Dawny szef młodzieżówki KO, 28-letni Dawid Kacprzyk, kierujący SOR w warszawskim Szpitalu Południowym nie tylko zarobił 1,6 mln zł rocznie i dorobił Porsche Panamera. A przy tym dyżurował po kilkadziesiąt godzin bez przerwy. Tyle, że w czasie w którym te dyżury, jak z dokumentacji wynika, pełnił – pojawiał się w telewizji, pełnił obowiązki radnego a nawet… głosował w wyborach. Przede wszystkim jednak działacz rządzącej tak stolicą jak krajem, a także Ursynowem gdzie lokuje się szpital, Koalicji Obywatelskiej – zamienił tam oddział ratunkowy w przychodnię dla VIP-ów, gdzie partyjnych kolegów, bardziej niż on rozpoznawalnych, obsługiwano bez kolejki. Podobnie jak innych jego znajomych.
O Dawidzie Kacprzyku już czyta w internecie niemal 20 milionów Polaków. Stanie się zapewne za rządów Koalicji 15 Października podobnym symbolem pazerności i arogancji władzy jakim w Polsce czasów Prawa i Sprawiedliwości pozostawał Bartłomiej Misiewicz, urzędnik Ministerstwa Obrony Narodowej w czasie, gdy resortem tym kierował Antoni Macierewicz.
O aferę Kacprzyka pyta polityków na sejmowych korytarzach już nawet zwykle prorządowa telewizja TVN. Kompromitacji nie da się bowiem ukryć. Zwłaszcza, że prywata okazuje się szczególnie gorsząca, gdy dotyka branży dla Polaków strategicznej: obronności w aferze Misiewicza a teraz ochrony zdrowia w wypadku Kacprzyka. Lecznictwo w Polsce boryka się z brakiem środków na wiele istotnych zabiegów, tym bardziej więc bulwersuje marnotrawienie ich na opłacanie fikcyjnych działań – jak dyżur wbrew zasadom i prawu pełniony zdalnie (dotyczy sytuacji, gdy Kacprzyk fizycznie znajdował się w innym miejscu niż szpital) lub przynajmniej niedbale (gdy w jego trakcie surfował sobie w sieci).
Nie da się natomiast zwekslować całej afery na kwestię płac lekarzy. Co nie znaczy, że siatka ich uposażeń prezentuje się idealnie i cieszy się aprobatą opinii publicznej.
To jednak inny problem. Kacprzyk dopuścił się nadużyć tak bulwersujących i czuł się przy tym bezkarny nie dlatego, że jest medykiem (zresztą pełne prawo wykonywania zawodu ma dopiero od niespełna dwóch lat) tylko, że działał w przeświadczeniu, że może sobie pozwolić na wszystko, bo ochroni go partia rządząca, której aparatu stał się częścią.
To patologia władzy. A nie ochrony zdrowia, co nie oznacza oczywiście, że ta ostatnia sfera pozostaje zupełnie od niej wolna.
Nie dajmy się wrobić w sławetnie populistyczne pisowskie: “Pokaż lekarzu, co masz w garażu” Ludwika Dorna. Medycy, w zdecydowanej większości uczciwi, ratowali nas przed najgorszym w niedawnej pandemii. Polscy lekarze nie z racji wynagrodzeń przecież cieszą się zasłużenie wysokim prestiżem o dobrą opinią w świecie. O naszych znakomitych kardiologach kręcono nawet filmy i to takie, na które do kina ludzie szli w obecnych czasach, które raczej tej rozrywce nie sprzyjają. Za to o politykach w Polsce nie da się żadnej z tych dobrych rzeczy powiedzieć.
Problemem głównym pozostaje poczucie bezkarności. Z niego wyrasta patologiczny przypadek Kacprzyka.
Gdyby doktor Dawid Kacprzyk pozostawał bezpartyjnym lekarzem, a nie jedną z twarzy młodzieżówki partii rządzącej (oglądamy właśnie jego zdjęcia z Janem Grabcem, ministrem szefem kancelarii premiera Donalda Tuska) – nie mógłby liczyć, że podobne praktyki, jakich się dopuszczał, ujdą mu płazem. A znaczna część złowrogiej opowieści o jego nieprawościach (zamiana SOR psim swędem w darmową przychodnię “wipowską” dla ludzi władzy) – w ogóle nie mogłaby bez jego poukładania z rządzącymi zaistnieć.
Partia rządząca musi więc zabrać się najpierw do uzdrawiania samej siebie. A służby zdrowia dopiero potem. Lekarze zwykle sobie radzą z własnymi obowiązkami. O politykach nie da się powiedzieć tego samego.