Czarny charakter polskiego życia publicznego, kojarzony z najgłośniejszą za rządów obecnej koalicji aferą, której oczywiście jednoosobowo nie wywołał, stał się nagle Dawidem K. Postawiono mu bowiem wreszcie zarzuty, co stanowi dobrą wiadomość. Gorzej, że przynajmniej w momencie kiedy te słowa piszę, wciąż pozostaje na wolności, co oznacza informację fatalną nie tylko dla potocznego pojmowania państwa prawa.
Kiedy bowiem o jego zarobkach w wysokości 1,6 mln zł, za fikcyjne w przeważającej mierze dyżury, zaczęło być głośno, Dawid K. skrzętnie wykasował wszystko, co do niego się w mediach odnosiło w mediach społecznościowych. To zaś jednoznacznie wskazuje na zamiar zacierania śladów i możliwość dalszych matactw. I stanowi oczywistą przesłankę do zastosowania aresztu tymczasowego, jeśli zważyć na wagę sprawy oraz wiążące się z nią zgorszenie publiczne, wynikające choćby z jego celebryckiego statusu: dłużej niż pracował jako lekarz, kierował bowiem młodzieżówką głównej partii rządzącej, ma zdjęcia z jej liderami.
Jeśli więc strawestować znaną formułę dawnego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, wymiar sprawiedliwości nie skorzystał z niepowtarzalnej okazji, żeby pokazać, że w Polsce prawo jest równe dla wszystkich.
A przecież nie tak dawno za kraty trafił bohater antykomunistycznej opozycji, dawny lider pacyfistycznego Ruchu Wolność i Pokój Piotr Niemczyk, bo nie wykonał wyroku sądowego skazującego go – za udział w demonstracji ulicznej radykalnego Ostatniego Pokolenia – na prace społeczne. Dopiero wobec rozlicznych protestów, polska Temida zreflektowała się i przestała się ośmieszać. Dzięki temu chodząca legenda najnowszej historii zamiast po celi kuśtykać (Niemczyk ma bowiem kłopoty z nogą) wreszcie na wolność wyszła.
Psychiatrzy diagnozują, wymiar sprawiedliwości umarza, a zwykli ludzie wiedzą swoje
Użyta tu metaforyka może się komuś wydać ostra i przejaskrawiona, ale do jeszcze bardziej bezpardonowych komentarzy skłania z kolei sprawa zabójcy portierki z Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszka R. Syn celebryckiego i znającego wszystkich, jak prości ludzie mówią, prawnika z Trójmiasta uznany został za niepoczytalnego, więc niezdolnego, by za swój czyn karnie odpowiedzieć. Nawet jeśli psychiatrzy są w tej sprawie podzieleni, opinia publiczna wie swoje. I jasno tłumaczy, czemu morderca z UW swoją bezkarność zawdzięcza. Komentarz drastyczny wprawdzie, ale zasłyszany od osoby z wykształceniem wyższym a nie podstawowym tylko, głosi, że gdyby Mieszko R. był wariatem, to raczej zamiast starszą panią uśmiercić siekierą, oblałby ją pewnie zupą ze studenckiej stołówki lub uczynił coś podobnie absurdalnego, zamiast okrutnego. Nawet jeśli jest to opinia bezduszna – to mniej niż sposób potraktowania sprawcy zabójstwa na campusie UW przez wymiar sprawiedliwości. W ten sposób odbiera sprawę szeroka opinia publiczna.
Nie chodzi oczywiście o to, żeby decyzje prokuratury i sądów podejmowane były pod bezpośrednią presją vox populi, wyrażaną w sondażach czy internetowych wpisach. Ale nie powinny otwarcie urągać powszechnemu poczuciu sprawiedliwości. Ani państwa polskiego ośmieszać. Jak poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys, orzeczone wobec Dawida K. co ponad osiem razy więcej przez rok tylko wyciągał. Z naszej przecież, podatnika kieszeni. Płacono mu za czas dyżurów, który spędzał niekiedy poza Warszawą albo nawet za granicą. Teraz paszport mu zatrzymano.
Kiedy Mieszko R. zamordował pracownicę Uniwersytetu Warszawskiego, zbiegiem okoliczności na terenie campusu przebywał ówczesny minister sprawiedliwości Adam Bodnar. Bez żadnego związku z tym strasznym wydarzeniem, uczestniczył po prostu w jednym z akademickich paneli. Kiedy jednak rozeszło się, co się stało, minister został w trybie błyskawicznym z terenu uczelni przez ochronę ewakuowany. Tak brzmi wersja oficjalna. Jeśli zdarzenie to określić po ludzku, Bodnar po prostu z campusu UW uciekł. Wolelibyśmy zapewne, żeby natychmiast udał się w miejsce krwawego zdarzenia i zajął się koordynowaniem akcji ratowniczej (oprócz zabitej portierki poszkodowany został inny pracownik uczelni), jak na ministra sprawiedliwości przystoi. Bodnar został już ze stanowiska odwołany, pozostaje senatorem, nadal będzie więc poprawiać uchwalane w Polsce prawo. Wywodzący się z Konfederacji Polski Niepodległej jego następca Waldemar Żurek zapewne okaże się odważniejszy, ale obecne działania jego podwładnych nie wskazują na rychłe przywrócenie za jego rządów powagi wymiaru sprawiedliwości w Polsce.
