“Kandydat”, polityka i my

0
166

O najnowszej powieści Jakuba Żulczyka

Żadna polska powieść ostatnich lat nie miała równie natrętnej promocji. “Kandydat” Jakuba Żulczyka ukazał się tuż przed wyborami prezydenckimi [1]. “Gazeta Wyborcza” poświęciła wtedy na wywiad z autorem dwie strony papierowego wydania [2]. Na podobny marketing nie miały co liczyć nawet powieści wybitne lepszych bez wątpienia pisarzy: “Empuzjon” literackiej noblistki Olgi Tokarczuk napisany w lwiej części przed wojną w Ukrainie ale w wizjonerski sposób przewidujący jej wybuch i eskalację poprzez nawiązanie do “Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna i roku 1914. Ani doskonały, w całości już ukraińskiej wojnie poświęcony “Null” Szczepana Twardocha, odwołujący się z kolei do “Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya.

Chociaż Żulczyk przy obojgu wymienionych autorach prezentuje się raczej niczym kopacz ekstraklasowego Zagłębia Lubin na tle Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego, fala recenzji jego reklamowanego nie jako ponadczasowe wprawdzie, bo to już zatrącałoby o śmieszność, ale nader aktualne dzieła przetoczyła się przez media, obnażając zarazem niemożność pojmowania przez recenzentów, czym w istocie ono jest, co dziwi tym bardziej, że “Kandydat” to nie rzecz dla górnego tysiąca, lecz produkt jak najbardziej masowy. Doradzałbym jednak ostrożność przed zestawianiem Żulczyka, chociaż nawet go lubię, tylko z tego względu ze Stefanem Żeromskim, który przed stuleciem, po publikacji “Przedwiośnia” i prześledzeniu refleksów prasowych na jego temat, oznajmił z goryczą: “nie zrozumiano mojej przypowieści” [3]. Francuzi mówią w takim wypadku: comparaison n’est pas raison, porównanie nie ma racji bytu. Chyba, że uznamy, iż jakie czasy, takie “Przedwiośnie”. 

Z wywiadu Żulczyka dla “Gazety Wyborczej” wynika niezbicie, że autorowi poczytnych thrillerów Remigiuszowi Mrozowi zazdrości nie tyle wartkiego pióra i niezliczonych konceptów, co trzydziestu milionów (w złotych, nie euro), które w sumie zarobił na wszystkich swoich książkach. Co przesądza poniekąd, że autor “Kandydata” powodowany podobnymi emocjami nie dorówna – czy jeśli o stan konta chodzi czy prestiż – nawet rzeczonemu Mrozowi, nie mówiąc już o niedoścignionym mistrzu thrillera w tym także politycznego Johnie Grishamie, co rocznie, a nie przez całe życie  zarabia nie 30 lecz 78 milionów i to nie w złotych, czego się możemy domyślić, lecz dolarów amerykańskich.

Ale nie rozstrzyga o tym, że Żulczyk wiele nie potrafi, zwłaszcza, że pierwsze jego książki były całkiem odkrywcze, a nie tylko poprawnie napisane, o czym będzie jeszcze mowa. Wtedy zresztą nasz literat przeszedł swego rodzaju czyściec a na pewno traumę, kiedy to jedynymi uczestniczkami jego spotkań autorskich okazywały się, nic im nie ujmując, panie z biblioteki… która je organizowała. Sam zresztą teraz utrzymuje, że woli pograć w playstation, niż przesiadywać w “Amatorskiej” czy innych kawiarniach, gdzie schodzą się literaci.             

