Książka, z której Adam Michnik zrobił sobie prezent na 80. urodziny – tom rozmów, przeprowadzonych przez Jarosława Kurskiego, jego wieloletniego, choć to już nieaktualne, zastępcę w “Gazecie Wyborczej” dostarczy amunicji jego tak licznym oponentom, ale też zawiedzie entuzjastów, z wyjątkiem tych najbardziej żarliwych. Nie ujawnia sekretów najnowszej historii, chociaż bohater miał na jej rozstrzygnięcia wpływ tak istotny.
Największy oczywiście w 1989 r, kiedy to po wyborach z 4 czerwca jednoznacznie wyrażona wola głosujących Polaków unieważniła zawarty wcześniej przez Solidarność z PZPR kontrakt polityczny – a on rzucił pamiętne hasło “Wasz prezydent, nasz premier” w tytule artykułu na pierwszej stronie “Gazety Wyborczej” [1]. Zaraz oponował wtedy przeciw temu Tadeusz Mazowiecki, podobnie w piśmie, którego był naczelnym (“Tygodnik Solidarność”, dziś spsiały, wtedy był z “Gazetą…” porównywalny), gdzie też nagłówek tekstu mówił wszystko: “Spiesz się powoli” [2]. I to właśnie główny przeciwnik koncepcji Michnika stał się jej głównym beneficjentem, tytułowany pierwszym niekomunistycznym premierem po wojnie, chociaż w rządzie sformowanym przez “S” w koalicji ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym, miał za zastępcę Czesława Kiszczaka a w roli ministra obrony Floriana Siwickiego. Obaj, zwierzchnicy milicji “obywatelskiej” i “ludowego” wojska byli nie tylko komunistami, ale osiem lat wcześniej autorami logistyki stanu wojennego. Przełom się jednak dokonał, chociaż za cenę żenującego spektaklu, jakim było oddawanie głosów w ten sposób, by ułatwić wybór gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta przez posłów i senatorów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, politycznej emanacji Solidarności. Co stało się plamą na honorze tej ostatniej, nie pierwszą jednak, bo przedtem pozwolono komunistom wybrać z własnego grona posłów w miejsce tych, co umieszczeni na skupiającej prominentów PZPR liście krajowej, nie zyskali, poza dwoma tylko kandydatami, wymaganego poparcia połowy głosujących Polaków.
O tle i przyczynach tamtych wydarzeń Michnik nie mówi nic rewelacyjnego. Przyznaje, że Mazowiecki zmienił podejście do koncepcji z “naszym premierem”, gdy od Lecha Wałęsy dowiedział się, że w grę wchodzi jego własna osoba. I odtąd sprawowanie władzy pokochał. Zaś pominięty wtedy Bronisław Geremek (został tylko szefem OKP) czuł się niezmiernie pokrzywdzony i sfrustrowany. Sam zaś Michnik podpowiadał koalicję szerszą jeszcze, z udziałem liberalnego nurtu PZPR, w tym Aleksandra Kwaśniewskiego i Włodzimierza Cimoszewicza. Nie wyjaśnia tylko, jaki sens miało kaptowanie do sojuszu rządowego polityka, co jak w czerwcu Kwaśniewski przegrał walkę o senacki mandat w rodzinnym okręgu koszalińskim z emerytowaną nauczycielką muzyki Gabrielą Cwojdzińską, wieloletnią i ofiarną działaczką Solidarności, wcześniej represjonowaną za przewożenie związkowego sztandaru. Wszystko to i tak szczegóły, glosy tylko i półtony. Po 37 latach interesują koneserów i zapewne magistrantów z najnowszej historii. Niestety to samo da się powiedzieć o reszcie zawartości książki Michnika. Co rodzi pytanie, czy warto wydawać osiem dych na cegłę prawie 600-stronicową dla paru anegdot, nawet błyskotliwych i bez brody.
Mag, co sekrety zachowuje dla siebie
Adam Michnik marnuje wielką szansę, by samemu ocenić mechanizmy, jakie wyniosły go do wyjątkowej roli w polskim życiu publicznym. Przecież nie staż więzienny w PRL o niej zdecydował, bo Leszek Moczulski za kratami spędził jeszcze więcej czasu. Nawet nie sukces “Gazety Wyborczej”, bo na ten zapracowali bardziej: w wymiarze biznesowym Helena Łuczywo, a w dziennikarskim Juliusz Rawicz. Niewiele zresztą mówi naczelny o tak wybitnych podwładnych jak Krzysztof Leski czy Edward Krzemień, choć z racji tak charyzmy jak zasług byli lub są tego warci.