Szybki gambit albo… wina Tuska
Znaczna część dziennikarzy mediów głównego nurtu uznaje wcześniejsze narzekania, że prokuratura długo ociągała się z przesłuchaniem Dawida K. za chybione, skoro wreszcie to nastąpiło i dawnemu szefowi młodzieżówki Nowa Generacja zarzuty postawiono. W ten sposób nie zagada się sprawy. Zwykli ludzie wiedzą bowiem swoje i mają rację. Status świętej krowy, jakim cieszy się doktor bez specjalizacji, kontrastuje z wagą ustaleń w jego sprawie. Jeśli bowiem ordynował paracetamol pacjentce, która niedługo po tym dostała zawału (rzecz działa się w Mazowieckim Szpitalu Bródnowskim) – mamy do czynienia nie z krańcową bezczelnością tylko, lecz zagrożeniem dla nas wszystkich, jakie stwarza doktor bez specjalizacji wprawdzie, ale przekonany długo o swojej zupełnej nietykalności.
W innym szpitalu, nie Bródnowskim, tylko Południowym, Dawid K. od początku oznajmiał swojej nominalnej szefowej, prezes tej placówki Annie Łukasik, na czym polega jego rola. – Pilnuję szpitala w imieniu Rafała Trzaskowskiego – dowiedziała się pani prezes od podwładnego.
Widać już, że odwołanie dwóch zastępczyń Trzaskowskiego, kiedy afera w Szpitalu Południowym przedostała się do wiadomości publicznej – nie wystarczy. Nawet jeśli prezydent Warszawy uzna, że na własnej reputacji przesadnie mu nie zależy: o trzecią kadencję nie może się bowiem ubiegać, za sprawą ograniczenia przegłosowanego kiedyś przez pisowską większość i gwarantowanego pewnym w tej sprawie wetem Karola Nawrockiego. Zaś przeciw temu ostatniemu w wyborach na prezydenta kraju Trzaskowski zapewne nie wystartuje, skoro przegrał już na tym szczeblu głosowania dwa razy: rok temu z Nawrockim, sześć lat temu z Andrzejem Dudą. Opinia, jaką ma społeczeństwo o obecnym włodarzu stolicy nie stanowi jednak wyłącznie jego osobistego problemu. Rafał Trzaskowski pozostaje bowiem w rządzącej Polską Koalicji Obywatelskiej zastępcą Donalda Tuska.
Tusk, rekordzista jeśli chodzi o czas pełnienia funkcji premiera w odrodzonej polskiej demokracji, staż ten zawdzięcza w znacznej mierze wyczuciu, kiedy pozbyć się współpracowników, którzy jego karierze i wizerunkowi szkodzą. Wiemy, jak potraktował Zytę Gilowską – chociaż publicznie zwracała się do niego “Donald, bracie”, została odsunięta za zatrudnienie synowej w biurze poselskim. I karierę kontynuowała w mniej wymagającym, jeśli o przejrzystość chodzi Prawie i Sprawiedliwości. Pawła Piskorskiego pozbył się Tusk, gdy rozeszło się, że ten pierwszy zarabia na środkach z Unii Europejskiej (kupił 320 hektarów ziemi po PGR-ach, w celu skasowania dopłat za jej zalesianie) i nie pomogło mu, że poprzednio mu struktury partyjne zbudował. Grzegorz Schetyna został odsunięty po aferze hazardowej, chociaż nie udowodniono mu bezpośredniego w niej udziału, wystarczyło, że wśród sprawców znaleźli się politycy z jego regionu, których uprzednio promował.
Nawet jeśli Tusk, po latach spędzonych na zagranicznej posadzie, zatracił nieco refleks i nie jest już w takiej formie, jak wówczas, kiedy te gambity przeprowadzał, żeby kolejne partie wygrywać, niczym widzący parę ruchów naprzód szachista – jedno wydaje się całkiem pewne. Jeśli myśli poważnie o wygranych wyborach, a nie politycznej emigracji po zwycięstwie PiS – nie uda mu się od wyjaśnienia afery szpitalno-samorządowej (identyfikowanej z nowym układem warszawskim) uciec w sposób podobny, w jaki jego dawny nominat Bodnar ewakuował się z Uniwersytetu Warszawskiego w krytycznej nie tylko dla ministra sprawiedliwości chwili.