Jakub Żulczyk pisać umie ale woli być celebrytą

Jakub Żulczyk woli być celebrytą niż cenionym poważnym pisarzem. To świadomy wybór. Dlatego najpierw nazwał debilem prezydenta Andrzeja Dudę – wtedy jeszcze nie ustępującego – za co ścigali go pisowscy prokuratorzy (co oczywiście skończyło się umorzeniem), a teraz w wywiadach oznajmia, że gotów jest go przeprosić. Zresztą wcale tego nie robi. Najnowsza powieść “Kandydat” świadczy o tym, że Żulczyk nie tylko całkiem skutecznie bawi nas, choć historia to smutna i trup w niej się ściele, ale też sam się zabawia się naszymi wyobrażeniami o polityce. Nieważne, że sam się na niej zupełnie nie zna (czego dowodzi nie tylko timing opisanego w książce wieczoru wyborczego, pokazujący, że autor nigdy w niczym podobnym nie brał udziału). Buduje sukces na przeświadczeniu, że my jeszcze mniej o niej wiemy.

Żulczykowi przyznać trzeba, że z własnego wyboru celebrytą będąc, różni się zasadniczo od tych, co są znani wyłącznie z tego, że są znani. O ile bowiem Tomasz Lis do momentu swojego zasłużonego upadku żurnalistą był wyjątkowo marnym, bo efekciarskim, a jego karierę napędzała uległość wobec możnych tego świata – to Żulczyk okazuje się co najmniej poprawnym literackim rzemieślnikiem. Nie twórcą na miarę Olgi Tokarczuk czy Szczepana Twardocha, ale zdania składać umie i narrację budować potrafi. Podobnie jak skupić uwagę na sobie i własnym dziele. Porównanie, bo Żulczyk uprawia wagonową wprawdzie literaturę a nie grafomanię, z też pisującymi o polityce Krzysztofem Vargą czy Andrzejem Horubałą stałoby się dla autora “Kandydata” obraźliwe.. Także z tego powodu, że na przeciwnych biegunach tamci służą wiernie swoim panom a Żulczyk potrafi nawet z tych, co go lansują, mocno zakpić: przykładem w “Kandydacie” postać Jąkały, naczelnego wielkiej gazety, może wiecie już państwo o kogo chodzi, który wcale nie staje się tam bohaterem pozytywnym. Warto jednak przestrzec przed odgadywaniem tożsamości postaci, zwłaszcza jeśli do tego refleksja nad powieścią Żulczyka miałaby się ograniczyć. Znajomość pierwowzorów bohaterów “Wesela” Stanisława Wyspiańskiego nie przybliża wcale do zrozumienia dramatu.    

Nazwisko Lisa padło tu nieprzypadkowo, bo zapewne większość czytelników będzie przekonana, że to na nim wzorowana jest kluczowa dla narracji “Kandydata” postać lumpen-żurnalisty Reportera, powyrzucanego ze wszystkich możliwych redakcji za krzywdzenie kobiet. Kreatura ta próbuje powrócić do gry za sprawą dzierżonego w trzęsącej się ręce i umieszczonego w niechlujnej teczce “kompromatu”, którego publikacja odwrócić może wynik wyborów prezydenckich. 

Jednak to iluzja, bo na postać reportera, odrażającą tak jak czytelnik wyobraża sobie styk mediów i polityki – złożył się zapewne również tragiczny los Kamila Durczoka, dziennikarza o bez porównania większym od Lisa talencie i lepszych od niego manierach (o co zresztą nietrudno). I pewnie paru innych jeszcze ludzi mediów, co źle skończyli.

Uwaga, to wcale nie jest o Dudzie ani o Lisie

Wszystko to zawodne, bo “Kandydat” – wiedzmy z góry o tym, że sprawny pisarski rzemieślnik Żulczyk igra konwencjami wręcz perfekcyjnie – nie jest wcale powieścią z kluczem. Podobnie jak “Miazga” Jerzego Andrzejewskiego sprzed ponad czterdziestu lat opowiadająca o inteligencji a nie politykach. Obaj autorzy pozostawili maluczkim przyjemność deszyfracji postaci. Czytelnikom wnikliwym dali zaś możliwość prześledzenia mechanizmów świata, jaki opisują. Skorzystajmy więc z niej. Ponad pozorami, jakie zręcznie, czasem dowcipnie – chociaż rzecz ma cechy czarnego kryminału – stwarza autor.

