Doktryna Skwiecińskiego i chleb biskupów

0
35

Publicystyczne wezwania do stonowania emocji przez obie strony sporu, artykułowane przez wywodzącego się z obozu pisowskiego Piotra Skwiecińskiego, pochwalone w “Gazecie Wyborczej” piórem Witolda Gadomskiego, nie okażą się skuteczne. Nie z tego powodu, że autor formułuje je na łamach springerowskiego Onetu, a nie robił tego, gdy zasiadał w kierownictwie propisowskiej i znanej z niewybrednego stylu redakcji “Sieci”. U źródeł apelu leży bowiem błąd myślowy. Receptą na przezwyciężenie kryzysu w życiu publicznym pozostaje nie tyle powściągnięcie złych emocji, co pobudzenie dobrych.

O tym zaś, że ten ostatni cel to nie utopia – świadczą budujące zjawiska społeczne takie jak powszechna pomoc udzielana Ukraińcom szukającym u nas schronienia po inwazji kremlowskiej na ich kraj, czy niedawne dobroczynne zbiórki Łatwoganga, 23-letniego Piotra Artura Hanckego o wielkich zdolnościach i charyzmie, który porwał za sobą zwykłych ludzi i zawstydził zawodowych działaczy charytatywnych bezprzykładnym rozmachem swoich akcji. Dowodzi tego również rekordowa frekwencja w niedawnych wyborach – parlamentarnych z 15 października 2023 r oraz prezydenckich z 1 czerwca 2025 r, której przy rozbieżnych ich wynikach nie da się uznać wyłącznie za zasługę jedynej orientacji politycznej. Polacy pokazują, że los własnego kraju nie jest im wcale obojętny. 

Żeby jednak uczynić realny użytek z tego zaangażowania – warto przyzwyczaić się do myśli, że spór dwóch tylko formacji – Koalicji Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością nie wyczerpuje całego bogactwa polskiego życia publicznego. Nie przypadkiem o zmianie władzy w 2023 r. zdecydowały głosy oddane na umiarkowaną i dziś już nie istniejącą Trzecią Drogę. W jej miejsce powstać może kolejna nowa jakość. Obecny podział nie jest dany raz na zawsze. O czym wydaje się zapominać zarówno Piotr Skwieciński, jak ci co go chwalą. Chociaż wszyscy byli świadkami, jak nie tak dawno wiatr historii skutecznie przewracał – choćby w 2001 r. – pretendujące wcześniej do wiecznej trwałości partyjne szyldy.

Niedawny prominent nieskłonnego do kompromisów czy łagodzenia przekazu obozu pisowskiego Piotr Skwieciński teraz – odkąd zaczął jego artykuły opłacać dysponent  portalu Onet, niemiecki koncern medialny Springera, ubolewa, że: “(..) w życiu publicznym panuje tyrania podejrzliwości i reguła odmowy dopuszczenia myśli, że druga strona może kierować się jakimikolwiek już nie dobrymi,  tylko choćby nie najgorszymi, intencjami (..) Króluje nie tylko obustronna nienawiść, ale też obustronna pogarda” [1].  Dlatego też wobec groźby inwazji rosyjskiej niezbędne pozostaje “(..) próba (..) przynajmniej przygaszenia wojny polsko-polskiej” [2]. Żeby było zabawniej – nie tak dawny wiceszef pisowskiego nadwornego tygodnika “Sieci” i ambasador w Armenii z nominacji PiS Skwieciński, gdy nadmienia o zagrożeniu agresją ze Wschodu, przywołuje oceny premiera Donalda Tuska. Jakże to tak, chciałoby się zapytać, przecież całkiem niedawno jeszcze ten sam Skwieciński na wyścigi z rozmaitymi Semkami utrzymywał, że tenże Tusk mija się z prawdą za każdym razem, kiedy tylko się odezwie. I wedle znanej autocharakterystyki b. premiera Węgier Ferenca Gyurcsany’ego – kłamie rano, wieczorem i w nocy. Bez ustanku po prostu. Wina Tuska, to ten styl wnioskowania, który w jednym z ostatnich swoich protest-songów  wykpił niezapomniany Wojciech Młynarski. Chociaż zapewne Skwieciński woli od niego Jana Pietrzaka.

Publicysta jak Robinson Kruzoe 

W każdym razie mamy tu do czynienia z paradoksem mieszkańca Krety, znanym z akademickich seminariów z filozofii. Oto mieszkaniec Krety oznajmia, że wszyscy mieszkańcy Krety zawsze kłamią. I co, mówi wtedy prawdę, czy właśnie się z nią mija..?

