Stany Zjednoczone nie po raz pierwszy porzucają swoich sojuszników, wystarczy przypomnieć niesławną rejteradę z Afganistanu, gdy z Białego Domu odchodził po pierwszej kadencji Donald Trump, a wprowadzał się tam Joe Biden: oznaczała wyrok na tamtejszych demokratów i oddanie kraju talibom. Tym razem jednak podjęta we wtorek nad ranem czasu tak kijowskiego jak warszawskiego przez prezydenta USA decyzja wstrzymania amerykańskiej pomocy dla Ukrainy bije w nas bezpośrednio. Spośród dwóch naszych najlepszych aliantów jeden właśnie zostawia drugiego na pastwę nie tyle losu, co pancernych zagonów Władimira Putina.
Skoro pomoc wojskową USA w nagłym trybie wstrzymały, nie wiemy nawet, kto osłaniać będzie port lotniczy w Jasionce pod Rzeszowem pełniący rolę “hubu” zagranicznego wsparcia dla Ukrainy. To dotkliwe dla nas konkretne następstwo sposobu w jaki Donald Trump postąpił nie tylko z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim, lecz z całym narodem ukraińskim, zwykle podzielonym kulturowo i językowo, a po raz pierwszy zjednoczonym w solidarnym sprzeciwie wobec bezprzykładnej brutalności rosyjskiej agresji. Do altruizmu i zrozumiałego współczucia wobec Ukraińców dołącza się zrozumiały niepokój o przyszłe bezpieczeństwo Polski i to wcale nie w odległej perspektywie możliwych jego zagrożeń. Dla zawodowych polityków w Polsce ten drugi czynnik okazuje się ważniejszy, bo przecież samotnie losów wojny za wschodnią granicą nie odmienimy a odpowiedzialności za polskie granice nikt z nas nie zdejmie. Zaś kłopot, jaki mamy z USA, naszym najlepszym wedle deklaracji sojusznikiem, będzie narastał.
Problem, jaki ma Polska z Ameryką za rządów Donalda Trumpa polega nie na tym, że nie jest nam ona w stanie zagwarantować bezpieczeństwa, lecz że nie wydaje się tym zainteresowana.
Sojusznik, któremu nikt już nie uwierzy
Trudno też poważnie teraz traktować jakiekolwiek sojusznicze zobowiązania Stanów Zjednoczonych w tym dosłowne ich podejście do respektowania Artykułu Piątego Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązującego wszystkie państwa NATO do solidarnej obrony wzajemnej w razie ataku na którekolwiek spośród nich. Jego aktualność dwa razy na polskiej ziemi potwierdzał poprzedni prezydent Joe Biden już po rozpoczęciu przez Kreml pełnoskalowej agresji na Ukrainę przed trzema laty. Nawet jeżeli dokładnie to samo powie Donald Trump – nikt mu nie uwierzy.
Wprawdzie Ukraina nie należy do Sojuszu Atlantyckiego, ale zobowiązania wobec niej poczynione – już zostały przez prezydenta USA Donalda Trumpa złamane. Ukraina, która dysponowała w 1991 r. trzecim światowym arsenałem nuklearnym, pozostałym w spadku po ZSRR (1800 głowic i 176 rakiet międzykontynentalnym) dobrowolnie zrzekła się go za gwarancje udzielone przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Rosję zresztą też, dla utrzymania jej niepodległości i całości granic. Zawarte zostały w Memorandum Budapeszteńskim sygnowanym 5 grudnia 1994 r. przez jej prezydenta Leonida Kuczmę, prezydentów Billa Clintona i Borysa Jelcyna oraz premiera Johna Majora. Likwidacja potencjału atomowego nastąpiła do czerwca 1996 r. Tymczasem już poprzez zajęcie Krymu i w wojnie lokalnej od Donbas od 2014 r. Rosja gwarancje bezpieczeństwa Ukrainy pogwałciła a zachodnie mocarstwa ich nie respektowały. Nie jest więc tak, że USA nie mają zobowiązań wobec państwa, rządzonego teraz przez Wołodymyra Zełenskiego.
Wbrew własnej retoryce Donald Trump morduje szanse na pokój w Europie Wschodniej. To rodzaj skrytobójstwa. Wobec Ukrainy zaś – strzał w plecy i zza węgła.
Polski sojusznik musi wyciągnąć z tego oczywisty wniosek, że na amerykańskich sprzymierzeńców nie ma już do liczyć.
