Gwałtowne zamieszki we Francji, a wcześniej jeszcze w Hiszpanii, demokracjach dotychczas nie tylko sprawnie funkcjonujących, ale reprezentujących ludzką twarz kapitalizmu – skłaniają do niepokoju o przyszłość. Jeszcze groźniejsze okazują się wyniki wyborów landowych w Niemczech – w byłej NRD wygrywają neonaziści z AfD, zaś w samym Berlinie lewica postkomunistyczna. Jeżeli podobny rezultat przyniesie głosowanie do Bundestagu, a Marine Le Pen zostanie w przyszłym roku prezydentem Francji – Polska utraci sojuszników. Z naszego punktu widzenia problem stanowi nie to, że przyszli zwycięzcy są skrajni, tylko że proputinowscy.

Śmigłowce kołują nad ogarniętymi rewoltą dzielnicami Paryża, do których policja boi się wejść. Zniszczenia tam, w Marsylii, we Lyonie czy Limoges są powszechne i dotknęły również zabytki. Uczestnicy rewolty podpalali też biura turystyczne, jakby pamiętając, na czym ich ojczyzna (czasem tylko ta przybrana) zarabia. Nawet jeśli na ulicy przewodzą “buntownicy bez powodu” skłonni do walki z każdą władzą, fakt, że porwali za sobą innych, stanowi efekt wieloletnich zaniedbań: nikłych środków na edukację oraz otwartych drzwi dla imigrantów bez ich późniejszej integracji.

Jedni palą śmietniki, inni cudzą przyszłość 

Jednym z haseł protestujących stało się: “My palimy śmietniki, wy – naszą przyszłość”, adresowane do rządzących. Na tle tego, co wyprawiają zrewoltowani licealiści francuscy oraz mieszkańcy etnicznych podparyskich gett – nawet wyczyny zadymiarzy z Klubów Gazety Polskiej i Ruchu Obrony Granic przed siedzibą warszawską Trybunału Konstytucyjnego wydają się niewinne. Z pozoru jednak: nie zalicza się do nieszkodliwych figli odebranie interweniującemu policjantowi mundurowej czapki przez tych, co jeszcze niedawno głosili, że stają murem za polskim mundurem. Pojawiło się nawet nagranie – w tym wypadku pozostaje mieć nadzieję, że sfabrykowane – sceny odebrania broni innemu policjantowi. Wersji nie zdementowano na czas w przekonujący – czyli nie będący zaklinaniem tylko – sposób. 

W Hiszpanii, od śmierci generała Francisco Franco, czyli od bez mała półwiecza konsekwentnie i bezkrwawo demokratyzującej się i czerpiącej profity z kapitalizmu, który nastał tam po faszyzmie, zyskującej szacunek świata sukcesami tak gospodarczymi, jak odnoszonymi przez piłkarzy (Rodri) czy filmowców (Pedro Almodovar) – ruszyła również bezprzykładna fala protestów. Wywołana pogwałceniem dotychczasowych reguł gry, kiedy za sprawą pazerności deweloperów (milion hiszpańskich mieszkań znajduje się w rękach spekulantów) zaczęto stuletnie prawie staruszki usuwać z mieszkań, w których spędziły całe życie, a u jego schyłku zabrakło im na czynsz. Kapitalizm hiszpański, podobnie jak francuski,  wszedł w fazę kryzysu wcale nie dlatego, że był przesadnie prospołeczny, tylko w momencie, kiedy ten składnik ludzki zaniedbał.   Paradoksalnie nastąpiło to za rządów socjalistycznego premiera Pedro Sancheza. Z którym nie chce koalicji nawet populistyczna, ale też lewicowa partia Podemos. 

Witamy barbarzyńców czyli zemsta Niemieckiej Republiki Demokratycznej 

Nie wiadomo jeszcze, kto wygra wybory w Hiszpanii, przedterminowe, bo odbędą się pod koniec listopada, a przed nimi konserwatyści Alberta Nuneza Feijoo łączą siły z populistycznym Vox – natomiast w Niemczech, reprezentujących społeczną gospodarkę rynkową, powraca duch byłej NRD, którą wybitny eseista Timothy Garton Ash nazwał swego czasu “czerwonymi Prusami”. Najpierw nastąpiło to za sprawą Angeli Merkel, pierwszej z grona czołówki polityków niemieckich wywodzącej się ze wschodniej strony dawnego muru, kiedy przed dekadą swoimi niefortunnymi “Herzlich Wilkommen” i “damy radę” ściągnęła na Europę zalew współczesnych barbarzyńców: fałszywych uchodźców, nastawionych na pozyskiwanie rozbudowanego w zamożnych krajach “socjalu”. Dało to paliwo radykałom z prawej i lewej strony. Pierwsi chcieli ich zamykać i odsyłać do ojczyzn, drudzy – oddać im wszystko.