Mentalne kiksy autora teraz sprzedającego swoją publicystykę Springerowi nie zmienią faktu, że zwłaszcza jak na obóz pisowski – Piotr Skwieciński to postać niebanalna. Obraźliwe byłoby dla niego zestawienie z Dorotą Kanią albo wspomnianym już Piotrem Semką. W połowie lat 90. Skwieciński jako wiceszef Wiadomości TVP okazał się jednym z tych, którzy, podobnie jak Janusz Zaorski, Karol Małcużyński, Damian Kalbarczyk czy Jacek Bochenek kruszyli komunistyczny gorset telewizji państwowej, przekształcając ją stopniowo w publiczną. Taką, w której znalazło się miejsce zarówno dla Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, jak piszącego te słowa. A redaktorami wydań bywali tam na zmianę Grzegorz Miecugow i senatorówna Agnieszka Romaszewska-Guzy. Przede wszystkim jednak, co najważniejsze, ludzie chcieli to oglądać. Bo talenty artystów sztuki telewizyjnej, operatorów obrazu i dźwięku, realizatorów i montażystów, skoro to oni wszyscy przesądzają o efekcie tej roboty – pozostawały wykorzystywane jak należy.

Skwieciński, pamiętający, jak się to skończyło – bo od kilkunastomilionowej oglądalności przeszliśmy do plugawych czasów rządów jego kolegi Jacka Kurskiego w TVP a teraz raczej marnych likwidatora Daniela Gorgosza podobnie jak dyrektor Tomasz Sygut nie kwapiącego się reanimować nawet tego, co pozostało – formułując obecne postulaty przyjmuje skromnie postawę eremity. “(..) Trzeba tworzyć wyspy przetrwania myślenia państwowego. Etosu ponadpartyjnego. Tak jak mnisi we wczesnośredniowiecznej Europie, otoczeni przez barbarzyńców, nie pozwolili umrzeć dziedzictwu cywilizacji, zanim otoczenie nie dojrzało do jej odrodzenia” [3]. Przypomnijmy, że prawi tak pojednawczo ten, kto jeszcze całkiem niedawno współczesnym barbarzyńcom służył i czerpał z tego niewyobrażalne dla przeciętnego Polaka profity. 

Postawa Skwiecińskiego podoba się jednak Witoldowi Gadomskiemu, dawnemu posłowi Kongresu Liberalno-Demokratycznego (ówczesnej partii Tuska) od lat zaś czołowemu autorowi “Gazety Wyborczej”, wolnemu od hejtu, cechującego artykuły Agnieszki Kublik i innych tamtejszych “cyngli”. Gadomski daje wezwaniu Skwiecińskiemu inteligentne ale praktycznie bezwarunkowe poparcie. Cieszy go, że “autor, wieloletni publicysta mediów zbliżonych do prawicy, a także ambasador w Armenii w okresie rządów PiS, wzywa do obniżenia poziomu emocji w sporach politycznych. Pod tym apelem podpisuję się obiema rękami. Całkowicie zgadzam się, że głęboki konflikt, jaki dzieli polską scenę polityczną, wzajemna pogarda i odmawianie legalności instytucjom kontrolowanym przez stronę przeciwną prowadzą do paraliżu państwa. Nawet jeśli alarmujące przestrogi Donalda Tuska o zbliżającej się prowokacji rosyjskiej wobec jakiegoś państwa członkowskiego NATO okażą się przesadzone, to paraliż państwa Polacy szybko odczują we własnych kieszeniach”  [4].

Tytułową dla jego tekstu “zimną wojnę domową” datuje Gadomski od katastrofy smoleńskiej, co wydaje się periodyzacją wątpliwą, bo trudno związaną z tragedią histerię polityków (ekscesy “krzyżaków” na Krakowskim Przedmieściu) rzutować na nastroje całego społeczeństwa, dalece bardziej złożone. Cezurą bardziej właściwą wydaje się raczej atak Kurskiego na Tuska za “dziadka z wermachtu” w kampanii prezydenckiej z 2005 roku. Kurski to przyjaciel Skwiecińskiego. Gadomski zawsze Tuska wspiera. A teraz obaj, były wicenaczelny “Sieci” Skwieciński i dawny poseł KLD Gadomski – jednym głosem do nas mówią. 

Znane powiedzenie głosi, że jeśli dwóch mówi to samo, to już… to nie jest to samo.

Problem tkwi nie w zaskakującej zgodzie czy wręcz jednomyślności zwykle różniących się od siebie Gadomskiego i Skwiecińskiego – lecz w ich wspólnym przekonaniu, które próbują poniekąd podprogowo narzucić czytelnikom oni obaj, że polskie życie publiczne powinni naprawiać dokładnie ci, którzy je zepsuli. Na to właśnie zgody nie ma. O czymś przeciwnym świadczy sondaż, z którego wynika, że aż 32 proc Polaków z nadzieją powita powołanie już na najbliższe wybory parlamentarne nowej partii i gotowych jest ją poprzeć [5]. 

