“Jak obalałem Mur Berliński”, tytuł tomu rozmów Jacka Czaputowicza z wnikliwym dziennikarzem PAP Piotrem Śmiłowiczem – to nie licentia poetica ani formuła na wyrost. Antykomunistyczny Ruch Wolność i Pokój, którego założycielem stał się w 1985 r. mający za sobą wieloletnie doświadczenie walki z ustrojem Czaputowicz szybko okazał się trzecią po podziemnej Solidarności i Konfederacji Polski Niepodległej siłą opozycji demokratycznej. Zanim socjalizm realny upadł, WiP wymusił bez użycia przemocy na władzy, która ją nagminnie stosowała, realizację swoich postulatów: wykreślenia z roty przysięgi wojskowej zobowiązania do wierności ZSRR oraz wprowadzenia służby zastępczej.
Uczestników WiP – podobnie jak KPN, której główne żądanie przywrócenia niepodległości Polski stało się faktem niewiele później – zaliczyć więc wypada do grona bezsprzecznych zwycięzców historii. W odróżnieniu od milionów członków Solidarności, która przecież obiecywała nie tylko wolność i demokrację, ale i państwo sprawiedliwości społecznej, wcale za to nie wspominając o masowym bezrobociu, zamykaniu fabryk i wygaszaniu całych branż ani pladze przestępczości zorganizowanej. W odróżnieniu od podziwianego w świecie, dziesięciomilionowego niegdyś Związku – WiP i KPN swoje zobowiązania wypełniły w całości.
Działali jawnie, zaciekle zwalczani przez władzę
Rolę Ruchu Wolność i Pokój w niedawnej historii zwięźle oddali autorzy książki “Solidarność w podziemiu” Jerzy Holzer i Krzysztof Leski: “(..) Działający jawnie, choć zaciekle zwalczany przez władze (..) “WiP” nastawiony zrazu na walkę o uwolnienie odmawiających przysięgi, a następnie służby wojskowej, z czasem przekształcił się w szerszy ruch pokojowy i ekologiczny, którego szczytowa popularność przypadła na lata 1986 i 1987. W czerwcu 1988 r. odniósł on swój największy sukces: władze zdecydowały się na zmianę roty przysięgi, wprowadzenie zastępczej służby wojskowej i zapowiedziały skrócenie służby zasadniczej oraz służby absolwentów szkół wyższych” [1].
Wywiad-rzeka Śmiłowicza z Czaputowiczem traktuje o całości publicznych działań drugiego z nich przed 1989 rokiem. Jednak dziełem życia późniejszego szefa dyplomacji wolnej już Polski pozostaje WiP. Niemal wszystkie ważne dla historii Ruchu Wolność i Pokój wydarzenia miały miejsce z bezpośrednim udziałem Czaputowicza, wiele z nich – w jego mieszkaniu przy Wilczej w Warszawie.
Historia środowiska korowskiego, w którym Czaputowicz działał przed Sierpniem 1980 r. wydaje się doskonale zbadana, eksplorowana przez znawców od czasu monografii Jana Józefa Lipskiego (“KOR”) i w miarę znana. Zaś pierwsze NZS, w którym Czaputowicz zaliczał się do grona liderów, pomimo masowego charakteru pozostawało raczej młodzieżową przybudówką Solidarności. Jego działacze na zmianę strajkowali i bez ustanku się modlili, a na uczelni korzystali z urlopów dziekańskich, co nie zjednywało im szacunku reszty żaków, zmuszonych troskać się o zaliczenia i stypendia nawet w piękny czas demokratycznej rewolucji. Samodzielną i realnie wspierającą protesty robotników z 1988 roku organizacją stało się dopiero drugie Niezależne Zrzeszenie Studentów, którego liderzy jak Andrzej Anusz z historii czy Andrzej Szozda z polonistyki na warszawskim uniwersytecie normalnie pojawiali się na zajęciach i nie zapominali o potrzebach macierzystego środowiska (obrona niszczejącej Biblioteki UW czy walka o poprawę standardu akademików oraz aktywność w kołach naukowych).
Bez porównania ciekawszy od “pierwszego NZS” okazał się Ruch Wolność i Pokój, który stał się fenomenem promieniującym poza Polskę na inne kraje bloku (zwłaszcza NRD i Węgry), co sprawiło, że tytułowa dla rozmowy Śmiłowicza z Czaputowiczem metafora o obalaniu Berlińskiego Muru nie wydaje się nam wcale przesadna. Przekaz wipowski przemówił też do wyobraźni zachodnioeuropejskiej opinii publicznej, w tym ruchów pacyfistycznych, wcześniej w Polsce czasem krzywdząco in gremio uznawanych za proradzieckie.