Teraz nagle okazuje się, że pozornie zintegrowani już z braćmi z zachodniej strony dawnego muru i zasieków “Ossi” głosują po swojemu: w landach byłej NRD na pobudzającą nazistowskie resentymenty Alternatywę dla Niemiec (AfD), w samym zaś Berlinie na niedbale tylko przemalowaną lewicę postkomunistyczną. Dotychczas  niemieckie partie głównego nurtu otaczały AfD niezawodnie szczelnym kordonem sanitarnym, jeśli na poziomie  Bundestagu nie uda się to po kolejnych wyborach, Polska mieć będzie problem również za zachodnią, a nie tylko północną i wschodnią granicą.

Ewentualna koalicja rządowa chadeków z CDU z neonazistami z AfD oznacza dla Polski powrót sojuszu rosyjsko-niemieckiego ponad naszymi głowami, widma Rapallo sprzed ponad stu lat (układ ludzie Włodzimierza Lenina zawarli tam z Republiką Weimarską w 1922 r.). Nie chodzi zresztą wcale o orientacje ideowe, skoro to dawny socjaldemokratyczny  kanclerz Gerhard Schroder był lobbystą Nord Streamu, gazociągu między obydwoma krajami, skutecznie w końcu wysadzonego przez Ukraińców.  Teraz zarabiający jako członek rady nadzorczej rosyjskiej sieci supermarketów Globus, Schroeder oficjalnie już popiera Władimira Putina, pomimo zbrodni jakie ten drugi popełnił w Ukrainie w trakcie wojny “pełnoskalowej”.   

Francja według Kremla, czyli pani Le Pen i komunista w drugiej turze

Wybory do Bundestagu czekają Niemców dopiero w 2029 r, zakładam korzystny dla nas i reszty świata poza Kremlem i Mińskiem Białoruskim wariant, że nie odbędą się przed terminem. Natomiast już w przyszłym roku Francuzi wskażą nowego prezydenta. Emmanuel Macron o trzecią kadencję ubiegać się nie może. W tej sytuacji całkiem realny pozostaje czarny scenariusz, w którym w drugiej turze walki o urząd głowy państwa francuskiego spotkają się Marine Le Pen ze Zjednoczenia Narodowego oraz 75-letni Jean-Luc Melenchon (Francja Niepokorna) reprezentujący skrajną lewicę, teraz to już nie fantazja, lecz wniosek z aktualnych badań opinii [1].

Oboje skłaniają się ku Putinowi, zresztą Zjednoczenie jeszcze jako Front Narodowy finansowane było we wcześniejszych kampaniach przez państwowe banki rosyjskie, a kto płaci, ten wymaga. Szyki obu prokremlowskim pretendentom pokrzyżować może umiarkowany kandydat Edouard Philippe mer Hawru z partii Horizons. Raz już tak się zdarzyło, że w pierwszej turze w 2002 r. ojciec Marine – Jean Marie Le Pen pokonał urzędującego wtedy socjalistycznego premiera Lionela Jospina, jednak w drugiej turze sam został poskromiony przez centroprawicowego Jacquesa Chiraca, przy którym skupiły się głosy zaniepokojonych perspektywą przejęcia władzy przez narodowców: była to sytuacja podobna, jaka miała miejsce dwanaście lat wcześniej u nas w Polsce, kiedy to “kandydat znikąd” Stanisław Tymiński niespodzianie w pierwszej turze wyeliminował sprawującego urząd premiera Tadeusza Mazowieckiego, ale w drugiej już przegrał z Lechem Wałęsą 26 proc do 74 proc. Wedle ekspertów Philippe ma szanse powtórzyć wyczyn Chiraca pod warunkiem, że umiejętnie zdystansuje się od niepopularnego teraz Macrona. Otwarcie go zaatakować nie może, ponieważ zawdzięcza mu karierę (trzy lata był u niego premierem, pryncypał pozbył się go, gdy adept stał się bardziej popularny od patrona). Oczywiście Francja leży na tyle daleko od nas, że stawka tamtejszych wyborów jest dla Polski inna niż przyszłych niemieckich. Nie grozi nam oskrzydlenie, natomiast realnie – utrata najbardziej stabilnego a przy tym kulturowo i historycznie bliskiego sojusznika.  Nie musi jednak ziścić się to, co najgorsze.     

Jak wygląda Brexit, jak Trump a jak Kaczyński

We Francji trwają teraz gwałtowne protesty, więc być może zaowocuje to odwróceniem się wyborców od radykałów prokremlowskich na rzecz polityków, zdolnych trwale zapewnić ład i porządek. Na razie jednak nie potrafi tego obecna władza, stąd szanse Zjednoczenia Narodowego i Niepokornej rosną.

W Niemczech natomiast narasta zobojętnienie na krzykliwy przekaz a nawet hajlowanie radykałów, co może owocować ich stopniową akceptacją, a dla Polski oznaczać wariant najgorszy w sferze geopolityki. Wszystkie wspomniane kraje, jeśli odwołać się do podziału z książki Michela Alberta “Kapitalizm kontra kapitalizm” reprezentują wrażliwy społecznie wariant ustrojowy, alternatywny dla liberalnego anglosaskiego. Jednak ci, którzy hołdują temu ostatniemu – kłopoty mają jeszcze gorsze.  Z pewną po części okrutną autoironią postrzegał to wybitny angielski pisarz Martin Amis:

“Moi amerykańscy krewni i znajomi mówią mi, że już nie mam prawa nazywać ich świrami. Nie po Brexicie. A jednak uważam, że mogę, w pewnej mierze. Bo, widzisz, w Zjednoczonym Królestwie nikt nie miał pojęcia, jak wygląda Brexit. A w USA każdy dobrze wiedział, jak wygląda [Donald] Trump” [3].