Nie chodzi o kategorie moralne w polityce, których Trump i jego ekipa są zaprzeczeniem. Zamiast stanąć na czele koalicji wolnego świata republikański prezydent woli być aliantem Władimira Putina, w wielu państwach słusznie ściganego przez prawo międzynarodowe za zbrodnie wojenne popełnione przez jego armię i służby na Ukrainie. Rzymski gest Elona Muska nie wziął się znikąd. Podobnie jak nie tylko z ignorancji – w wypadku wiceprezydenta USA doprawdy szokującej – wynika stanowisko D. H. Vance’a zarzucające demokratycznym władzom niepodległej Polski naruszenie wolności mediów przy odbijaniu telewizji państwowej z rąk autorytarnego PiS. Po raz pierwszy od czasów jałtańskiego dyktatu Franklina Delano Roosevelta, a niechlubną 80. rocznicę tej konferencji dopiero co obchodziliśmy, Ameryka tyleż z cynizmem co zapewne ze szkodą dla siebie na dłuższą metę – dołącza do “imperium zła” jako partner dyktowanego przez nie nowego globalnego układu sił. Pewne wydaje się jedno: we Władimirze Putinie prezydent Trump nie znajdzie szczerego alianta w rozgrywce przeciwko Chinom Xi Jinpinga. Ale to jego problem. Naszym staje się szukanie pewniejszych sojuszników i nowych gwarancji.
Europa zamiast Atlantyku
NATO, Sojusz Atlantycki nie przestaje istnieć, chociaż pora zacząć sobie wyobrazić, jak będzie ten pakt wyglądać bez udziału Amerykanów. Zarówno kraje europejskie (z wyłączeniem niewielkich na szczęście i pozbawionych militarnego znaczenia Węgier i Słowacji) jak Kanada, stanowią wciąż dla nas naturalny sojuszniczy układ odniesienia. Swoje zadania w tym względzie podjąć musi Unia Europejska, w której Polska właśnie sprawuje prezydencję. Jednak żadni partnerzy międzynarodowi nie odbudują za nas przemysłu obronnego. Nie rozwiną ponownie w Polsce systemu obrony cywilnej, który za nieudolnych pisowskich rządów, co graniczyło z sabotażem, nie znajdował nawet podstaw prawnych, bo ważność starej ustawy wygasła, a nowej nie uchwalono. Dziś jest już ustawa, ważne, żeby była również obrona cywilna.
Niezbędne – i sojusze wraz z ich sprawdzalnością nie mają tu nic do rzeczy – okazuje się odpowiednie przestrojenie służby zdrowia i systemów ratowniczych z uwzględnieniem doświadczeń niedawnego czasu pandemii. Zwłaszcza, że możemy realnie oszacować skalę możliwej mobilizacji społecznej: nie tylko w dobie COVID-19 ale i w pierwszych tygodniach wojny w Ukrainie. Poradziliśmy sobie z największą w Europie wędrówką ludów od zakończenia Ii wojny światowej. Powszechnym wysiłkiem udzielaliśmy spontanicznej pomocy wielomilionowej gromadzie uchodźców.
Zawiodły przy tym zawodowe organizacje charytatywne z jednym może tylko chlubnym wyjątkiem Caritasu. Symbolem tej bezradności stały się absurdalne plakaty “Cześć, dziewczyny” (dzieło Kulczyk Foundation), którymi profesjonalni dobroczyńcy witali szukające u nas ratunku ukraińskie babcie z wnuczkami: za pieniądze marnowane na wynajęcie powierzchni gazetowych na nie przeznaczonych dałoby się konkretnie pomóc tysiącom osób. Za to skuteczne działania podjęły odradzające się w dniach humanitarnego wyzwania wspólnoty sąsiedzkie, rówieśnicze, parafialne czy zawodowe a także na masową skalę samorządowcy. To rzeczywisty kapitał, którego nie doceniano. Wart dalszego wspierania. Podobnie zresztą działo się w czasach powodzi.
Rządzących przestrzec wypada przed podejmowaniem decyzji wyłącznie propagandowych, które obronności kraju nie wzmocnią: zwłaszcza przed powrotem do powszechnej i obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Armia zawodowa stanowić powinna trwałą zdobycz polskiej demokracji. Z niesławnych czasów PRL pamiętamy “falę” w wojsku, skutkującą tam większą liczbą ofiar śmiertelnych niż nagminne wtedy wypadki na poligonach. Janusz Korwin-Mikke słusznie przed kilkudziesięciu laty zauważał, że podatnik nie powinien finansować zabawy w dziadków i koty w koszarach. Zaś niedawno marszałek Mazowsza, największego w Polsce regionu, Adam Struzik w trakcie spotkania z samorządowcami niezależnymi zwrócił uwagę, że tak jak z niewolnika nie ma pracownika – tak żołnierza tym bardziej. Zresztą gdy wróg stanie u bram – i tak mobilizację powszechną trzeba będzie ogłosić. Ważne, by przedtem zrobić wszystko i to nie na niwie propagandy, by podobnie krańcowej sytuacji uniknąć.
