Jak ogłaszać odnowę

0
1

Maksymalna stawka za godzinę pracy lekarza, 240 zł brutto, jaką ogłasza minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda – to dla zwyczajnego Polaka kwota raczej abstrakcyjna i niewiele mu mówiąca. W odróżnieniu od bulwersujących rocznych zarobków Dawida Kacprzyka, byłego szefa młodzieżówki partii rządzącej – 1,6 mln zł.

Śmiało można więc powiedzieć, że jeśli nawet rządzącym zależy naprawdę na reformie ochrony zdrowia – porażkę ponieśli już na starcie. W sferze sugestii i wyobraźni.

Przyczynia się do tej przegranej wadliwe określenie samego przedmiotu zmian. Kominy płac lekarzy nie są bowiem przyczyną kryzysu, co najwyżej jego objawem i skutkiem. Istota patologii w ochronie zdrowia tkwi w zdominowaniu jej przez polityków i wytwarzane przez nich mechanizmy. Awansów personalnych i ścieżek na skróty, omijania przepisów przez samych medyków (kiedy – jak czynił to Kacprzyk – pobierają wynagrodzenie za dyżury, mądrząc się w tym samym czasie w studiu telewizyjnym, co wskazuje na dar bilokacji lub pospolitą nieuczciwość) oraz kolejek do lekarza przez prominentów partii rządzącej. Problemem pozostaje korupcja a nie tylko chciwość.

Pal licho marną prezentację środową reformatorskiego projektu, może panią minister trema zjadła, chociaż nie za to, by się tak działo jej płacimy: o zarobkach Sobierańskiej-Grendy będzie jeszcze tu mowa, skoro za pranie brudów się zabiera, a przynajmniej je zapowiada. Gorzej, że już w czwartek, kiedy stres powinien się zmniejszyć – minister zdrowia po spotkaniu z prezesem Naczelnej Izby Lekarskiej dr Łukaszem Jankowskim oznajmiła obcesowo, cytuję dokładnie: – Lekarze muszą uczestniczyć w dialogu z Ministerstwem Zdrowia. 

 Lekarz jest niezbędny, a pani minister….

Dokładnie tak. A jeśli nie będą chcieli, to ich zmusi? W jaki sposób? Sama lekarzem nie jest, więc powinna raczej na szacunek medyków zapracować, niż ich antagonizować na dzień dobry. Swoją drogą, czym zajmowała się wcześniej, bo przecież ministrem nie została przedwczoraj, chociaż dopiero wtedy poznała ją i zauważyła szeroka opinia publiczna. Studentom marketingu da się w nieskończoność tę wypowiedź odwijać, żeby pokazać, ile lapsusów da się pomieścić w jednym zdaniu. Więcej niż średniowieczni scholastycy po długich dysputach zarezerwowali miejsc dla diabłów na łebku szpilki.

To w miarę oczywiste. Nie wiemy natomiast, co usłyszała z kolei Sobierańska-Grenda od prezesa Łukasza Jankowskiego. A konkretnie, czy powtórzył to, co wcześniej oznajmił: że z lekarzami żaden rząd nie wygrał. Szanse znów rysują się nierówno, więc doktor Jankowski na rację. I nie ma co płakać z tego powodu, bo o niezbędności lekarzy przekonani jesteśmy wszyscy – podobnie jak o potrzebie ich etycznego postępowania – zdarzają się natomiast kraje, które bez ministerstwa zdrowia radzą sobie całkiem nieźle. Bogata i dobrze urządzona Szwajcaria również się do nich zalicza.

To Jolanta Sobierańska-Grenda powinna (świadomie nie używam jej ulubionego czasownika, że musi) udowodnić swoją przydatność do obecnej roli. A nie medycy.  Na razie istota tego, co przedstawia ministerstwo, zawiera się w dość okrutnej formule autorstwa kompetentnej dziennikarki “Rzeczpospolitej”: “w ochronie zdrowia nie będzie ani rewolucji ani więcej pieniędzy” [1]. Jeszcze jakieś pytania? Jeżeli z kolei prezes Naczelnej Izby Lekarskiej Jankowski po spotkaniu z minister Sobierańską-Grendą przyznaje, że z drugiej strony zabrakło konkretów, czym jest rozczarowany, dotyczących zwiększenia dostępności do opieki zdrowotnej, skrócenia kolejek i wpływu proponowanych przez ministerstwo rozwiązań na pacjentów – rodzi się pytanie, o czym w ogóle rozmawiali. I domniemanie, że jeśli o niczym – nie jest to winą prezesa NIL. Tydzień wcześniej minister Jolanta Sobierańska-Grenda po wyjściu ze spotkania z parlamentarzystami Koalicji Obywatelskiej wygłosiła bynajmniej nie zwięzłe oświadczenie, w którym ani razu nie padła nazwa własna: Szpital Południowy. 

Nie wiadomo: władza kpi, czy mówi poważnie

Władza, kiedy zapowiada, że patologie ograniczy komputerowa ewidencja usług – wydaje się kpić z obywateli. Przecież niewiele wcześniej wprowadzenie w gospodarce KSeF-u (Krajowego Systemu e-Faktur) stało się dla nękanych w ten sposób przedsiębiorców symbolem biurokracji i nękania osób aktywnych przez bezdusznych urzędników. Przy tej okazji Andrzej Sadowski z Centrum Adama Smitha sformułował wręcz prognozę, że przez powszechne utrapienie z KSeF, jakie zafundowali innym – rządzący przegrają najbliższe wybory, bo zrażona ich harcami klasa średnia i przedsiębiorcza zostanie w domach, inaczej, niż miało to miejsce 15 października 2023 r.