Ubiegający się o reelekcję Prezydent głosuje w dniu wyborów w rodzinnym Krakowie. Towarzyszy mu Pierwsza Dama.

“Postawił krzyżyk przy swoim nazwisku.

Odwrócił się w jej stronę. Popatrzyła na niego. Wzięła długopis, przysunęła kartkę w jego stronę. Postawiła krzyżyk przy nazwisku Tego Drugiego i złożyła kartkę wpół. Nie patrzyła na niego, w pełni świadoma, że jej się przygląda.

– No cóż, demokracja – powiedział cicho (..).

Gdy się podniósł, nachyliła się do niego.

– Jest lepszym kandydatem. Będzie lepszym prezydentem niż ty. Każdy byłby lepszym prezydentem niż ty”  [4].

Recenzencka dokładność nakazuje odnotować, że skojarzenie tytułowego bohatera “Kandydata” z obrażonym swego czasu przez jego autora Dudą okazuje się tyleż uprawnione co zawodne. W tym dualizmie nie ma sprzeczności. Kandydat z powieści Żulczyka ubiega się wprawdzie o reelekcję, ale nie w warunkach pandemii, jak Duda. I nie w dziesięć lecz dwanaście lat po katastrofie smoleńskiej. Co prawda pochodzi z dobrej rodziny z Krakowa, ma władczą żonę, którą przed chwilą i w tej skromnej recenzji poznaliśmy, oraz prezesa, dla którego, jak doskonale wie, nawet w wypadku reelekcji nie stanie się równorzędnym partnerem – ale cała reszta opowieści nie ma już ścisłego związku z “realem”. Jak pamiętamy, ponowny wybór Dudy dokonał się bez dramatycznych okoliczności, bo trudno za takie uznać nieudaną próbę zorganizowania przez pisowskie władze wyborów kopertowych za pośrednictwem Poczty Polskiej a tym bardziej podmienienie nieudanej kandydatki Koalicji Obywatelskiej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego. Tymczasem “Kandydat” Żulczyka właśnie o dramatycznych okolicznościach nam opowiada. I z nich swoją intrygę wysnuwa.

Jeśli jednak odbiorca, który więcej  czasu spędza przed telewizorem na oglądaniu 24-godzinnych stacji niż na czytaniu książek, więc nie zna pisarskich chwytów, za to politykę, jeśli użyć jego własnego języka – czuje, że kuma – uzna “Kandydata” za opartą na faktach opowieść o tym, jak Lis rozpracował Dudę i co z tego wynikło – nie jest w stanie mu temu zabronić nie tylko recenzent, również z dyplomem krytyka literackiego, jak piszący te słowa, ale nawet sam autor Żulczyk. Mamy przecież demokrację. O niej i jej przegięciach – użyjmy znów wyrażenia z arsenału stałych użytkowników 24-godzinnych stacji – powieść “Kandydat” opowiada. Przestrzegałem zawczasu, że autor świetnie się bawi nie tylko swoimi bohaterami. Stereotypami, żywionymi przez czytelników również.

Żulczyk jako Patryk Vega literatury polskiej

Jakub Żulczyk nie staje się demaskatorem polskiej polityki. Podobnie Patryk Vega kręcąc “Bad boya” nie oskarżał kiboli – jak wcześniej dziennikarz śledczy Szymon Jadczak – tylko ich środowisko portretował i wyzyskał zainteresowanie dominującymi w nim patologiami, uprzednio ujawnionymi przez innych. Obaj bazują na typowości. Na tym, co już znamy z telewizji, sieci i gazet. Nie odkrywają Ameryki. Polski za zamkniętymi drzwiami zresztą również nie. 

