Sentencjonalnie można powiedzieć, że Nagroda Nike po raz pierwszy okazała się godna swojej nazwy, skoro jej patronka to grecka bogini zwycięstwa. Nawet jeśli nie czuje się jednak zwycięzcą polski bohater “Nulla” Szczepana Twardocha, ani żaden z jego ukraińskich towarzyszy broni na froncie wojny z Rosją.
Gry słów można by użyć, że to nagroda za nic, bo przecież tyle dosłownie znaczy “Null”. Co w realu jednak świetnie da się odwrócić. Nagrodę Nike wreszcie przyznano książce, o której nie da się powiedzieć, że traktuje o niczym.
Żeby napisać o wojnie w Ukrainie, Szczepan Twardoch zarzucił pracę nad inną powieścią (“Waldkauz”), zawierającą już w założeniu jego ulubione klimaty: dziać się miała przed stuleciem na Śląsku i obfitować w utopce oraz inne stwory “fantasy”, choć dla autora nie tylko rzeczywiste, ale i oczywiste. Decyzja okazała się słuszna, bo “Null” to książka znakomita.
Idąc po nagrodę, Twardoch nie przyjął podtykanej mu naprędce małej ukraińskiej flagi. Słusznie, bo pozostaje przecież pisarzem polskim, czy jak sam podkreśla śląskim, co na jedno wychodzi, a nie ukraińskim. Zaś wśród bohaterów “Nulla” znajdują się – oprócz zabłąkanego na tę wojnę Polaka, który nie wiadomo czego, może śmierci tam szuka – znajdują się liczni Ukraińcy, zarówno herosi z frontu czy młoda dziewczyna Zuja, co nawet po przejściach w ruskiej niewoli radości życia nie traci, jak “uchylanci” świętujący w kijowskich restauracjach udany wykup od poboru. Dzielny żołnierz, narażający się, by ratować kolegów na pierwszej linii, ale i jego podła partnerka, próbująca go uśmiercić zaklęciami na odległość i przywodząca na myśl Horpynę z “Ogniem i mieczem”.
Nic na tej wojnie nie jest jasne ani proste. Jednak od początku wiadomo, kto stał się agresorem, a kto się broni. Kiedy podczas gali Nike wreszcie dopuszczono do głosu głównego bohatera, Twardoch próbował wytłumaczyć publiczności, że napisał powieść o walce, nie zaś taką, która do niej zagrzewa. Chociaż autor sam angażuje się w pomoc dla Ukrainy, jeździ tam i zebrał wśród ludzi dobrej woli u nas 3 miliony złotych na obronę wschodniego sąsiada. Front zna nie z opowiadań osób tam obecnych. Pierwsza linia frontu – to właśnie znaczenie tytułowego słowa “Null”.
Literatura sobie, życie literackie sobie
Nike dla “Nulla” stanowi nobilitację bardziej dla samej nagrody, mniej dla autora zwycięskiej powieści – Szczepana Twardocha. Prestiż tej pierwszej gwałtownie spadał, o czym świadczy ubiegłoroczne uhonorowanie “Wczoraj byłaś zła na zielono” Elizy Kąckiej, książki zacnej i traktującej o codziennym, a nie wojennym heroizmie zmagania się z odmiennością i niepełnosprawnością, ale z wielką literaturą mającej niewiele wspólnego. Natomiast Twardochowi najbardziej prestiżowa polska nagroda literacka należała się dużo wcześniej, choćby za znakomitą “Morfinę” czy celebryckiego “Króla”. Tegoroczny werdykt okazuje się więc bezsporny. Wreszcie najlepszy wygrał.
Z licznego grona członków jury Nagrody Nike, któremu przewodniczy dawny copywriter generała Czesława Kiszczaka Witold Bereś [1], cokolwiek mówią wyrobionej publiczności literackiej dwa tylko nazwiska: wnikliwego biografa Jarosława Iwaszkiewicza – Radosława Romaniuka, oraz obdarzonego poczuciem humoru i znającego się też na gospodarce (pisuje o giełdzie również) prozaika i felietonisty Zbigniewa Mentzela. Reszta to drobnica tylko, jeśli rzecz ująć najłagodniej. Gdyby w tym roku nagrodzili kolejny opasły szkic Anny Bikont o nieprawościach Polaków w historii najnowszej wobec ich współobywateli – bo i ten nominację do Nike uzyskał – przekroczyliby granicę śmieszności.
