Dla zwyczajnych obywateli, czekających długo na terminy rozpraw i narażonych na sędziowską czy nawet asesorską arogancję i wywyższanie się wymiaru sprawiedliwości ponad jego klientów – decyzja warszawskiego sądu o przyznaniu byłemu pisowskiemu wiceministrowi Marcinowi Romanowskiemu listu żelaznego stanowi dowód, że nie jesteśmy wszyscy równi wobec prawa. Z nędznego bohatera paskudnej afery zrobiono świętą krowę. Człowiekowi z plasteliny, co kryjówki szukał najpierw u Viktora Orbana, a później u wrogich nam Rosjan – zapewniono nietykalność. Wiadomo, że i tak nic istotnego nie zezna, bo w tej aferze działa zasada omerty, solidarności mafijnej przez milczenie.
Marcin Romanowski na list żelazny nie zasłużył z paru zasadniczych względów. Nawet jeśli uznać, że mózgiem nadużyć w Funduszu Sprawiedliwości stał się szef resortu Zbigniew Ziobro, to nominalnie i formalnie pieniędzmi stamtąd zawiadywał wiceminister Romanowski. Fundusz mu podlegał, to on odpowiada za ich sprzeniewierzenie, a miały zostać przeznaczone nie na wzmocnienie kanapowej Suwerennej Polski ani PiS, na co naprawdę poszły – tylko zgodnie z celem statutowym na potrzeby ofiar przestępstw. Skrzywdzenie ich, jako czyn wyjątkowo ohydny, powinno stać się kolejną przesłanką, udaremniającą skutecznie wydanie Romanowskiemu listu żelaznego. Podobnie jak wcześniejsza ucieczka i ukrywanie się przed wymiarem sprawiedliwości najpierw na Węgrzech, zanim Viktora Orbana zastąpił tam u władzy demokrata Peter Magyar. Potem zaś – wedle dostępnych nam wiadomości – w Naddniestrzu kontrolowanym militarnie i politycznie przez wrogą nam Rosję. To trzeci i najpoważniejszy argument przeciw listowi żelaznemu – Romanowski, do niedawna wysoki rangą przedstawiciel państwa polskiego, stał się agentem jego wroga.
Nie uznał tych wszystkich przeciwwskazań sędzia, który Romanowskiemu list żelazny wydał.
Uzasadnianie jego decyzji faktem, że to “neosędzia” tylko, z pisowskiej łaski, z naruszeniem zasad powołany – niczego nie wyjaśnia. Przecież już od trzech lat prawie sprawują władzę formacje, co przed wyborczym zwycięstwem i po to, żeby je odnieść – obiecywały, że naprawią polski wymiar sprawiedliwości.
Wyszło tak, że gorzej już nie mogło. Romanowski kpić będzie z tegoż wymiaru sprawiedliwości, którym jeszcze przed czterema laty jako jego wiceszef zawiadywał. I z poszkodowanych przez przestępców, skoro roztrwonił na partyjne cele środki z funduszu dla tych pierwszych przeznaczonego. Zazdrościć mu będą alimenciarze, drobniejsi oszuści, piraci drogowi czy cwaniacy kombinujący przy podatkach, że na podobne wyzerowanie swoich win wobec społeczeństwa i państwa nie mają co liczyć.
Nie da się jednego tylko z siebie wykrzesać: empatii wobec obecnej władzy. Oburzają się teraz i perorują. A mogli po prostu Romanowskiego z kraju nie wypuszczać.