Michnik, pomimo krótkiego czasu, kiedy formalnie się polityką zajmował – jako poseł w latach 1989-91 i w tym czasie współzałożyciel Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna – wywalczył sobie w niej wyjątkową pozycję. Wpływał na nią nieprzerwanie, w odróżnieniu od Donalda Tuska (poza parlamentem 1993-97) czy Jarosława Kaczyńskiego, którego wyborcy posłali na zasłużoną kwarantannę w tych samych latach, a jeszcze w kolejnej kadencji w Sejmie tylko statystował. Michnik co najwyżej przechodził przez kryzysy, jak w 2002 r. kiedy to ujawnił rozmowę z Lwem Rywinem, w której ten złożył mu korupcyjną propozycję, ale z ogłoszeniem jej treści czekał pół roku, co jak na naczelnego jedynej wtedy profesjonalnej gazety w kraju pozostaje faktem zdumiewającym. W rozmowie z Jarosławem Kurskim powtarza tylko, że nie chciał zaszkodzić przyjęciu Polski do Unii Europejskiej, co już wielokrotnie słyszeliśmy.
W oczywisty sposób rzutowały na politykę jego koncepcje, nawet nieudane (jak walka Mazowieckiego już o prezydenturę, nie premierostwo) albo jeśli spełnione to w krzywym zwierciadle, niczym idea sojuszu z umiarkowanymi postkomunistami, której śladem pozostaje objęcie z rekomendacji Donalda Tuska – założyciela opozycyjnej organizacji studentów w PRL, co zamiar ten ogłaszał w 1980 r. pod bramą strajkującej Stoczni Gdańskiej wraz z pisarzem Pawłem Huelle – funkcji marszałka Sejmu przez Włodzimierza Czarzastego, dawnego lidera socjalistycznego z kolei Zrzeszenia Studentów Polskich b. członka PZPR, ale i bohatera afery Rywina.
Aż się prosiło o opowieść w stylu: “Wywieranie wpływu na ludzi”, że posłużę się tytułem znanej książki psychologa Roberta Cialdiniego. Szkoda, że Michnik – choćby w imię miłości własnej – pokusie jej snucia nie uległ. Nie sprowokowały go ani pisane na kolanach biografie jak “Człowiek, który zredagował Polskę” Anny Nasalskiej i niewiele mądrzejsze cudzoziemskich autorów (jak Cyrila Bouyeure’a) ani liczniejsze jeszcze od hagiografii paszkwile, widzące w nim diabła wcielonego.
Ułatwia zadanie wykonawcom tym ostatnich, kiedy – jak w 1990 r. swoich oponentów nazywa świniami. Czy żyletkarzami, jak rzucił przy nas, młodych wtedy dziennikarzach, czasem jak ja z KPN-u się wywodzących a nie z KOR-u, po powrocie do redakcji z przegranego dla siebie posiedzenia Komitetu Obywatelskiego, kiedy to zręczny fortel wywodzącego się z Niezależnego Zrzeszenia Studentów 25-latka Andrzeja Anusza (za jego radą Lech Wałęsa zwołał posiedzenie dzień wcześniej, krzyżując plany rywali, zmierzających do stworzenia na gruzach “S” monopartii etosowej; dodajmy przy tym, że rodzina matki Anusza ratowała Żydów podczas wojny, płacąc za to najwyższą cenę) – pozbawił go władzy nad tym gremium. Lub, jak to czyni już ostatnio, pozwala przeciwników na łamach swojej gazety określać mianem “brunatnych”, co akurat w Polsce kojarzy się z powojennymi pomówieniami patriotów o faszyzm. Nie przystoi to przyrodniemu bratu ówczesnego sędziego.
Żywa inteligencja i zażyłość z wielkimi postaciami kultury jak Czesław Miłosz czy wcześniej jeszcze Antoni Słonimski, który go w trudnych czasach zatrudniał jako osobistego sekretarza – pozwalają jednak Adamowi Michnikowi budować wizerunek nie tylko rzecznika demokratycznych wartości, co bezsprzeczne, bo wynika z rzeczywistych zasług, ale i błyskotliwego intelektualisty. Nawet, jeśli najbardziej znana jego z książek “Z dziejów honoru w Polsce” składa się z cytatów. Wydane w 2. obiegu “wypisy więzienne”, jak brzmiał podtytuł, wprawiły w konfuzję krytyków z mediosfery “bibuły”, bo jak tu napisać, że coś, co za kratami powstało i stanowi owoc trudu i refleksji więźnia politycznego, da się określić mianem grafomanii raczej niż literatury. Z tym syndromem najlepiej radził sobie wtedy Rafał Grupiński, nieufny wobec środowiskowych autorytetów (“Dziedziniec strusich samic”), a przy tym również więzień polityczny w PRL. Michnik pisywał też jednak wtedy już książki ważne i udane, jak tom szkiców “Niezłomny z Londynu” czy “Takie czasy. Rzecz o kompromisie” – eseje, których tytuł okazał się wręcz symboliczny dla kursu, jaki wtedy formacja autora obrała.