Opowieść Żulczyka pozostaje oczywiście oryginalna, ale nietrudno odnaleźć w tym political fiction echa czy wręcz kalki autentycznych zdarzeń, takich jak śmierć byłej minister Barbary Blidy na skutek wkroczenia służb specjalnych do jej domu za pierwszych rządów PiS. Ale też chwyty bardziej literackie, jak wędrówka Reportera, przedłużająca się peregrynacja po redaktorach, zdolnych, chociaż niekoniecznie skłonnych jego materiał nie tyle wydrukować – jest przecież wyborcza niedziela, dzień potencjalnej reelekcji tytułowego Kandydata – co wpuścić do obiegu publicznego, w elektronicznej formie. Co jak przeczuwamy,  musi nastąpić. Sprawnie budowana jest narracja, w trzeciej osobie, ale rozpisana na naprzemienną prezentację perypetii dwóch osób, co do których wiemy, że jak z logiki zdarzeń wynika nieuchronnie muszą się spotkać.

Jakub Żulczyk pisał kiedyś powieści ambitne, jak mroczny i kameralny, a oparty na znakomitym koncepcie “Instytut” czy niezmiernie oryginalne “Radio Armageddon”. Potem zarabiał jako scenarzysta serialu “Belfer”, dla polskiego inteligenta zapewne całkiem niedorzecznej opowieści o nauczycielu rozwiązującym kryminalne zagadki, gromadzącej jednak masowo przed telewizorami gospodynie domowe i ściągającej reklamy, co warunkuje powodzenie komercyjne. Wreszcie nadszedł czas “Ślepnąc od świateł”. W tej powieści całkiem bezskutecznie próbował nas zainteresować perypetiami bohatera, bo co nas obchodzi jakiś handlarz narkotyków, nawet jeśli jeździ Audi a dragów dostarcza eliotom. Bossowie mediów zrobili jednak z tego kolejny serial i tak Żulczyk porażkę literacką przekuł w sukces finansowy.

Autor gustom schlebia, ale po cichu je wyśmiewa

Świat “Kandydata” nie okazuje czarno-biały i za to wypada Żulczyka pochwalić. Dla postaci z kręgu pisowskiego – nazwy partii oczywiście się w narracji nie doszukamy, bo to nie reportaż – żywi czasem rodzaj współczucia. Z kolei dawna partnerka Reportera, chociaż na szybie mieszkania ma znak błyskawicy, symbol antypisowskich demokracji ulicznych – nie tyle sprawia wrażenie nadpobudliwej i całkiem pogubionej, co pozostaje taka rzeczywiście. Zaś jej aktualny mężczyzna zapowiada, że w razie kłopotów nie zamierza dzwonić “na psy” (czyli na policję), tylko co najwyżej skrzyknie chłopaków: jak się domyślamy dresiarzy z osiedla. Żulczyk więc, chociaż przez poprzedni reżim po sądach ciągany, nie da się ponieść emocjom i krytycyzm wobec stereotypów zachowuje.  

Gdy nasz literat nazwał Dudę debilem, za co pisowcy podali go do sądu, internauci komentowali, że to z tego powodu, iż “Żulczyk zdradził tajemnicę państwową” [5]. Czy Państwa to oburza, bo na Dudę głosowało jednak 11 mln obywateli polskich, czy zachwyca, bo całkiem bezwolny, niczym swego miejsca w historii nie zaznaczył, choć urząd sprawował całe dwie kadencje – przyznacie Państwo, że niełatwo z tego także powodu pisać poważnie o Żulczyku. Chociaż podobno dał nam nie burleskę, lecz thriller polityczny. Chyba, że nie doceniamy liczby poziomów, na jakich kpi z nas autor “Kandydata”.              

Zwolennicy demokracji to w “Kandydacie” tylko “fajnopolacy w drogich autach w leasingu”, broniący jej politycy też podobnie jak kompanioni tytułowej postaci parają się aferami i podejrzanymi dealami, skuteczniej nawet, bo bez zbędnej ostentacji [6]. 

I tylko: “Reporter był głupi, bo zakładał, że każdy jest trochę dobry.