WiP zrodził się z głodówki w Podkowie Leśnej na rzecz uwolnienia skazanego za odmowę przysięgi na wierność armii radzieckiej Marka Adamkiewicza wiosną 1985 r. I szybko stał się rozpoznawalną marką. Dodatkowego napędu dodał mu szok spowodowany katastrofą sowieckiej elektrowni atomowej w Czarnobylu w kwietniu 1986 r. dramatycznie uwiarygodniający proekologiczne hasła ruchu. Protesty doprowadziły do rychłego zamknięcia Huty Siechnice, zatruwającej środowisko naturalne. Szybko też WiP stał się partnerem dla zachodnich działaczy pokojowych, w tym deputowanych do Bundestagu: socjaldemokratycznych i z Partii Zielonych. Przyjeżdżali do Polski na wipowskie konferencje w kościele przy Żytniej (w maju 1987 r.) czy w Mistrzejowicach (w sierpniu 1988 r.). Kiedy zaś wipowców nie wypuszczano na podobne imprezy na Zachód, ich gospodarze w ramach retorsji odmawiali wiz przedstawicielom oficjalnego Ogólnopolskiego Komitetu Pokoju, przybudówki struktur rządzących PRL.
Co sprawiło, że i działaczom WiP władza z czasem zaczęła paszporty wydawać. Sam ruch zaś imponował zachodnim pacyfistom i zyskał w nich sojusznika, pomimo ich antyamerykańskich przekonań. Potrafił zresztą potępić postawę administracji Ronalda Reagana wobec Nikaragui, z kolei wbrew większości opozycji w Polsce, która utrzymywała, że prezydent USA słusznie poskramia tam komunistów. Z odejściem od uproszczonego czarno-białego obrazu świata WiP łączył nowatorstwo metod działania w kraju. Uczestnicy jego pikiet nie uciekali, tylko czekali, aż zgarnie ich z ulicy milicja. Odwaga wzbudzała podziw.
Nieważne, że liczebność WiP nie przekraczała nigdy 150 aktywistów, a w sumie przez parę lat działania przez ruch przewinęło się ich ok. 600. Nie były to już zresztą czasy dziesięciomilionowej Solidarności. Wyrazistość działań, a nie ich masowość, przemawiała najlepiej do zbiorowej wyobraźni. I to ona ugruntowała pozycję WiP. Nie na zawsze jednak, bo marka nie przetrwała zmiany ustrojowej, a liderom przyszło robić kariery w nowej administracji już w trybie indywidualnym.
Wielu aktywistów Ruchu Wolność i Pokój zaistniało w nowej Polsce, podobnie jak Jacek Czaputowicz (szef dyplomacji w pisowskim rządzie) w roli ministrów: Jan Rokita na czele URM za Hanny Suchockiej, Bartłomiej Sienkiewicz – w rządzie Donalda Tuska minister kultury oczyszczający TVP z nominatów Jacka Kurskiego, czy Bogdan Klich jako szef MON i minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. A także w służbach specjalnych demokratycznego państwa: Piotr Niemczyk czy Konstanty Miodowicz. Nie taki oczywiście był cel, jaki stawiali sobie przed 1989 r. Rotacja rządów w Polsce po tej dacie sprawiła, że prostszym sposobem na osiągnięcie z czasem ministerialnego stołka wciąż pozostały wcześniejsze studia na rodzimej Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR lub na moskiewskim MGIMO, niż ścieranie się z milicją na ulicy w ramach aktywności w WiP.
Tym bardziej, że pomimo wiążącego się z nią “romantyzmu rewolucyjnego” nie była to działalność lekka, łatwa i przyjemna ani pozbawiona kosztów, ponoszonych również przez najbliższych. Jak wspomina Czaputowicz: “Kolegiów nie płaciliśmy, ale władze potrafiły nękać. Pamiętam wizytę komornika: dzieci oglądają dobranockę, a on mówi, że rekwiruje telewizor” [2]. Zaś Leski i Holzer tak relacjonują zdarzenia z początku 1986 r.: “19 lutego aresztowano “za udział w nielegalnej organizacji” przywódców ruchu “Wolność i Pokój” Jacka Czaputowicza i Piotra Niemczyka. Czaputowiczowi SB zaserwowała inscenizację aresztowania także żony, utrzymując go w przekonaniu, że trójka małych dzieci pozostaje bez opieki” [3]. Zaciekłość w zwalczaniu ruchu, jak ujmuje jego lider, wynikała z faktu, że dla sprawującego wtedy władzę gen. Wojciecha Jaruzelskiego wojsko było całym życiem, a tu nagle pojawił się WiP, dobitnie wykazujący, że armia nie reprezentuje Polski. Tylko pozostaje zbrojnym ramieniem PZPR.
