Prezydent elekt Karol Nawrocki spóźnił się pół godziny na przemówienie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego na partyjnym pikniku w Pułtusku, co z pewnością nie było dziełem przypadku. Tymczasem po przegranej obozu rządzącego w wyborach z 1 czerwca z gabinetu odchodzą nie ci, co stanowią dla niego obciążenie.
Punktualność jest grzecznością królów, głosi znane porzekadło. W domyśle więc: wcale nie obowiązkiem. Nawrocki wykorzystał festyn, w trakcie którego fetowano niedawne zwycięstwo (hasło imprezy brzmiało: “Wygrała Polska”), żeby pokazać prezesowi, kto teraz króluje. Nawet jeśli w wizji świata właściwej wyborcom Prawa i Sprawiedliwości cesarzem pozostaje wciąż Jarosław Kaczyński.
Nawrocki już pokazuje, że nie będzie drugim Dudą
Nawrocki nie tyle ma teraz swoje pięć minut – co całe pięć lat. Pierwszej i być może nie ostatniej kadencji. Prezydentura jego poprzednika, mniej zręcznego politycznie Andrzeja Dudy, trwała całe dziesięciolecie, a reelekcję uzyskał w momencie szczególnie dla państwa trudnym, bo w szczycie pandemii koronawirusa.
Kaczyński pozostaje cesarzem tylko dla twardego elektoratu PiS. Dla reszty Polaków jest tylko liderem najmocniejszej partii opozycyjnej.
Za to jeśli współczesną polską demokrację porównać do monarchii konstytucyjnej, co oznacza, że rząd rządzi a prezydent panuje – bo tak wygląda podział ich uprawnień – Nawrocki jest w stanie sprawującemu w państwie kanclerską władzę premierowi Donaldowi Tuskowi przysporzyć wielu kłopotów, których ten ostatni nie miał z raczej anemicznie kończącym drugą, więc wedle Konstytucji nieubłaganie ostatnią kadencję Dudą. Przez półtora roku prezydent ograniczał się do wetowania ustaw sporządzonych przez rządową większość: nie było ich zresztą zbyt wiele, ani nie realizowały wszystkich zobowiązań sprzed 15 października.
Za to Nawrocki już zapowiada, że zamierza korzystać z przysługującej prezydentowi inicjatywy ustawodawczej. Zgłosi przedłożenia szczególnie kłopotliwe dla rządzących krajem, w tym premiera Tuska.
Po formalnej inauguracji prezydenckiej 6 sierpnia br. Karol Nawrocki wystąpi z projektem ustawy o podwyżce kwoty wolnej od podatku PIT z teraźniejszych 30 tys zł do 60 tys zł. Jej obietnica znajdowała się wśród 100 konkretów Donalda Tuska. Nie została jednak przez rządzących dotrzymana. Jej realizacja kosztowałaby wedle wiceministra finansów Jarosława Nenemana budżet 56 mld zł rocznie. Na razie budżetowy deficyt wynosi 288 mld zł przewidzianych na rok 2025.
Ponieważ jest to zapowiedź Koalicji Obywatelskiej jeszcze sprzed 15 października 2023 r. – nowy prezydent stworzy rządowi kłopot, pozostający niewątpliwie dotychczas poza sferą możliwości Kaczyńskiego jako lidera opozycji. Gesty Nawrockiego wobec prezesa partii, co go wykreowała, znajdują więc pokrycie w rzeczywistości.
Nawrocki naprawdę na publiczne wystąpienia Kaczyńskiego spieszyć się nie musi. Na razie to on, prezydent elekt, ma przed sobą najwięcej czasu w polskiej polityce.
Ile go ma Kaczyński, nie wiadomo. Na razie niby dobrotliwie obraca w żart niepunktualność zwycięzcy z 1 czerwca. – To był nasz kandydat – przypominał publicznie w Pułtusku. Jakby chciał, żeby sam Nawrocki o tym nie zapomniał. Na razie nie ma powodu, by tak się stało. Nowy prezydent potrzebuje zwolenników PiS na ulicach jako środka nacisku na rząd. Wiadomo już, że pojawią się masowo w stolicy w dniu inauguracji. Co nie zmienia faktu, że relacja między Nawrockim a Kaczyńskim się zmienia i jak zobaczyliśmy w Pułtusku w trzy tygodnie po wyborach – nigdy już nie będzie taka jak przedtem.
To Nawrocki jest zwycięzcą. Za to Kaczyński – tylko czy aż – “kingmakerem”, jeśli już odwołać się do raz tu już użytej monarchicznej symboliki. Prezesa za cesarza uznaje co trzeci z nas, bo tylu zwolenników zachowuje PiS w partyjnych sondażach. Za to Nawrockiego na prezydenta wskazała ponad połowa z nas. To ogromna różnica.
