny przy chaosie współczesnego świata wydają się hołdować opinii, że prawda nie jest względna i da się odnaleźć. A przynajmniej poszukać warto. Nawet jeśli czasem trudno przychodzi odróżnić literalny sens od pastiszu, jak w “Hymnie o narodzie”:
“(..) Potem prześmieją to nasze państwo
wmówią mu faszyzm pychę zaprzaństwo
i będzie wreszcie piękny socjalizm
i demokracja i liberalizm
Do krajutego odebranego
tęsknią bociany na dachu eko
czy nas przycisną znowu do ściany
kraju Chrobrego kraju urwany…” [5].
Bądź mądry, pisz wiersze – mówi znane, chociaż tylko środowiskowo, inteligenckie powiedzenie.
Cezary Maciej Dąbrowski przekonuje nas, że trzeba również być mądrym, żeby wiersze czytać, a ściślej – aby jakiś pożytek z tej czynności wynieść.
Za GPS służy nam w tym labiryncie znajomość cywilizacji i kultury. Natomiast polityka, jak u Zagajewskiego, osiąga co najwyżej format przypisów do wierszy Norwida.
Dodajmy jeszcze złośliwość, że jak widać podejście poety – nie Norwida naturalnie, lecz Dąbrowskiego – do interpunkcji w obrębie jednego tomu zmienia się skokowo od stanu doskonałego nasycenia po opcję zerową, skoro recenzja musi się w oczywisty sposób różnić od pudełka landrynek.
Co nie znaczy, że do zachwytu nie mamy prawa, jeśli autor na to zasługuje. Dorzućmy też, nawet ryzykując rozjechanie nas za to przez wyznawców Witolda Gombrowicza, którego już nie musimy przed Romanem Giertychem bronić odkąd ten ostatni przekonania zmienił, chociaż manier własnych przy tym wcale nie poprawił – iż Dąbrowski, co z kolei maniery ma nienaganne, najbardziej nas zachwyca, kiedy… sam zachwyca się twórczością innych. Jak w doskonałym wierszu “Wędrowiec niderlandzki”:
“Podobno obserwował ryby na targu,
kupców, przekupki,
znał też przysłowia.
A że otrzymał dar,
stworzył imperium ze snów,
gdzie wmieszał w kolor raj i śmierć,
i pandemonium, śmiech i grzech.
Krzywe zwierciadło?
A może to istota rzeczy,
którą podniósł do wzniosłości sztuki (..)
Nie taki znów surrealistyczny,
Hieronim Bosch, jak głoszą to krytycy (..)
W groteskowych figurach jest ból i wielka boleść,
że jeśli Bóg istnieje, tym bardziej marnym pozostaje
człowiek” [6]
Trudno poety nie pochwalić, że tak konsekwentnie znajduje alternatywę dla natrętnie obecnej wokół wulgarności i prawi nam o malarzach i filozofach, a nie jak stacja TVN – o właścicielkach agencji towarzyskich, przedstawianych jako wzór biznesowego sukcesu (program “Królowe życia”). Kultura i cywilizacja nie są bowiem dla Dąbrowskiego frazesami. Trochę kpi, że dzisiaj każdy, kto ma smartfona, może czuć się artystą. Doskonale jednak wiemy, że chociaż wszyscy posiadają telefony komórkowe, co potrafią robić zdjęcia – żadne jeszcze wykonane w ten sposób nie zdobyło World Press Photo. Podobnie za film nagrany smartfonem i chałupniczo “dla funu” zmontowany nie dostanie się Złotej ani nawet Srebrnej Palmy w Cannes. Nagrodami nie ma jednak po co się dłużej w kontekście “Jaźni” zajmować. Dąbrowski nie pisze dla nich, lecz dla nas – czytelników, chociaż zarazem tak wiele od nas wymaga.
[1] Cezary Maciej Dąbrowski. Jaźnie. Norbertinum, Lublin 2026, s. 18
[2] por. Łukasz Perzyna. Duch Spinozy PNP 24.PL z 27 stycznia 2026
[3] Cezary Maciej Dąbrowski. Jaźnie… op. cit, s. 15
[4] ibidem
[5] ibidem, s. 34
[6] ibidem, s. 62