Nawet w ścieku wszystko płynie

Zapewne czytelnik przypisze mi brak konsekwencji, skoro tak Skwiecińskiego jak Gadomskiego obśmiewam za to samo, za co jeszcze niedawno chwaliłem biskupów: m.in. Adriana Galbasa i Grzegorza Rysia, czyli za publiczne wzywanie do budowania mostów. Tyle, że podobne starania hierarchów katolickich na pochwałę zasługują, bo ich rolą nie jest zakładanie formacji politycznych – a gdy już to robią, skutek okazuje się żałosny jak w wypadku Wyborczej Akcji Katolickiej z 1991 r. – więc punktem odniesienia pozostaje dla nich stan zastany. Robią co mogą, zachęcając do dialogu. Natomiast rolą publicysty pozostaje dostrzeganie sytuacji politycznej w formacie procesu i stawania się, nie na zasadzie wmawiania innym, że zawsze już będzie tak, jak jest teraz.

A już na pewno nie powinni publicyści biskupom chleba odbierać i zajmować się pouczaniem nie tylko polityków, ale i społeczeństwa.

Dla zwyczajnego Polaka Skwieciński ze swoimi pojednawczymi czy przynajmniej tonującymi napięcie pomysłami to kolejny doktryner, przynudzający, gdy jego formacja przegrała głosowanie powszechne: nie nawoływał do umiarkowania jako publicysta “Sieci” ani ambasador w Armenii ze wskazania pisowskiego rządu, czyni to natomiast teraz za pieniądze niemieckiego koncernu Springera, dysponenta Onetu, bez porównania większe niż niegdyś w mediach Prawa i Sprawiedliwości. To nie złośliwość, po prostu tak rzecz odbiera zwykły człowiek, znużony zarówno jałowymi sporami polityków jak ideologicznymi woltami ich zaplecza dziennikarskiego, za którymi niełatwo nadążyć. 

                                                                                          Zamiast aktorów tylko statyści

Główny problem życia publicznego stanowi nie agresja w nim się przejawiająca, lecz jałowość debaty publicznej. Skupionej nie na tym, co interesuje zwykłych Polaków: drożyźnie, biurokracji i utrudnieniach wobec przedsiębiorców, lecz tematach błahych i żyjących tyle, co jętka jednodniówka. Przykładem kiczowata opowieść o ucieczce Zbigniewa Ziobry, nie kończąca się, bo policjanci i złodzieje zamieniają się rolami (kiedyś Ziobro w sejmowej komisji śledczej ds. afery Lwa Rywina przesłuchiwał sekretarza Krajowej  Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierza Czarzastego, teraz ten drugi jako marszałek Sejmu zasadnie zresztą odbiera temu pierwszemu uposażenie poselskie). Zwykli ludzie są tą operą mydlaną znudzeni.

Nie zmieni się jakość dialogu, jeżeli nie zostanie wzbogacona obsada ról w polskiej polityce. Dotychczasowi jej nie tyle aktorzy co statyści nastawieni są na wypowiadanie kwestii w tonie przekazów dnia, bez indywidualizacji. Nowych tematów nie wprowadzą, bo przekracza to ich możliwości.  

W efekcie widowisko mamy kiczowate, nie przypadkiem dla tak wielu ludzi żyjących w Polsce z polityki lub mocniej nią zainteresowanych źródłem głównym pozyskiwanych informacji pozostaje nadająca w poetyce bazarowej i programowo tandetnej stacja TVN, w tym jej 24-godzinny kanał polityczny, przy którym obywatel wolny od politycznych pasji zasypia, zanim zdąży sięgnąć po pilota od telewizora. Zaś TVP w likwidacji nie śmie być od niej lepsza, skoro za nowej władzy właśnie na TVN się wzoruje.

Roztrząsanie przez Skwiecińskiego czy Gadomskiego szans na złagodzenie dyskursu między obecnymi liderami politycznymi i ich medialnym zapleczem przypomina mocno prognozę tego uczonego francuskiego, który pod koniec XIX wieku sformułował i poparł swoim profesorskim autorytetem alarmującą prognozę, że po upływie kilkudziesięciu lat w Paryżu będzie tyle dorożek, że dla ich koni zabraknie owsa w całej Francji. Na szczęście w międzyczasie upowszechnił się wynalazek taki jak automobil. I samochody problem rozwiązały. Natura nie znosi próżni, a świat przy swoich wszystkich zawirowaniach… idzie jednak naprzód.

[1] Piotr Skwieciński: pół kroku wstecz. Onet.pl z 13 maja 2026 [2] ibidem [3] ibidem

[4] Witold Gadomski. Zimna wojna domowa niszczy Polskę. “Gazeta Wyborcza” z 25 maja 2026

[5] badanie SW Research z listopada 2025; zob. też: Agnieszka Czurczak. Nowa partia na horyzoncie? Polacy podzieleni w sprawie zmian. Interia.pl z 29 listopada 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here