Dlaczego mistrzynią ceremonii była Dobrosz-Oracz a nie Kublik
Znakiem czasu pozostaje, że dziennik którym kieruje autor i bohater “Adama, syna Ozjasza”, w relacji na trzeciej stronie kusi czytelników kabotyńskim tytułem “Dwóch byłych prezydentów na premierze książki o Michniku”, chociaż wiadomo doskonale, że dawni prezydenci, nie tylko jak w tym wypadku wedle starszeństwa Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, inni też, nie mają wiele do roboty, więc mnóstwo czasu. A dla inteligenta, do którego kiedyś “Wyborcza” się odwoływała, istotniejsze pozostaje bez wątpienia, że – co już ukryto w marnym tekście Wojciecha Szota, bo zdaniem profanów nawet na podtytuł nie zasługiwało – “fragmenty książki przeczytał Daniel Olbrychski. Legendarny aktor od lat przyjaźni się z naczelnym “Wyborczej” [3].
Znak czasu jeszcze wyrazistszy i świadczący o słabości, wbrew stereotypom jaka to elita, środowiska, które Michnik wokół “Gazety Wyborczej” stworzył – stanowi fakt, że promocję prowadziła Justyna Dobrosz-Oracz, dziennikarka charyzmatyczna i znakomita, ale w tym zamkniętym kręgu tylko “gościni”; pracowała tam dla telewizji internetowej w mrocznych czasach, gdy Kurski, ale nie Jarosław, lecz jego młodszy brat Jacek, zarządzał tą prawdziwą, aż do jego czasów zwaną publiczną, a gdy już nastały – już tylko “szczujnią”.
Dla fanów Michnika pozostaje pocieszające, że wciąż ma wokół siebie współpracowników, którzy instynktu samozachowawczego nie zatracili. I nie przyszło im do głowy powierzenie konferansjerki wspomnianej promocji Agnieszce Kublik zamiast Justynie Dobrosz-Oracz. Gdyby to był sitcom, a nie recenzja, w tym miejscu właśnie usłyszelibyście Państwo śmiech z offu.
Niedawno w księgarni Mariusza Szczygła – też dawnego podwładnego Michnika – przy Gałczyńskiego obserwowałem jak mężczyzna w średnim wieku i myślącej twarzy, wyglądający jak typowy polski inteligent czy jak kto woli przedstawiciel klasy średniej – wertował książkę Michnika i Kurskiego z pogłębiającym się wyrazem bezbrzeżnego zdumienia. Zapewne kartkując ją, ze zdziwieniem stwierdzał, że fragmenty, jakie odnajduje… wcale nie traktują o polityce. A przynajmniej nie o tej wielkiej.
Jak uprzedza nas jednak lojalnie sam tytuł – “Adam, syn Ozjasza” – musi to być historia rodzinna, skoro tak została nazwana. Nawet jeśli ojciec przedwojenny komunista Szechter i przyrodni brat morderca sądowy z czasów stalinowskich Stefan obchodzili dotychczas bardziej wrogów Michnika niż jego przyjaciół czy obserwatorów bezstronnych. Nużą przedłużające się dygresje tej rozmowy, omawiające meandry tożsamości polskiej i żydowskiej, zwłaszcza, że pozostawiają nas one z wiedzą niewiele większą, niż mieliśmy przedtem. Zaś jeśli chodzi o “anima naturaliter endeciana”, wolę o niej czytać u Miłosza niż Michnika, co zapewne państwa nie zdziwi. Natomiast wiarygodność naczelnego “Wyborczej” w tej kwestii osłabia dotkliwie lansowanie na jej łamach Romana Giertycha. Podobnie jak kiedyś wystawianie świadectw moralności obu generałom: Wojciechowi Jaruzelskiemu i Czesławowi Kiszczakowi. Michnik daje zresztą do zrozumienia, że zwłaszcza z tym drugim przesadził. On, dawny autor “Z dziejów honoru w Polsce”, dodajmy raz jeszcze…
Jak czerwoni wygrali, to kto winien
Mankamenty podobne nie zmienią wrażenia, że książka – ta z 2026 roku a nie z lat 80. – zawiera wiele ocen trafnych i błyskotliwych, jak choćby taki fragment dialogu: “[Jarosław Kurski:] (..) dzisiejsza “Solidarność” (..) – nacjonalistyczna, katolicka i pisowska – (..) wynaturzyła się dokładnie tak, jak partia komunistyczna. Opisywał to Milovan Dżilas w nowej klasie. To jest biurokracja, która zawłaszczyła symbol, a w drugiej kolejności majątek.