Podobnie każdy Polak wie, jak wygląda Jarosław Kaczyński, co nie przeszkodziło obozowi tego polityka trzy razy wygrywać wybory do Sejmu (2005, 2015, 2019) a jeszcze w 2023 r. odnotować po raz czwarty najlepszy wynik, który jednak okazał się wiktorią pyrrusową wyłącznie, bo koalicjantów zabrakło: cztery i osiem lat wcześniej nie byli nawet potrzebni.  Polacy nie pokochali z dnia na dzień zwolenników autorytarnej drogi na skróty, zrazili się natomiast do kolejno sprawujących władzę sił demokratycznych: te ostatnie nader często same się o to postarały, jak w wypadku podsłuchowej afery kelnerskiej, kiedy to politycy pragnący uchodzić za rozgarniętych (Radosław Sikorski czy Bartłomiej Sienkiewicz) nie tylko pletli bzdury ale dali się podejść jak dzieci i nagrać. Przy czym niezmiennie ok. 80 proc z nas uznaje demokrację za najlepszy system rządów: o tym, że ma przewagę nad innymi ustrojami, przekonanych było rok temu 77 proc z nas, chociaż tylko mniej niż połowa (48 proc) zadowolona była z jej funkcjonowania w Polsce [4].

Brytyjski komentator “Financial Times” Gideon Rachman za “nowy autorytaryzm” uznaje zdobywanie władzy metodą demokratyczną przez silnych ludzi, którzy nie zamierzają przestrzegać demokratycznych reguł poza tymi, które pozostają dla nich korzystne [5]. O ile postawienie w jednej linii Donalda Trumpa i Władimira Putina da się jeszcze uzasadnić, zwłaszcza po niedawno zawartym sojuszu gazowym ich obu, z którego Rosja sfinansuje dalszą wojnę w Ukrainie (to już nie nowe Rapallo, jak Nord Stream, tylko gospodarcza Jałta) – to polskiego odbiorcę zapewne rozśmieszy zaliczenie do kategorii “strongmanów” Jarosława Kaczyńskiego, zwłaszcza, że brak odwagi prezesa Prawa i Sprawiedliwości pozostaje przedmiotem niezliczonych anegdot, z najsłynniejszym, ale historycznie uzasadnionym rymem: “13 grudnia [1981] spałeś do południa”. O ile w Rosji nie ma demokracji, zaś USA zabrakło poważnej alternatywy dla Trumpa (Kamala Harris okazała się przed dwoma laty tak samo niewybieralna, jak później Rafał Trzaskowski u nas, choć w 2020 r. nie zawiódł Joe Biden podobnie jak potem nas Polaków) – to w Polsce 15 października 2023 r. a na Węgrzech wiosną obecnego roku, okazało się, że kartą wyborczą, jeśli tylko pomnoży się siły, da się odwrócić fatalną tendencję. Co nie dzieje się jednak… na wieki wieków amen. Jeśli demokraci zrozumieją to ostatnie, mają szansę uczynić tę tendencję trwałą, nawet jeśli obecnie niewiele symptomów to zapowiada.   

Nie da się długo bazować na oczekiwaniu od społeczeństwa wdzięczności za to, że uchroniło się je przed rządami PiS. Zwłaszcza, że sprawcami kolejnego, trzeciego już po 31 sierpnia 1980 r. i 4 czerwca 1989 r. demokratycznego cudu: z 15 października sprzed trzech lat, nie stali się politycy demokratyczni – partia Donalda Tuska w sensie arytmetycznym przegrała przecież z tą Kaczyńskiego – lecz zwyczajni ludzie, idący masowo, by zagłosować. Nie ci, co jedli ośmiorniczki w spelunce Sowy oraz pletli bzdury i świństwa o własnym kraju i kolegach z partii czy rządu, lecz ci, którym inni ludzie dobrej woli dowozili darmową pizzę, gdy stali w długiej nocnej kolejce do urn.  Rozumie to nawet pokonany wtedy Mateusz Morawiecki, skoro niedawno wybrał się z wizytą na wrocławskie Jagodno [6]. Pojąć to muszą również ówcześni zwycięzcy, bo bez tego nieuchronnie staną się tym razem przegranymi.   

[1] sondaż Toluna z 22-24 września 2026

[2] Michel Albert. Kapitalizm kontra kapitalizm. Signum, Kraków 1994

[3] Martin Amis. Opowieść wtajemniczonego. Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2021, s. 291, przeł. Katarzyna Karłowska

[4] CBOS, listopad 2025

[5] Gideon Rachman. Nowy autorytaryzm – polityka strachu. Wyd. Feeria JK, Łódź 2023  

[6] por. Tacy odważni byliście? Morawiecki na Jagodnie… Interia.pl z 7 sierpnia 2026 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here