Najgorszy człowiek w Polsce

0
2

Skąd się wziął Dawid Kacprzyk

Dla Polaków na długo pozostanie symbolem wszelkiego zła: 29-letni lekarz bez specjalizacji zawiadujący do niedawna SOR w Szpitalu Południowym i dzięki funkcji lidera partyjnej młodzieżówki Koalicji Obywatelskiej, pełnionej przez trzy lata oraz przyspieszaniu badań protektorom swojej kariery kosztem zwyczajnych pacjentów, zarabiający 1.6 mln zł rocznie. Jeśli nawet Dawid Kacprzyk wygra przed sądem proces z posłem PiS, który porównał go do doktora Mengele, zanim jeszcze zacznie się tam jego sprawa karna – niewiele to w jego ocenach zmieni a nawet utwierdzi nas w przekonaniu o jego gorszącej bezczelności.

Podobnie jak nie tak dawne umorzenie śledztwa przeciwko Romanowi Giertychowi w sprawie afery Polnordu nie zapewniło wiceprzewodniczącemu klubu parlamentarnego rządzącej Koalicji Obywatelskiej reputacji polityka krystalicznie uczciwego. 

Aparatczyk w białym kitlu

Aktualne i ważkie pozostaje natomiast pytanie, jak to się stało, że pomimo szczerego i masowego zaangażowania wyborców w naprawę życia publicznego, udokumentowanego rekordową frekwencją przy urnach 15 października 2023 r. (74 proc) – w niespełna trzy lata później zrodziła się patologia, jaką symbolizuje aparatczyk w białym kitlu, jeszcze przed trzydziestką, rozjeżdżający się luksusowym Porsche Panamera (cena katalogowa powyżej 513 tys zł) od jednej na pół fikcyjnej pracy do drugiej, skoro w trakcie sowicie opłacanych dyżurów znajdował jeszcze czas na występy telewizyjne w roli eksperta (nie od finansów lecz ochrony zdrowia) i obowiązki związane ze sprawowaniem mandatu radnego z ramienia Koalicji Obywatelskiej w stołecznej dzielnicy Ursus, odpoczywający po tych trudach w świeżo kupionym apartamencie za 900 tys zł. 

Utyskiwanie, zwykle właściwe frustratom, na “dzisiejszą młodzież” niczego nam nie wyjaśni ani nie przybliży, bo przecież z tego samego pokolenia, co Dawid Kacprzyk wywodzą się zasłużeni bohaterowie wyobraźni zbiorowej: organizator zbiórek dobroczynnych “Łatwogang” Piotr Artur Hancke, co swoją sprawnością i żarliwością wprawił w zakłopotanie samego Jerzego Owsiaka, bo podobny efekt uzyskał bez wspierającej, jak w wypadku Wielkiej Orkiestry Świątecznej  Pomocy, biurokracji. Czy dostarczający nam radości z polskiego sukcesu skoczek narciarski Kacper Tomasiak oraz tenisistki Maja Chwalińska i Iga Świątek, a wcześniej na paryskiej olimpiadzie mistrzyni we wspinaczce żołnierka Wojska Polskiego Aleksandra Mirosław. 

Co więcej, to młodzi wyborcy w masowej skali rozstrzygnęli 15 października “roku pamiętnego” o zwycięstwie odradzającej się demokracji nad zmurszałą tendencją autorytarną. Jeśli jednak za sprawą takich jak doktor Kacprzyk wydrwigroszy zatruwających życie publiczne, smutną aktualność zyskują znów słowa ballady Natana Tennenbauma: “I niech przeklęty będzie ucisk / A kto Październik  zdradził, łotrem”, pomimo, iż zapisane jeszcze przed półwiecznym do innych zdarzeń się odnosiły, to odpowiedzialność za to ponosi klasa a ściślej kasta polityczna, a nie pokolenie. Młoda generacja przecież 15 października 2023 r. zrobiła swoje: zagłosowała na partie demokratyczne i przyczyniła się w decydującym stopniu do przejęcia przez nie władzy.  Nie przewidując, że wkrótce lider partyjnej młodzieżówki cynicznie jak się okazało nazwanej Nową Generacją (Kacprzyk przewodniczył jej przez trzy lata. od 2023 r do teraz) wystąpi w roli bliźniaczo przypominającej tę, jaką za pisowskich rządów odegrał w Ministerstwie Obrony Narodowej druh przyboczny Antoniego Macierewicza – Bartłomiej Misiewicz. Nie oznacza to oczywiście stawiania znaku równości między Polską obecną a taką, w której “pan Antoni” dostrzegający wszędzie spiski i jego ulubieniec z resortu uosabiali władzę. Ale nasuwa obawy, że znane porzekadło o tym, iż każda władza demoralizuje – wydaje się wciąż obowiązywać w ojczyźnie Solidarności. Trudno, żeby było inaczej, skoro nie oparli się tej demoralizacji również historyczni szefowie symbolizującego demokratyczne przemiany Związku z jednym tylko wyjątkiem w postaci Mariana Krzaklewskiego, który nawet w czasie, gdy faktycznie rządził 40-milionowym państwem, pomieszkiwał skromnie w lokalu służbowym wraz z rodziną, a woził go kierowca na etacie nie żadnym Porsche Panamera tylko ogólnozwiązkową Lancią.  Dla młodszych i sprytniejszych już wtedy pozostawał Krzaklewski frajerem, zaś społeczeństwo oceniło go w kolejnych wyborach wcale nie za osobiste umiarkowanie lecz za raczej niefrasobliwe podejście do majątku narodowego, którego kolejne składniki wyprzedawał, żeby łatać dziury budżetowe.