Na szczęście na stole leżał “Null” Szczepana Twardocha. Gdyby został teraz zignorowany, jedynym już, co odtąd dałoby się powiedzieć dobrego o Nagrodzie Nike byłoby, że pozostaje atrakcyjna finansowo (100 tys zł na rękę).
Zauważalny od wielu lat w Polsce staje się rozbrat między literaturą a życiem literackim. To drugie wydaje się nie mieć związków z realną twórczością. I karmi się po swojemu. Na pełne sale na spotkaniach autorskich liczyć mogą tylko znani i uznani. Pozostali – na miejscowego bibliotekarza, polonistkę oraz burmistrza, co z dobrej woli lub chęci wydania budżetu na kulturę wieczór autorski zorganizował. Charakterystyczne, że wielu poczytnych i cenionych pisarzy jak Waldemar Łysiak od dawna funkcjonuje poza obrębem oficjalnego życia literackiego. I w roli outsiderów radzi sobie znakomicie. Nazwisko Łysiaka zna każde piśmienne dziecko, a kto wie, kim jest ubiegłoroczna laureatka Nike Eliza Kącka?
Najwięcej książek sprzedaje (700 tys w 2025 r.) i najlepiej na nich zarabia (1,7 mln zł rocznie) autor thrillerów Remigiusz Mróz. Zaraz po nim twórca sagi o Wiedźminie Andrzej Sapkowski. Ale ten wielokrotnie więcej ma z inspirowanych nią gier, chociaż honorariów za nie musiał domagać się w żmudnych procesach sądowych. Mróz ma łatwiej jako doktor praw.
My, czytająca mniejszość
Co najmniej jedną książkę przeczytało w ub. r. 41 proc Polaków. Większość z nas żadnej.
Czytająca mniejszość, bo przecież tak rzec można, najchętniej sięgała po Remigiusza Mroza, Stephena Kinga i Henryka Sienkiewicza – w takiej właśnie kolejności według badań Biblioteki Narodowej [2].
Na tym tle dalece bardziej krzepiąca okazuje się sytuacja literatury z górnej półki. Jej Polska po przełomie ustrojowym zawdzięcza wszystkie Nagrody Nobla: dla nieżyjącej już poetki Wiesławy Szymborskiej oraz ostatnio dla powieściopisarki Olgi Tokarczuk. Dla porównania: ostatnią z dziedziny nauk ścisłych zdobyła dla nas 115 lat temu Maria Skłodowska-Curie.
Gdyby polityka państwa w sferze edukacji i kultury oraz budowania wspólnego wizerunku była rozumnie programowana, jak czyni się to we Francji czy Hiszpanii, z humanistycznych talentów Polaków wyciągnięto by wiążące wnioski, choćby w kierunku kształcenia następców obecnych laureatów. Tymczasem roztropniej edukowano humanistów w dobie późnej PRL (matura z historii zamiast matematyki) niż obecnie. Powszechnie słyszy się kpiny, że od sławetnej AWS-owskiej reformy Mirosława Handkego nie skrywa się już, że celem kształcenia jest dostarczanie kadr McDonaldom. Niestety, wypierają stamtąd rodzimych pracowników przybysze z kierunków coraz bardziej egzotycznych, jak Pakistan i Indie. Wymagania mają niższe, cieszy ich każde wynagrodzenie większe, niż w ojczyźnie.
Z górnej półki
Na szczęście nawet nagrodzony w tym roku Nike Szczepan Twardoch oraz niedawna noblistka Olga Tokarczuk, teraz pracująca nad epicką powieścią osnutą wokół wędrówki ludów i zasiedlenia Ziem Odzyskanych, nie wyczerpują listy aktywów współczesnej literatury polskiej. Liczą się: niezmiennie Krzysztof Beśka, ostatnio po serii powieści o zakorzenieniu i wykorzenieniu, związanych z migracjami “za pracą”, eksperymentujący z formatem ambitnego thrillera historycznego (“Ambasador”) czy Jakub Żulczyk, nawet jeśli ewolucja tego ostatniego skłania do refleksji. Po ambitnych wczesnych powieściach, takich jak “Instytut”, pisuje coraz bardziej popularne i ekranizowane (“Ślepnąc od świateł”), co sam uzasadniał znużeniem spotkaniami z czytelnikami, na które przychodzi po parę osób wraz z panią bibliotekarką jako ich gospodynią: ostatnio dał nam politycznego “Kandydata”, którego wymowę osłabia fakt, że kampania 2025 r. a konkretnie perypetie zwycięzcy – Karola Nawrockiego, zwłaszcza wątek kibolskich ustawek i hotelowych grzechów, okazały się w realu dalece ciekawsze niż wymyślone intrygi w przygotowanej zawczasu powieści.