– Oczywiście jesteś na tyle inteligentny, by zrozumieć, że nikt nie uwierzy ci w prawdę – rzucił na koniec Prokurator” [7].

Żulczyk jednak – w tym momencie mam już na myśli samego twórcę, a nie jego umiarkowanie zdystansowanego do opisywanego świata narratora – wpada jednak w swego rodzaju pułapkę. Jedną z dwóch, co jak się wydaje, decydują o porażce jego zamierzenia. O drugiej, dalece poważniejszej, za chwilę.

Zupełny brak bohatera pozytywnego, w sytuacji, gdy najwięcej z jego cech ma jeden z prezydenckich ochroniarzy, ale to jednak epizodyczna postać, chociaż w toku rozwoju akcji obarczona podwójnym poczuciem winy na skalę całkiem starogrecką, co stanowi też dowód, iż Żulczyk nie tylko do targetu połykaczy thrillerów się zwraca – otóż ten właśnie sposób zarysowania postaci sprawia, że nie za bardzo jesteśmy w stanie przejąć się kolejami ich losu. Co osłabia naszą uwagę. Kto lubi zagadki, kupi sobie “Szaradzistę” a nie kilkusetstronicową książkę za sześćdziesiąt złotych. Pisarz miał z tym problem już w “Ślepnąc od świateł” o czym była też tu mowa.       

Mimo wszelkich mankamentów, to jednak ciekawa historia. Można drwić z niskiego mniemania, jakie ma Żulczyk o gustach czytelników a także ich wiedzy o świecie nie tylko politycznym. Ale warto pamiętać, że wcale nie dla zawodowych polityków, dziennikarzy ani nawet funkcjonariuszy służb specjalnych Żulczyk “Kandydata” napisał. Oni pozostają wyłącznie szwarccharakterami jego opowieści. Innych być może ona zachwyci. Zwłaszcza, jeśli poczują się dopuszczeni do tajemnicy, a Żulczyk wyraźnie gra na ten efekt. Zapewne nie bez racji. Nie ma co więc zżymać się w stylu znanym z “Ferdydurke”  Witolda Gombrowicza, którego to autora polityk i wicepremier Roman Giertych, teraźniejszy obrońca demokracji, przed kilkunastu laty próbował skreślić z listy lektur szkolnych: jak to zachwyca, skoro nie zachwyca. Vox populi, vox Dei…   

Na razie przynajmniej w księgarni Czytelnika przy Wiejskiej, blisko Sejmu i dwa kroki od siedziby partii rządzącej, “Kandydat”, ta opasła niczym pisowski żurnalista po ośmiu latach sprawowania władzy przez macierzystą formację powieść, sprzedaje się znakomicie. Jak świeże bułki, chociaż zapewne sam Żulczyk skrzywiłby się na wyświechtane porównanie, pomimo, że sam jako stylista pozostaje bardziej majstrem niż mistrzem, a na pewno nie odkrywcą. Widać więc, że ludzie, którzy z polityki żyją, bardzo lubią czytać o sobie samych. A Państwo nie, chciałoby się spytać? Sam przyznam, że trzymam do dziś w domu egzemplarz marksistowsko-leninowskiej wprawdzie wtedy, ale liberalnej i chętnie czytywanej przez inteligencję “Polityki”, która w ponurym zresztą poza tym, nie tylko dlatego, że Orwellowskim roku 1984, w reportażu o olimpijczykach z Liceum Batorego nie tylko skomplementowała moją z kolei inteligencję, ale nawet porównała ją do szwajcarskiego zegarka. Odłóżmy jednak żarty na bok…

Pisarz jak generałowie, co wciąż stare bitwy rozgrywają

Od tego, co znajdujemy na kartach “Kandydata” – a są tam dwa pistolety: jeden współczesny resortowy, przeznaczony do podrzucenia, drugi zaś dawny milicyjny jeszcze, przy czym oba jak u Antoniego Czechowa, skoro się pojawią, zostaną użyte; jest tam również mnóstwo intryg, afer czy gier – ważniejsze okazuje się to, czego na jego stronicach zabrakło.