Koniec reform po kilkunastu latach, odtąd władza tylko administruje, żeby chociaż nie pozwalała rozkraść…

Dla urodzonego akurat w roku dojścia do władzy Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności (utworzyły zwycięską koalicję po wyborach z 1997) Dawida Kacprzyka zarówno Krzaklewski jak drugi prywatyzujący co się tylko da lider, Leszek Balcerowicz, pozostają postaciami równie odległymi jak dla moich roczników Władysław Gomułka. Problemem wydaje się, że czas późniejszy – a trzeba pamiętać, że ostatnie polskie reformy przeprowadzili Krzaklewski  z Balcerowiczem (administracyjno-samorządową) a po nich już tylko Zyta Gilowska (podatkową), następcy zaś wyłącznie administrowali krajem.

Trudno w tym wypadku o wzorce, formujące na zasadzie budującego przykładu (zarówno w kategoriach skuteczności jak uczciwości) młodych polityków. Jakimi dla nas, gdy na studiach działaliśmy w KPN, pozostawali Leszek Moczulski i z oddali Jerzy Giedroyc, a także znany nam jako autor statutu pierwszej Solidarności i oskarżyciel posiłkowy w toruńskim procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, mec. Jan Olszewski, oraz przewodniczący Regionu Mazowsze Maciej Jankowski, co do którego – nawet jeśli błędy popełniać mu się zdarzyło – mogliśmy mieć pewność, że przekupić się nie da.

W odróżnieniu od możnych protektorów Dawida Kacprzyka, długo zapewniających mu nie tylko bezkarność i karierę w zamian za zawrotne   apanaże w zamian za prawo wstępu do VIP-owskiego  saloniku w Szpitalu Południowym i zrobienia tam za darmo w SOR “na państwowym” badań, za które trzeba prywatnie sporo zapłacić. Przy czym w wypadku beneficjentów tych praktyk nie chodzi nawet o troskę o własne zdrowie, lecz zwyczajną pazerność – bo wszystkich ich na te badania byłoby stać. Politycy i samorządowcy przyzwyczaili się jednak brać za darmo. I to oni wyhodowali  Frankensteina, który nazywa się Dawid Kacprzyk. Zwyczajni Polacy straszą nim teraz dzieci, chociaż pediatrią najmniej się zajmował.  

Osobista zamożność ani pochodzenie społeczne w punkcie wyjścia kariery o formacie spraw korupcyjnych zwykle nie przesądzają. Bartłomiej Misiewicz zanim “za PiS-u” objął funkcję w MON, pracował w aptece. A upasł się i rozpychał dopiero na państwowej posadzie. Podobnie Dawid Kacprzyk uznawał, że mu wszystko wolno nie dlatego, że tatuś jest bogatym deweloperem a mamusia panią prokurator. Tylko dlatego, że złowrogą pewność dawało mu zakorzenienie w systemie wzajemnych usług i przywilejów, przez uzurpatorów zbudowanym kosztem zwykłego człowieka.  Jego beneficjenci dawali mu ochronę. Aż do momentu, kiedy cały układ wsypał zapewne któryś z nich. Bo przecież nie od lekarzy pochodzi lista posłów i radnych, korzystających z “szybkiej ścieżki” na SOR w Szpitalu Południowym. 

Ochrona zdrowia okazała się kolejną sprawą zbyt poważną, ażeby bez strat i szkód dałoby się ją powierzyć decyzjom zawodowych polityków. Podobnie jak wcześniej kultura (pamiętamy dotacje Senatu za marsz. Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na promowanie wśród Polonii usłużnych hejterów z zaciągu KO zamiast pisarzy i malarzy) czy domena tak mediów jak sprawiedliwości. Próbujący wyłgać się ze stawianych mu zarzutów Dawid Kacprzyk – skasowanie przez niego dostępu do własnych mediów społecznościowych innym dobitnie zaświadcza o zacieraniu śladów jeśli nie wręcz matactwie – pozostaje wciąż na wolności, podczas gdy w areszcie tymczasowym przebywa wnikliwy badacz interesów posła Romana Giertycha (m.in. związanych z aferą Polnordu) dziennikarz śledczy Leszek Kraskowski. To nie jedyne, co z całej sprawy niełatwo pojąć nie tylko przeciętnemu obywatelowi ale i tej części elit, która nie została jeszcze ostatecznie przez układy jakie podobne sytuacje generują zdemoralizowana. Przecież mamy demokrację, od trzech lat również zdaniem największych w tej mierze sceptyków, powtórzyć wypada bez cienia ironii.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here