Chociaż partia Mateusza Morawieckiego (Rozwój Plus) jeszcze nie powstała, a były premier przynajmniej w chwili, gdy piszę te słowa, pozostaje wciąż w Prawie i Sprawiedliwości – ta wirtualna jeszcze formacja nie tylko wzbudza większe zainteresowanie niż siły już istniejące i działające, ale poparcie dla niej bada się w sondażach. Z tych pomiarów wynika – przy założeniu, że wynik rezultat wyborów za ponad rok okaże się podobny – iż to Morawiecki ze swoimi zdecyduje, kto od jesieni 2027 r. rządzić będzie Polską.
Tym samym oczekiwania Polaków spełniłyby się w krzywym zwierciadle, bo trudno Morawieckiego, co premierem za rządów PiS pozostawał przez sześć lat (dłużej jest nim tylko w sumie Donald Tusk) albo innych uczestników tej inicjatywy, wśród których wielu znajdujemy dawnych ministrów – uznać za nową ofertę na scenie publicznej.
Zaniechania innych kreują kolejnego lidera na prawicy
Jeśli więc obecny prezes Stowarzyszenia Rozwój Plus Mateusz Morawiecki pójdzie po swoje po raz kolejny, ale teraz pod własną flagą – winna będzie gnuśność potencjalnych konkurentów, którzy mieli szansę rzeczywiście nową jakość zbudować, ale tego trudu ani ryzyka nie podjęli.
Z kolei byłemu już ulubieńcowi Jarosława Kaczyńskiemu determinacji ani żądzy władzy nie brakuje. Z nie tak dawnych badań opinii wynika, że 32 proc Polaków z radością powita i gotowych jest poprzeć nową siłę polityczną, jaka wyłoni się przed wyborami w 2027 r. [1]. Morawiecki zna te sondażowe wyliczenia. Znawcom polityki może wydać się śmieszny jako promotor czegokolwiek, co nowe, ale mniej zorientowani uznają jego formację za “PiS w wersji soft”, pozbawioną gorszącej agresywności. Mniej antypatyczny niż Kaczyński, w odróżnieniu od prezesa odnoszący sukcesy poza polityką i znający świat, przekona też garstkę zawiedzionych praktyką rządów Koalicji 15 Października wyborców jej trzech ugrupowań. A w PiS znaczna część jej macierzystego “namiotu” i tak uznaje go od lat za “bankstera”.
Mateusz Morawiecki nie wzbudza obrzydzenia już na pierwszy rzut oka jak Jacek Kurski. Nostalgicznym zwolennikom PiS kojarzy się z niedawnymi dobrymi czasami. Inteligenckiego wyborcę nie mierzi jak Jacek Ozdoba ani Dariusz Matecki. I to wobec braku konkurencyjnych ofert może jemu i współpracownikom wystarczyć do samodzielnego przekroczenia progu wyborczego do Sejmu, wynoszącego pięć procent poparcia w skali kraju.
Pod warunkiem oczywiście, że obecny spór nie jest wyłącznie ustawką, starannie zaprogramowaną przy Nowogrodzkiej, gdzie mają swoje gabinety pisowscy liderzy.
Jeśli to spór pozorny, dalsze drogi mogą być dwie. W pierwszym wariancie Kaczyński i Morawiecki w trybie “last minute” pogodzą się za pięć dwunasta tuż przed wyborami, wyściskają serdecznie przed kamerami i do Sejmu pójdą z jedną listą. Oferty last minute mają zaś to do siebie, że zwykle zbyt starannie konsumenci ich nie badają. Bo przecież w ostatniej chwili i tanio…
Przy założeniu, że to konflikt fikcyjny tylko na użytek propagandy, PiS i Rozwój Plus mogą też iść osobno, w nadziei, że tym samym już po wyborach PiS zyska koalicjanta. Jednak paradoks polega na tym, że wcale rzecz tak się nie musi zakończyć. Morawiecki znalazłszy się w Sejmie pod własną flagą, może sojuszników szukać tam, gdzie chce, a nie gdzie ich widzi prezes.
Bo to Mateusz Morawiecki, nie prezes Kaczyński, zdecyduje, kto będzie Polską rządzić po wyborach w 2027 roku.
Z sondażu United Surveys wynika, że gdyby wybory odbyły się już teraz – wygrałaby je Koalicja Obywatelska z poparciem 29 proc z nas, przed Prawem i Sprawiedliwością mogącym liczyć na głosy 19 proc obywateli. Dobry wynik odnotowałyby obie Konfederacje: Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka (12 proc) oraz Korony Polskiej Grzegorza Brauna (11 proc).
Do Sejmu weszłyby jeszcze: Lewica Włodzimierza Czarzastego z ośmioprocentowym poparciem oraz właśnie nowa partia Morawieckiego wskazana przez 7 proc Polaków [2].
I to właśnie jej posłowie w liczbie 26 zdecydowaliby o tym, kto sformuje powyborczą większość niezbędną do rządzenia Polską.
Arytmetycznie szans na to nie ma nawet PiS z obiema Konfederacjami (w sumie 222 na 460 posłów) a tym bardziej KO z Lewicą (212 posłów).
Taki wynik oznaczałby nie tylko powrót Morawieckiego do wielkiej polityki, ale pewność sprawowania władzy. Bez jego partii, dużej czy małej, wyśmiewanej czy traktowanej poważnie – nie da się bowiem w tym scenariuszu rządzić Polską. Przy czym wcale nie jest z góry przesądzone, że Mateusz Morawiecki wybierze wtedy Jarosława Kaczyńskiego, co przed dziewięciu laty wskazał go na premiera, a nie Donalda Tuska, którego dużo wcześniej był doradcą.
Świat realny i wirtualny
To jednak jeden tylko ze scenariuszy. Na razie Morawiecki ma swoje pięć minut, wprawia w zaniepokojenie dotychczasowych protektorów własnej kariery. Jego nazwisko odmienia się we wszystkich przypadkach w serwisach informacyjnych i programach publicystycznych.
Z czasem jednak opinii publicznej może się znudzić ta cała opera mydlana. A wtedy operacja pod nazwą “Powrót Morawieckiego” podzielić może los wielu głośnych kiedyś, a chybionych koncepcji: od etosowej monopartii Solidarność począwszy na formacji prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego skończywszy. Kiedyś ich projekty elektryzowały komentatorów, teraz interesują co najwyżej studentów nauk politycznych, ale i im zdadzą się zaledwie na pracę roczną. Na licencjat już za skromne, o pracy dyplomowej nie ma nawet co mówić. Już wkrótce plan Morawieckiego nie tylko poznamy, ale zweryfikuje go krytycznie polska opinia publiczna. Sprawdzi się lub nie – w realu, nie wirtualnej rzeczywistości.
[1] sondaż SW Research listopad 2025
[2] United Surveys by Ibris z 16-17 lipca 2026 dla Wirtualnej Polski