Dostawianie kolejnych cegiełek biurokracji również do obecnego systemu służby zdrowia, nawet jeśli towarzyszy temu retoryka innowacyjności i nowości, bo przecież wszystko teraz będzie w sieci – powiększa tylko mur, jaki oddziela zwykłych pacjentów od molocha urzędniczej biurokracji, opartej na zrozumiałych wyłącznie dla jej beneficjentów procedurach. 

W czasie, gdy funkcjonariusze służb specjalnych prują szafy z dokumentacją w Szpitalu Południowym, gdzie grasował wciąż pozostający na wolności Dawid Kacprzyk, lekarz-kominiarz jak się go przezywa i doktor bez specjalizacji zawiadujący SOR-em – posłowie rządzącej większości i życzliwe jej media wynajdują dla równowagi inne, bezsporne zresztą przykłady pisowskiej z kolei korupcji: z Lubartowa czy Mogilna.

Jeśli jednak tylko o przerzucanie odpowiedzialności chodzi, to obawiać się można, że i tak wygra narracja PiS. Obecna opozycja ma bowiem zwolenników impregnowanych na zarzuty wobec swoich i dostrzegających w nich wyłącznie przejaw wrogiego spisku.

Elektorat Koalicji 15 Października tworzą natomiast wyborcy wymagający, którym obiecano, że po tej dacie w 2023 r. będzie inaczej i lepiej w sferze stylu i przejrzystości rządzenia. Inteligentni zwolennicy obozu demokratycznego nie są robotami, skłonnymi do natychmiastowego dzielenia własnej pensji przez liczbę przepracowanych godzin, żeby efekt tego działania porównać z ogłaszanymi przez Jolantę Sobierańską-Grendę limitami lekarskich zarobków. Nie tak to działa i minister zdrowia powinna o tym wiedzieć. Zwłaszcza, że sama z tytułu objęcia funkcji ministra pobrała sowite odszkodowanie motywowane zakazem konkurencji – co dla przeciętnego Polaka oznacza zarówno oczywisty absurd jak krańcową arogancję władzy. Minister to przecież etymologicznie – sługa społeczeństwa. Nawet jeśli Sobierańska-Grenda o tym nie wie, pojmują to wyborcy. Obojętne czy nazywają ją poufale “ministerką” wzorem “Gazety Wyborczej” czy bardziej elegancko tytułują “panią minister”. Nie w różnicy kulturowej tkwi w tym wypadku problem, lecz w kwestiach zdrowego rozsądku i przyzwoitości. A tych nigdy za wiele, chciałoby się dodać.  

Czy wszyscy politycy są tacy sami

Doskonale pamiętamy, w jaki sposób Prawo i Sprawiedliwość, dopóki pozostawało u władzy, zarządzało kryzysami, jakie samo wywołało: aferą z próbą skorumpowania posłanki Renaty Beger przez Adama Lipińskiego, wizową czy tą w Funduszu Sprawiedliwości. Sprawy i tak kończyły się happy endem, bo PiS relatywizując odpowiedzialność i próbując kontratakować – pomimo to dwukrotnie (w 2007 i 2023 r.) władzę z powodu tych nieprawości utraciło. Zdumiewa fakt, że następcy, fundujący własną popularność na wiwisekcji tamtych ponurych afer – nie wyciągnęli z nich wniosków na własny już użytek. Szwankuje zarówno dobór ludzi do zadań, jak sposób komunikacji ze społeczeństwem.

Dostrzegają to również co bystrzejsi obserwatorzy Koalicji 15 Października życzliwi: jak dyrektor Centrum Badania Opinii Społecznej prof. Ewa Marciniak w wywiadzie dla “Gazety Wyborczej”, gdzie przestrzega, że “efekt Kacprzyka może być odłożony w czasie” [2] czy dawny poseł Kongresu Liberalno-Demokratycznego Witold Gadomski. W artykule znacząco zatytułowanym “Politycy KO postawili na bierność” ten drugi zauważa: “Afery z lat 2015-2023 były często skomplikowane, a politycy PiS szli w zaparte – zaprzeczali im, twierdzili, że wydatki były uzasadnione i zgodne z prawem. (..) Dlatego PiS okazywał się teflonowy – mimo skandali utrzymał poparcie dużej grupy wyborców. Koalicja Obywatelska jest mniej teflonowa. Nawet jeśli jej wyborcy nie zagłosują na PiS lub jedną z Konfederacji, to po prostu mogą nie pójść do wyborów. Część z nich zapewne pomyśli: “wszyscy politycy są tacy sami”” [3].

Od podtrzymania lub przełamania tej ostatniej opinii zależeć będzie zapewne wynik kolejnych wyborów do Sejmu: w 2027 r. To już moja, a nie byłego posła KL-D Gadomskiego, konkluzja. Pizza z wrocławskiego Jagodna, zapamiętana z 15 października, dowożona wtedy przez dobrych ludzi stojącym w długiej nocnej kolejce do urn obywatelom, dawno wystygła. Wyborcy skupią się na ocenach faktów, tych realnych a nie tych z TVN, entuzjazmu nie da się z nich ponownie wykrzesać.

[1] Zuzanna Świerczek. Minister pokazała plan naprawczy… rp.pl z 8 lipca 2026

[2] “Gazeta Wyborcza” z 6 lipca 2026

[3] Witold Gadomski. Afera Szpitala Południowego. Politycy KO postawili na bierność. “Gazeta Wyborcza” z 6 lipca 2026


Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here