Z Barbarą Bartel, dziennikarką Polskiego Radia Chicago, psychologiem, rozmawia Łukasz Perzyna
– Polskie Radio Chicago właśnie obchodzi 35. urodziny, wiemy jak wiele przez ten czas się zmieniło, więc tyle lat nieprzerwanego nadawania to chyba niezły wynik?
– Niezmiennie pozostajemy radiem, które łączy – wspólnotę, jaką stanowi Polonia i kraj. Kiedy mam program i u nas jest wczesne popołudnie, wiem, jak dobry to czas antenowy, bo w Ameryce ludzie właśnie jadą do pracy. A nasze radio opowiada im o tym, co się dzieje w Ojczyźnie. Sygnał Polskiego Radia z Chicago dociera na cały świat. Da się powiedzieć, że rozwijaliśmy się wraz z internetem. Nasze radio jest rówieśnikiem sieci, przynajmniej jeśli mowa o jej globalnym zasięgu.
– Ale to nie parametry technologii decydują w tej branży o sukcesie?
– Radio to pasja, coś, co naprawdę kochamy, tylko przy takim podejściu podobna praca ma sens.
– Zacznijmy więc od osobistego wspomnienia, w jakich okolicznościach Pani do radia trafiła?
– Najpierw to było jeszcze radio amerykańskie, do którego zostałam zaproszona do studia, jako gość, a nie po to, żeby program poprowadzić. Jeszcze wcześniej za sprawą Uniwersytetu w Cambridge jako psycholog znalazłam się na międzynarodowej konferencji seksuologicznej, z tym wiązał się mój pobyt w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Wygłosiłam referat, który dotyczył problematyki seksu w kraju katolickim, co brzmi może skandalizująco, ale to było naprawdę naukowe wystąpienie. A przy okazji zjeździłam też całą Kanadę od Quebecu po Vancouver, a ponieważ pojawiła się opinia, że mam wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia o kraju, zwłaszcza, że za Oceanem uhonorowano mnie, odbierałam nagrody – zaproszono mnie do radiowego studia w Chicago. Kiedy tam weszłam, zaraz już poza anteną nawiązałam rozmowę z rodakami, którzy tam pracowali. To byli Sławomir Bielawiec i Waldemar Łada, obaj muzycy z wykształcenia, wędrowcy, globtroterzy jak tam się mówi, wcześniej próbowali szczęścia w Norwegii. Aż je znaleźli nie tylko za wielką wodą ale i nad wielkimi jeziorami… Wypytywali mnie, czy wracam do Polski i czy nie miałabym ochoty popracować w radiu w Chicago.
– I jakoś okazało się, że to nie są wcale dwa rozbieżne warianty, tylko da się je połączyć?
– Podpowiedziałam im pomysł, żeby założyć polskie radio tam, na miejscu. Ale też zapowiedziałam, że do kraju wracam. Wiadomo, że tylko w komiksie dzieje się tak, że na jednym obrazku pada pomysł powołania stacji, a na kolejnym już widzimy, jak ona nadaje program. Trzeba było szukać inwestorów, reklamodawców. Nie zawiedliśmy się jednak na potencjale, jakim dysponują Polacy z Chicago. Rzuciliśmy hasło: zacznijmy działać. I poszliśmy zbierać pieniądze. Starczyło ich na to, żeby wystartować, a potem radio utrzymać. Siedzibę ambitnie wybraliśmy sobie w dobrej dzielnicy, jednak z konieczności było to czwarte piętro bez windy, więc wysiłek fizyczny też się okazał niezbędny. Koledzy wiedzieli, że nie jestem tam na zawsze. Kiedy wskazywałam, że życie w Ameryce jest dla mnie za drogie i tak czy owak wracam do Polski, usłyszałam: to będziesz dla nas nadawać.
– I tak zyskała Pani drugi zawód? Czy psychologia, Pani pierwsze zajęcie, pomaga w uprawianiu dziennikarstwa?
– Psychologia pomaga. Dziennikarz musi umieć słuchać, przecież jeśli rozmówcę zakrzyczy, to odbiorca zaraz kanał zmieni. A powołanie psychologa w oczywisty sposób wiąże się z umiejętnością rozmowy i to nie na zdawkowe tematy. Psycholog też podąża za tym, co już usłyszał od rozmówcy, kiedy zadaje następne pytania. W obu branżach zakładane wcześniej scenariusze da się traktować co najwyżej roboczo, bo nie muszą się sprawdzać.