[Adam Michnik:] Zwłaszcza, że w tej dzisiejszej “Solidarności” nie ma miejsca dla Lecha Wałęsy, nie ma miejsca dla nikogo, kto stanowił o podziemiu “S”. Nie ma miejsca dla Bogdana Borusewicza, Zbigniewa Bujaka, Bogdana Lisa, Władka Frasyniuka, Zbyszka Janasa, Janka Rulewskiego” [4]. Stanowi to niezbity dowód, że współczesna Polska nie udała się nie tylko Wałęsie i Michnikowi oraz bohaterom w cytacie wymienionym ale 10 milionom dawnych członków Związku ani ich potomkom aż tak bardzo, jak czytamy o tym w publicystyce “GW” zwykle krzewiącej optymizm niczym po prozacu, z wyłączeniem tylko dekady pisowskich rządów, gdy krytycyzm wzrastał, jakby antydepresantów zabrakło w najbliższej aptece na Dolnym Mokotowie. Wykupili je zapewne do cna rozczarowani wyborcy PiS, gdy pojęli, co uczynili uprzednio przy urnach…
Podobnie jak parę dekad wcześniej zwolennicy postkomunistów o tym, czego narobili, przekonali się poniewczasie, zaś “solidaruchy” we własnym gronie winnych wtedy szukały, co Michnik oddaje znakomitym grepsem: “(..) Lech cały czas chciał utrzymać kontakt, telefonował do mnie czasem. Zadzwonił też, jak czerwoni wygrali wybory parlamentarne w 1993 roku (..). Telefon o ósmej rano. Jakiś znajomy głos w słuchawce, ale ja nierozbudzony, lekko zmarnowany. Nie kojarzę, z kim rozmawiam. Pada pytanie: “Adam, no i co ty o tym wszystkim myślisz?” “Co tu myśleć? – odpowiadam – Wałęsa jak zwykle wszystko spierdolił” [5].
Czasem nawet w narracji tej rozmowy anegdota wygrywa z ideologią, czasem z korzyścią dla szczerości bohatera, jak w historyjce z udziałem Bronisława Geremka. “Pamiętam jak przyjechałem do Amsterdamu, gdy odbierałem Nagrodę Erazma. Potem było spotkanie ze studentami. Jakaś studentka spytała Geremka o antysemityzm w Polsce. Odpowiedział: “Bądźmy poważni. Jestem ministrem spraw zagranicznych w Polsce. Jak w antysemickim kraju Żyd mógłby być ministrem?”” [6]. Na szczęście Michnik nie zapomina, że rozmowa powinna być i dostojna i barwna, bo inaczej znuży do końca. Za rzadko jednak taki impuls objawia.
Natomiast jego interlokutora i wieloletniego podwładnego Jarosława Kurskiego, żeby nauczył się zadawać pytania bardziej wnikliwe niż rytualne, posłać należałoby na przeszkolenie do Piotra Śmiłowicza, autora wydanego niedawno tomu udanych i wręcz pasjonujących rozmów z innym bohaterem antykomunistycznej opozycji, współtwórcą Ruchu Wolność i Pokój Jackiem Czaputowiczem. Inna rzecz, że tamci narrację urwali na 1989 roku, więc mieli łatwiej. Co nie zmienia postaci rzeczy, iż pamflety (jak “Wódz” o Wałęsie) udają się starszemu z braci Kurskich lepiej od wznoszonych ołtarzy. Jeśli dorzucić sarkazm, to Witem Stwoszem ten artysta nie jest, co widać.
Przy ocenach “Adama, syna Ozjasza” warto jednak pamiętać o rozróżnieniu podstawowym: tą książką Michnik robi prezent samemu sobie, a nie czytelnikom. Ma więc taki, jaki sam wymarzył i obstalował. A my w jego wizji pozostajemy wyłącznie statystami, nie po raz pierwszy zresztą, czyż nie tak ?
[1] Adam Michnik. Wasz prezydent, nasz premier. “Gazeta Wyborcza” z 3 lipca 1989
[2] Tadeusz Mazowiecki. Spiesz się powoli. “Tygodnik Solidarność” z 14 lipca 1989
[3] Wojciech Szot. Dwóch byłych prezydentów na premierze książki o Michniku. “Gazeta Wyborcza” z 28 września 2026
[4] Adam, syn Ozjasza. Adam Michnik w rozmowie z Jarosławem Kurskim. Agora, Warszawa 2026, s. 374-375
[5] Adam… op. cit, 386
[6] ibidem, s. 391