Za to zadaniem najpilniejszym, o czym była już tu zdawkowo mowa, pozostaje odbudowanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, pozwalającego na uniezależnienie armii od dostaw obcego sprzętu i uzbrojenia, co również stanowi miernik suwerenności kraju. Konkretne pomysły w tej materii zgłasza od dawna Paweł Soroka. Podobną potrzebę dostrzegają na razie na poziomie werbalnym niektórzy kandydaci na prezydenta (bez konkretów Rafał Trzaskowski) ale warto przekuć ją w precyzyjne zamierzenie, którego raczej nie głowa państwa stanie się wykonawcą, bardziej aktualna ekipa rządząca.
Trump bierze na siebie odpowiedzialność za dalsze ofiary wojny na Ukrainie. Na sumienie Amerykanów reszta świata nie ma co liczyć, zresztą od ponad półwiecza obciążają je potworności wojny wietnamskiej, z którymi rozliczyły się kino i literatura adresowane do elit tylko, ale nie powszechna świadomość społeczna. Obojętność na los Buczy paradoksalnie wynikać może z chęci zamazania prawdy o masakrze w My Lai. Nietrudno sobie wyobrazić, że przebudzenie w Stanach Zjednoczonych nastąpi na skalę szerszą niż tylko nowojorskich i kalifornijskich salonów. Niewykluczony może się z czasem okazać impeachment Donalda Trumpa, zwłaszcza, że poniekąd dopuścił się zdrady stanu, a nie tylko sojusznika z Ukrainy. Skoro jednak Amerykanie takiego prezydenta sobie wybrali, liczenie na zwrot społeczny, jaki tam nastąpi w kierunku empatii i samoobrony wolnego świata wydaje się równie realne, co rachuby pokładane w ewentualnym przejęciu przez demokratów rosyjskich władzy po Putinie. Niewątpliwie istnieją i pozostają godni podziwu, ale szanse na to mają nie większą niż za rządów Leonida Breżniewa.
Podobnie naiwnością okazuje się entuzjazm dla kolejnych deklaracji przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen wybranej głosami także pisowskiego rządu, o czym warto pamiętać. Nie jest wcale charyzmatyczną przywódczynią Zjednoczonej Europy, trawionej dziś kryzysem i rozmaitymi tendencjami odśrodkowymi, lecz tylko prostą kierowniczką brukselskiej biurokracji. Wynik wyborów w jej ojczystym kraju, Niemczech, wzbudza najgłębsze zaniepokojenie z powodu poparcia ponad jednej piątej społeczeństwa dla krańcowej AfD, chociaż zapewne rządzić będą tam demokraci, podobnie jak w Austrii, gdzie partia nazistowskich sentymentów niedawno wybory wygrała. Obawy wzbudza sytuacja w Rumunii, gdzie pochopnie, jak się wydaje, wybory unieważniono, bo właśnie ich druga tura dawałą szansę powstrzymania wysiłkiem społecznym prokremlowskiego kandydata na prezydenta Calina Georgescu. Po anulowaniu i w powtórce – może wygrać na zgubę nas wszystkich.
Jedyne, co wydaje się pocieszające w tej wyliczance rozmaitych zagrożeń dla demokracji i suwerenności w państwach europejskich – to świadomość, że przyszły los kontynentu rozstrzyga się i wykuwa w naszej jego części, co po raz pierwszy okazuje się tak oczywiste od czasów upadku muru berlińskiego i zjednoczenia Niemiec.
Dziś to nie Bałkany ani nielegalna imigracja z południa skupiają na sobie nie tylko niepokój ale i zainteresowanie Europejczyków. Nasza flanka decyduje o przyszłości nie tylko Wspólnoty ale całego wolnego świata. Naiwnością i nieudolnością byłoby tego wszystkiego nie wykorzystać. Zwłaszcza, że zwykle w historii skarżyliśmy się na pecha, a teraz uśmiech losu przyczynił się do tego, że w tak przełomowym momencie właśnie my prezydencję Zjednoczonej Europy sprawujemy. Nie jest to oczywiście rola przywódcza, raczej sekretarska, pozwala jednak na postawienie na wspólnym forum i uporządkowanie najważniejszych spraw, które z naszym bezpieczeństwem się wiążą. Żadną miarą nie zwalnia nas to oczywiście z suwerennych działań na własnym terenie. Pilnych i niezbędnych.