Chociaż bowiem Żulczyk jest z tego samego rocznika co Karol Nawrocki (1983), a dotychczas nie pisał o aniołach, raczej o przenikaniu marginesu do elit (“Ślepnąc od świateł”), co powinno mu ułatwić zrozumienie jego szturmującego władzę kręgu  – nic z tego. 

Nie ma tam kibolskich ustawek z udziałem kandydata, przejęcia mieszkania kosztem staruszka o powikłanym życiu, ani wizyty w Moskwie, podczas której nie wiadomo, co się działo, bo nie pozostały po niej materialne ślady, chociaż była to oficjalna delegacja. To dowód, że rzeczywistość dalece przerosła wyobraźnię autora. Bo nieprawości bohaterów “Kandydata” wiążą się bardziej z ich obyczajowym niepohamowaniem  i krzywdzeniem ludzi z pomocą specsłużb i nadgorliwych urzędników, by wyrównać z wrogami rachunki lub zatuszować własne błędy. Jednak gangsterzy w powieściowym świecie nie bratają się z politykami. Demoralizacja tych ostatnich ma inny niż w realu, łagodniejszy – jeśli już zło stopniować – format. Jakby autorowi nie starczyło imaginacji do opisu zdeprawowania rodzimej polityki. A to już zarzut nader poważny, jeśli nie wręcz dyskwalifikujący jego wysiłki. Trudno więc podzielać optymizm samego Żulczyka, który z góry zakłada, że “to chyba będzie czytana, przeżywana i hejtowana książka”, co dla niego sukces uosabia [8]. “Żulczyk zastrzega, że to fikcja o pustce władzy” – dowiadujemy się z “Rzeczpospolitej” [9]. Jednak gdy odpowiedź na pustkę polityki stanowi podobna pustka zamierzenia artystycznego nawet w konwencji literatury wagonowej, to chociaż Polacy wciąż wiele podróżują a 41 proc z nich przynajmniej jedną książkę rocznie czyta – sukcesu to wcale nie wróży a wina wydaje się leżeć po stronie pisarza.    

O generałach mawia się czasem, że na manewrach wciąż rozgrywają poprzednie wojny, zamiast podkomendnych skutecznie przygotować na wypadek wybuchu następnej.

Podobnie Jakub Żulczyk perfekcyjnie wstrzelił się w kalendarz tegorocznej kampanii prezydenckiej, licząc nie bez racji na naturalny marketing z nią związany, jaki promocji jego powieści towarzyszy. Tyle, że sprzedaje nam opowieść o kampaniach poprzednich, bo za rzeczywistością niestety nie nadąża.

To trochę jak opowiadanie kawału z brodą, czyż nie tak? A naprawdę, jak u sprawniejszego niż Żulczyk i naprawdę wielkiego pisarza Milana Kundery: Nikt się nie będzie śmiał.                                  

[1] Jakub Żulczyk. Kandydat, Świat Książki, Warszawa 2025

[2] Myślałem o tym, żeby Dudę przeprosić. Z Jakubem Żulczykiem rozmawia Wojciech Szot. “Gazeta Wyborcza” z 14 maja 2025  

[3] Stefan Żeromski. Pisma polityczne. Polonia, Londyn 1988, I okładka

[4] Jakub Żulczyk. Kandydat, op. cit, s. 155

[5] Myślałem o tym… ibidem

[6] Żulczyk. Kandydat… op. cit, s. 259

[7] ibidem, s. 220

[8] Jacek Cieślak.  Jakub Żulczyk z premierą “Kandydata”, Szczepan Twardoch z “Nullem” czyli nie tylko new adult   rp.pl z 10 maja 2025

[9] ibidem

[10] por. Raport “Stan czytelnictwa książek w Polsce w 2024 roku” Biblioteka Narodowa, publikacja 14 kwietnia 2025; gov.pl

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.8 / 5. ilość głosów 18

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here