Dlatego Nawrocki przekazał prezesowi sygnał, że punktualność to dla niego grzeczność a nie obowiązek.
Z Tuskiem na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego rozmawiał uprzejmie, z shake-handem i uśmiechem na ustach. Z festynu zwycięzców też się do niego zwrócił. Tym razem stanowczo zastrzegł, że jako przyszły prezydent “nie da zabrać Polsce demokracji i wolności wyboru prezydenta”. Co w sposób oczywisty nawiązuje do masowych protestów zwanych już giertychówkami, bo opierają się na szablonach przygotowanych przez Romana Giertycha, składanych do Sądu Najwyższego ws. nieprawidłowości przy wyborach.
Tymczasem ceniony politolog Jarosław Flis zastrzega, że nie ma co mówić o zaplanowanym masowym fałszerstwie, bo z pewnością nie miało ono miejsca.
O tym, iż “nie ma żadnych przesłanek, by sądzić, że skala nieprawidłowości była tak duża, aby odwrócić wynik wyborów” jasno powiedział naczelny zasłużonego dla obrony demokracji za pisowskich rządów OKO.press, Michał Danielewski [1].
Arogancki wobec Kaczyńskiego jako promotora własnej kariery Nawrocki wobec Tuska wykazuje się butą jeszcze większą: “Czas porzucić histerię i nie niszczyć demokracji, tylko zacząć współpracować z przyszłym prezydentem na tyle, na ile będzie to możliwe”. Zaczyna się z wysokiego “c” ale ostatnie słowa tego wywodu brzmią już całkiem merytorycznie, a być może nawet jak oferta, której szczegółów jeszcze nie znamy.
Podobnie jak intencji zagadkowego raczej pomysłu prezydenta elekta rozpisania referendum w kwestii praworządności.
Kiedy referendum na inne tematy połączono z wyborami parlamentarnymi z 15 października 2023 r. – PiS straciło po nich władzę, a w odpowiedziach na pytania referendalne nie osiągnięto takiej większości, by były wiążące. Być może więc na zapowiedzi się skończy. A chodzi o wywołanie wrażenia, jaki ten prezydent elekt aktywny.
W odróżnieniu od rządzących. Zapewne taki efekt zamierza stworzyć.
Najgorsi zostają, krytycy odchodzą
Premier Tusk zapowiadał rekonstrukcją gabinetu, ale na razie ogranicza się to do powołania na rzecznika rządu Adama Szłapki, który i tak był dotychczas ministrem.
Nader pouczające okazują się wskazania, których ministrów za najgorszych uznaje opinia publiczna.
Za najgorszą w rządzie Tuska uchodzi Barbara Nowacka od edukacji (9 proc. wskazań). W tym niechlubnym rankingu wyprzedza szefów resortów: sprawiedliwości Adama Bodnara i zdrowia Izabelę Leszczynę (po 6 proc) [2].
O ile odpowiedzialność za ocenę ministra sprawiedliwości da się jeszcze zrzucić na poprzedników u władzy, bo PiS wniosło do sądów dwuwładzę i chaos – to obecność wśród najgorszych ministrów edukacji i zdrowia tłumaczy w znacznej mierze porażkę kandydata koalicji rządowej Rafała Trzaskowskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich.
Trudno bowiem aby rządzący wygrywali, skoro nie radzą sobie z kwestiami – jak szkolnictwo i zdrowie – powszechnie obok bezpieczeństwa uznawanymi przez Polaków za najważniejsze.
Znajdujemy jeszcze pointę, zupełnie nieoczekiwaną. Wprawdzie jeden gabinet się w poniedziałek zwolnił, ale nie chodzi o nikogo z liderów niechlubnego zestawienia ministrów nie akceptowanych przez opinię publiczną.
Do dymisji podała się wcale nie Nowacka. odrzucana przez wyborców, lecz jedna z jej zastępczyń Joanna Mucha. Wcześniej wiceminister edukacji oceniła niedawne wybory prezydenckie z perspektywy koalicji rządowej (sama jest z Polski 2050) jako kronikę zapowiedzianej porażki, co nawiązuje do tytułu słynnej opowieści kolumbijskiego noblisty Gabriela Garcii Marqueza. Wypomniała też Platformie Obywatelskiej zadufanie, że jest lepsza od innych, skąd brać się miał moralny obowiązek głosowania na jej kandydata. W powszechnej nawet kręgach rządowych opinii Mucha napisała tylko dokładnie to, co wszyscy wiedzą.
[1] Poranek TOK FM z 23 czerwca 2025
[2] badanie SW Research dla Wprost, przeprowadzone 17-18 czerwca 2025