Żyjemy więc w warunkach politycznego thrillera, a wygrywa ten, kto najprędzej zdał sobie z tego sprawę: taki wysnuć można wniosek z sekwencji wydarzeń roku ubiegłego.
Dziś jednak zwycięzcą okazuje się Szczepan Twardoch, rocznik 1979. Chociaż była już mowa o tym, że jego pisarstwo najmniej tej nagrody potrzebuje. Proza Twardocha wyszła z kryzysu po kompletnie nieudanym i nie do końca wiadomo o czym traktującym “Chołodzie” (kogo z nas obchodzą syberyjskie losy skomunizowanego weterana Kriegsmarine, nawet jeśli ze Śląska się on wywodzi…) i banalnym dramacie “Byk”, czego znamieniem była już poprzedzająca “Null”, sprawnie napisana i pasjonująca powieść “Powiedzmy, że Piontek”.
Znajdujemy tam wątek górnika, który zamiast oddać pazernym dzieciom oszczędności składane w euro (na Śląsku nie ciuła się w złotówkach) – postanawia zrealizować chłopięce marzenie, pod wpływem rejsu “Opty” Leonida Teligi, ale szaleńcem nie jest, więc zamiast świat opływać, ogranicza się do pobliskiego zalewu, który tyle razy okrąży, ile trzeba, by dawnemu idolowi nastolatka dorównać.
Najbardziej przejmująca pozostaje jednak inna scena, kiedy to wcześniej jeszcze, zanim w tę podróż życia wyruszy, nasz bohater budzi się o czwartej rano, żeby wypić kawę, wypalić papierosa ukrywanego przed ślubną wraz z zapalniczką w ogrodowym krasnalu, wsiąść do rzęchowatego samochodu i zaraz ze wstydem zawrócić. Bo przecież nie ma już dokąd, ani po co jechać. Znajduje się na emeryturze, a kopalnię, gdzie przepracował kilkadziesiąt lat, dawno zamknięto.
W tle jest jeszcze wojna w Namibii, brutalna i kolonialna toczona tam przez Niemcy jeszcze kajzerowskie, co logiczne, skoro Ślązacy – przodkowie Piontka – służyli tam za mięso armatnie. A także przyszła nasza już polska wojna – z Rosją i Białorusią równocześnie, bo tylko Twardoch, nasz niezawodny mag, wszystko to umie połączyć w jedną całość.
Nad liczbą wojen w tej prozie pochylić się warto, skoro Twardoch, kiedy wreszcie go do głosu dopuszczono, w trakcie gali Nike podkreślał, że zanim pojechał na tę w Ukrainie, wiele wojen już opisywał. To trochę jak z rewolucjami Ryszarda Kapuścińskiego, niedościgłego reportażysty.
Spróbujmy więc wyliczyć wszystkie wojny Szczepana Twardocha: polsko-krzyżacka z “Wiecznego Grunwaldu”, ale i druga światowa, ważna też w “Królu” choć w jego futurystycznym planie, wszechobecna za to już w dziejącym się w ruinach getta “Królestwie”. Ta XIX-wieczna z Namibii w “Powiedzmy, że Piontek”, podobnie jak opisana tam wschodnia, która dopiero nas czeka. I jeszcze I wojna światowa najlepiej oddana w “Drachu”. Rosyjsko-ukraińska w “Nullu”. Niewykluczone, że coś przeoczyliśmy.
Między Iliadą a wojną pełnoskalową
Pokazujący wyraziście okrucieństwo wojny “Null” nie jest książką pacyfistyczną w tym sensie, w jakim było nią “Na zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remerque’a czy “Ogień” Henri Barbusse’a dotyczące I wojny światowej albo “Nadzy i martwi” Normana Mailera już o tej drugiej, na Pacyfiku. Nieuchronność faktu, że ludzie walczą ze sobą zbrojnie, odkąd świat istnieje, oddaje dobór motta: fragmenty “Iliady” Homera, pierwszej wielkiej wojennej opowieści. Przywołanie starogreckiego eposu w tej roli to decyzja wspólna dla naszego autora i przed laty Oriany Fallaci jako twórczyni powieści – nie reportażu, choć z nich zasłynęła – “Inszallah” o wojnie domowej w Libanie z lat 80.