Przy okazji tych naszych 35. urodzin chciałabym podziękować wszystkim, którzy nas wspierają: gubernatorowi, konsulowi, naszym licznym reklamodawcom. Przed tą naszą rozmową przygotowałam sobie małą kartkę z notatkami, które wydawały mi się istotne. Ale teraz jakoś nie potrafię jej znaleźć, gdzieś się zawieruszyła, a jednak rozmawiamy płynnie, żadna ściągawka do tego nie potrzebna. Dla mnie empatia okazuje się istotna w obu moich zawodach. A dziennikarstwo wiązało się z poznawaniem czegoś nowego. Czasem z anegdotami. Podczas wizyty Billa Clintona weszłam nagle do zamkniętej dla dziennikarzy strefy na płycie lotniska, miałam wtedy akredytację, ale po prostu nikt mi nie powiedział, że tam już poruszać się nie wolno. I nagle prezydent USA do mnie przyjaźnie się odezwał, spytał mnie, jak się miewam. Zapewne po zamachach z 2001 r. na wieże WTC podobna sytuacja już by się zdarzyć nie mogła, bo wprowadzono coraz więcej restrykcji związanych z bezpieczeństwem. Wcześniej jeszcze Polska wstąpiła do Sojuszu Atlantyckiego, wiadomo, że decydujące tutaj pozostawało stanowisko USA, nie muszę więc mówić, jak bardzo odczuwałam, że ważne jest to, co robię: nadaję z kraju dla Polaków w Ameryce. I na całym świecie przecież. Czasem w audycji podkreślam, że cieszę się, że jesteśmy słuchani także w Australii czy Nowej Zelandii. Daje to satysfakcję, że uczestniczę nawet na skromną miarę w budowaniu tej naszej polskiej wspólnoty. Niekiedy podczas programu mówię, że nadajemy dla całego świata. To prawda. Przecież Polacy są wszędzie.
– To tak istotne, żeby łączyć?
– W dziennikarstwie razi mnie zbędna rywalizacja, uważam, że nie na niej ta sztuka naprawdę się opiera. Raczej na znajdowaniu ciekawych osobowości i tematów. O niczym nie da się z góry przesądzić. Idę na konferencję Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, zapowiadają się jakieś zdawkowe dane o waloryzacjach, przekaz co się z samych liczb składa, co akurat w radiu oddać niełatwo – tymczasem pojawia się temat Ukraińców w Polsce, świadczeń dla nich i nagle mamy spór, budzący społeczne emocje. Jednak atrakcyjność zawodu dziennikarskiego nie z konfliktem się wiąże. Czasem zupełnie przeciwnie. Wśród osób z którymi kontakt miał dla mnie duże znaczenie wymienię nieżyjące: prezydentową Marię Kaczyńską, która okazała się osobowością nie tylko bogatą ale szczodrą jeśli tak powiedzieć można – i dziennikarza Andrzeja Morozowskiego, który dał się zapamiętać z tego, że zamiast jak niektórzy na siłę nawet konkurować, czasem coś koleżance podpowiedział, i było to naprawdę przydatne.
– I tak pomysł, żeby robić w Ameryce polskie radio się sprawdził, a w dodatku Pani jeszcze nadaje z kraju ale dla rodaków za granicą?
– Udało się znakomicie, wielka w tym zasługa osób, których nazwiska już wymieniałam, także wszystkich, co nam sprzyjali, jak gubernator czy konsul, 35. urodziny radia to doskonała okazja, żeby im podziękować. O Sławomirze Bielawcu i Waldemarze Ładzie już mówiłam, ważną dla mnie osobą okazała się Ania Darolska, z którą pracowałam przez dziesięć lat. Kiedy niedawno znów się spotkałyśmy, w Warszawie, czułyśmy się tak, jakbyśmy się wczoraj widziały, żaden upływ czasu się nie zaznaczał.
– Dla biegu wydarzeń ma on jednak znaczenie? Pamiętam, że pierwszym premierem, który znaczenie Polonii dla kraju mocno podkreślał, stał się mec. Jan Olszewski. Z kolei później Jerzy Buzek podzielił się optymistyczną wizją, że Polacy z Ameryki będą wracać z pieniędzmi i w Polsce je inwestować, z korzyścią dla nich samych ale też kraju i gospodarki? Tyle, że jego formacja władzę straciła i przeszła do historii, a do realizacji tego scenariusza wciąż daleko? Bo przecież nie o to chodzi, żeby ktoś do Ojczyzny powrócił po latach, żeby tu wydawać amerykańską emeryturę tylko o wykorzystanie pewnego potencjału, przecież tyle Pani o łączeniu mówi?
– Oczywiście, że chociaż od czasów Latarnika Henryka Sienkiewicza minęło 150 lat, pozytywne emocje się liczą i grzech ich nie wykorzystać. Wielu Polaków na obczyźnie tęskni do kraju, ale chcieliby się też poczuć docenieni i traktowani poważnie, również przez urzędników w Polsce. A przez polityków – nie tylko w trakcie kampanii wyborczych. Znam Polaków z Ameryki, co do kraju powrócili, ale potem szybko się zwinęli i wyjechali znowu, bo poczuli się rozczarowani. Raziła ich na przykład bezduszna biurokracja. Wielu osobom z kraju dopiero wyjazd Roberta Lewandowskiego do Chicago, gra w tamtejszym klubie, uświadomiły zarówno siłę tamtejszej Polonii, jak bogactwo jej emocji. Nie chodzi przecież tylko o pierogi i kiełbasę, folklor i polskie sklepy. Tych, którzy nas słuchają z oddali, interesuje czy Polska będzie bezpieczna, nie są to sprawy dla nich obojętne. Wiedzą, jak wiele się zmieniło tylko w ostatnich latach, ile się pojawiło zagrożeń po ataku Kremla na Ukrainę i zajmuje ich, jak sobie z nimi radzimy. Staramy się na ich oczekiwania odpowiadać. To taki most, który udaje się i przez Ocean zbudować. Mówimy o tym, co widzimy, po obu jego stronach, na tym przecież dobre radio polega.