Naprowadza nas sam Twardoch, zdający sobie sprawę, że nie pierwszy o wojnie pisze, skutecznie na własne inspiracje. Oddajmy więc głos jego bohaterom:
“- Ja dumał, co ten Robert Jordan z tej książki ja ty.
Uśmiechasz się. To nawet miłe porównanie. Zagraniczny ochotnik, wojna, szlachetna sprawa w tej wojnie. Zabawne.
– Wiesz, jaka jest różnica? – pyta podstępnie Jagoda.
– Mów.
– On tam coś robił ważnego, da? Wysadzał most, bo ci tam republikanie gotowali nastup i on musiał wysadzić mosty, że by faszyści nie przeszli.
– A my siedzim w gnoju i czekajem, kiedy będzie który z nas triochsotyj, a który dwochsotyj” [3].
Tytułowy “Ładunek 200” oznaczający poległego – poznaliśmy za sprawą filmu Aleksieja Bałabanowa, dziejącego się w znanym z George’a Orwella roku 1984, ale pod Ługańskiem, mniej więcej tam, gdzie walczą bohaterowie “Nulla”. Wtedy, w radzieckich jeszcze czasach, wspomniane ładunki z trupami przylatują z Afganistanu, gdzie ZSRR właśnie wówczas przegrywa okrutną wojnę interwencyjną, co przyczyni się do rozpadu imperium. Katastrofy geopolitycznej, jak to określi Władimir Putin, zanim w imię odbudowy domeny kolejną wojnę – z Ukrainą – wywoła. Zaś “300” to jak z kontekstu wynika, kryptonim oznaczający rannego.
Towarzysze broni i zaplecze frontu
Nie wydaje się wcale naiwne, że ukraiński druh naszego polskiego rycerza-gościa tak dobrze pamięta powieść Ernesta Hemingwaya “Komu bije dzwon”, że Konia, zabłąkanego na wojnę na wschodzie Polaka, a przynajmniej taką ksywę nosi on w jej okopach – z tamtym z kolei bohaterem z wojny hiszpańskiej porównuje. Na front poszła przecież nie tylko gromada z poboru, ale i patriotycznie nastawiona i oczytana nie wyłącznie w rodzimej literaturze kijowska klasa średnia. Zresztą Twardoch mistrzem słowa i fabuły pozostaje tak przednim, że i bez podobnych zastrzeżeń gotowi jesteśmy uwierzyć, że w okopach wojny pełnoskalowej rzeczywiście gada się o Hemingwayu.
Pamiętamy też motto tamtej z kolei, genialnej powieści amerykańskiego autora, wywodzące się z poezji metafizycznej Johna Donne’a, Anglika z XVII wieku: “Żaden człowiek nie jest samotną wyspą (..). Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Dlatego nigdy nie pytaj, komu bije dzwon, bije on tobie” (“Medytacja XVII”).
Chociaż po wojnie hiszpańskiej, którą opisywał przyszły amerykański noblista nastała jeszcze bardziej brutalna druga światowa – słowa te miarą humanizmu pozostają. Nawet jeśli w dzisiejszej Polsce “wspólnota” staje się słowem wyświechtanym i nadużywanym przez podwórkowej klasy polityków, niezdolnych nawet wejść do parlamentu, bo nikt ich nie chce do niego wybrać. Nie do nich jednak Twardoch, odporny na pokusy życia publicznego, swój przekaz adresuje. Tylko do tych, co są go zdolni zrozumieć.
Oswajamy się stopniowo z cudacznymi nieco bohaterami, i z frontowym wolapikiem nie tylko dialogów ale i narracji, na który składają się: słownictwo techniczne, dotyczące broni i wyposażenia, zwłaszcza dronów, bo to głównie ich wojna; frazy polskie, rosyjskie i ukraińskie, wreszcie przekleństwa całkiem już międzynarodowe, a ściślej dla każdego Słowianina zrozumiałe. Wreszcie – z wisielczym poczuciem humoru. Pułkownik, bohater wojenny, w trakcie urlopu wraca do domu w Odessie pod dobrą datą. I w zaciemnionym na wypadek ataków rakiet mieście on, który na froncie wyszedł z każdej opresji, że aż uchodził za nieśmiertelnego – nadzieje się ze skutkiem śmiertelnym na wystający ostry fragment rozbitej irańskim dronem typu Szached wiaty zwykłego przystanku autobusowego. Co bohaterowie opowiedzą jak anegdotę oczywiście. Tak umierają nieśmiertelni.
Nawet po 24 lutego 2022 r. i w Ukrainie nie wszystko jednak da się do wojny sprowadzić. Nie może być inaczej, skoro już wcześniej:
“Tacy ludzie jak Szczur po 2014 do perfekcji opanowali sztukę udawania, że żadnej wojny nie ma, i gdy ostatni raz byłeś w Kijowie, to okazało się, że po dwóch latach pełnomasztabnej Kijów znowu pełen jest ludzi, którzy sztukę tę udoskonalili i praktykują nawet dziś, mimo alarmów i godziny komendanckiej. Większość wojskowych nie życzy im najlepiej, ale ty ich rozumiesz, Koniu, rozumiesz, dlaczego wolą tak udawać.
Nie da się żyć, nie udając. Wy też udajecie. Na przykład ty, Koniu, udajesz przed sobą, że twoja obecność tutaj, na lewym brzegu [Dniepru – przyp. ŁP] ma jakieś znaczenie” [4].
Chorobą zawodową wojownika staje się postrzeganie życia cywilnego jako zaplecza frontu, ale to pierwsze ma swoje prawa i potrafi się o nie upomnieć.
Ten tok myślenia przywodzi na myśl napisany w trakcie innego i wcześniejszego niż uwieczniony przez Hemingwaya konfliktu domowego w Hiszpanii “Pokój wśród wojny” Miguela de Unamuno (powieść z 1897 r.), prekursora współczesnego egzystencjalizmu. Nie ma jednak filozofii, która współczesnej wojnie podoła. Również narrator “Nulla”, nie wszechwiedzący przecież, bo nigdy nie dowiemy się, co zagnało człowieka zwanego Koniem na front ukraiński (zarówno dziadek z UPA – nie z wermachtu, jak fakt, że sobie w kraju nagrabił, skoro najbliżsi nie chcą go znać, to poszlaki zbyt wątłe) – nie sugeruje nam, żeby było inaczej. Za to pozwala poddać się wizji. Niezwykłej i godnej wielkich tradycji naszej literatury.
Muzy nie milczą
– To nie jest powieść napisana w jakiejkolwiek sprawie, ona nie ma tezy, o nic nie walczy. Napisałem ją po to, żeby mówić prawdę, bo po to jest literatura – tłumaczył Szczepan Twardoch w trakcie niedzielnej gali nagrody w Bibliotece Uniwersyteckiej [5].
Pal diabli Nike, to nie jej ośmiorgu selekcjonerom zawdzięczamy odkrycie, że na kanwie zdarzeń oglądanych w codziennych przekazach telewizyjnych i sieciowych powstała rzecz nadzwyczajna i istotna. O starożytnym motcie była już mowa. Jednak wbrew wiedzy starożytnych, muzy podczas wojny nie milczą, o czym “Null” zaświadcza.
Nie wiem, czy za pół wieku znawcy będą wykładać z akademickich katedr, że polski pisarz Szczepan Twardoch w latach wojny w Ukrainie uratował honor europejskiej literatury, ale wcale nie wydaje się wykluczone, że w taki właśnie sposób w naszej wspólnej kulturze “Null” się zapisze.
[1] por. Witold Bereś, Jerzy Skoczylas. Gen. Kiszczak mówi prawie wszystko. BGW, Warszawa 1991
[2] Barbara Maria Morawiec. Stan czytelnictwa się ustabilizował. 41 proc Polaków czyta książki. Lustro Biblioteki lustrobiblioteki.pl z 7-04-2026
[3] Szczepan Twardoch. Null. Wyd. Marginesy, Warszawa 2025, s. 128
[4] ibidem, s. 37
[5] cyt. wg: “Null” Szczepana Twardocha z Nagrodą Literacką “Nike” 2026, pap.pl z 4 października 2026