Trzeba pamiętać, że nawet jeśli w połowie lat 80. PZPR wśród prostych ludzi również, a nie tylko radykalnej młodej inteligencji, po stanie wojennym pozostawała głównie przedmiotem kpin – to na przysięgę syna do wojska jeździli oni całymi rodzinami i wcinali fasowany przy tej okazji uroczysty a darmowy obiad, co w dobie kryzysu zaopatrzenia też swoje znaczenie zachowało. Zaś w telewizor z festiwalem kołobrzeskim na ekranie wgapiali się nie tylko zwolennicy istniejącego ustroju, których liczba z roku na rok topniała. WiP miał odwagę zakwestionować znaczący segment ówczesnej pop-kultury i codziennej obyczajowości, w sytuacji, w której pacyfista podobnie jak hipis na pewno nie wzbudzał odruchowej sympatii przechodnia na ulicy czy pani w kolejce po mięso. To za sprawą ruchu zaczęło się mówić głośno o wojskowej patologii: “fali” i centymetrze, dziadkach i kotach – czasem braciach, różniących się tylko stażem służby w armii, a także o zbierających obfite żniwo śmierci wypadkach w wojsku, spowodowanych nagminnym opilstwem kadry zawodowej. Odreagowującej zresztą w ten sposób stres, spowodowany szarganiem munduru w stanie wojennym.
“Chcieli, bym tam się pojawił, ale Kuroń się nie zgodził”
Radykalny i podważający fundament ustroju, jaki stanowiła obowiązkowa zasadnicza dwuletnia służba wojskowa (w marynarce wojennej trwająca nawet trzy lata), Ruch Wolność i Pokój rzucił wyzwanie nie tylko rządzącym z PZPR, którzy w grudniu 1981 r. władzę obronili przemocą, wyprowadzając na ulice Ludowe Wojsko Polskie, ale sprawił też kłopot establishmentowi opozycji, podając w wątpliwość jego dominację wśród swoich. I chociaż wystartował już po fiasku koncepcji budowy “społeczeństwa podziemnego”, nierealnej wobec zmęczenia zwykłych ludzi trudnościami codziennego życia, spotykał się nierzadko z niechęcią opozycyjnych elit, przy zachowaniu pozorów poprawności.
Profesor Jacek Czaputowicz relacjonuje w rozmowie Piotra Śmiłowicza: “(..) na swoje imieniny zaprosił nas Jan Józef Lipski. Było osiem osób: gospodarz z żoną, ja z żoną, [Jacek] Szymanderski z żoną oraz [Jacek] Kuroń i [Adam] Michnik. Myślę, że Lipski chciał załagodzić te napięcia, które musiał dostrzegać. Rozmowa była miła, zjedliśmy dobrą kolację, później odwiozłem Kuronia do domu. Myślę jednak, że trudno im było zaakceptować naszą rolę. Trzeba było z tym żyć.
– Głośnym echem odbiło się w Polsce spotkanie członków Solidarności Polsko-Czechosłowackiej na granicy w Karkonoszach 21 sierpnia 1987. Brali w nim udział Kuroń, Michnik, nawet Niemczyk a pana nie było.
– To prawda. Przyjechał wtedy do mnie Mieczysław Piotrowski “Ducin” z Solidarności Polsko-Czechosłowackiej, który organizował to spotkanie. Mówił, że Czesi chcieli, bym tam się pojawił, ale Kuroń się nie zgodził. Piotrowski czuł się wyraźnie w obowiązku, by mi to powiedzieć” [4].
Nie święci, jak głosi ludowe powiedzenie, garnki lepią, nie oni też komunizm obalili ani zburzyli Mur Berliński. Potwierdzają to ujawnione po latach esbeckie notatki, z których przy oczywistej nieprzychylnej tendencji i nierzadkiej skłonności do konfabulacji czy wyolbrzymiania własnej roli, wynika, że zarówno sami wipowcy jak ci, co za nimi służbowo skrycie lub dla odmiany ostentacyjnie podążali – nie zawsze zajmowali się sprawami wzniosłymi i pierwszorzędnej wagi. Tak przynajmniej rzecz postrzegamy po upływie czterech dekad i w odmiennej rzeczywistości ustrojowej czy codziennych realiach.
Pech lakiernika i zbędne gadulstwo
Czasem mimowolnie rodzi to efekt bardziej komiczny niż heroiczny. Jak wtedy, gdy dziennikarz Śmiłowicz wypytuje po latach opozycjonistę Czaputowicza, przywołując dostępne już, chociaż zawczasu przetrzebione przez dysponentów archiwa (część materiałów zamieszczają autorzy książki in extenso): “Z notatki służbowej wynika, że z “Kontaktu” otrzymaliście maszynę do pisania marki IBM, którą ze Szczecina odebrali 28 sierpnia 1985 r. Jerzy Kolarzowski i Piotr Niemczyk. Przerzut ten był kontrolowany przez wywiad MSW. Wspomniana notatka wskazuje też, że Kolarzowski został zarejestrowany przez tow. [Henryka] Wróblewicza z Departamentu I MSW (..). Później Kolarzowski zajmował często kontrowersyjne stanowiska zarówno w WiP jak i PPS. Jak może pan to skomentować?”. Na co Czaputowicz odpowiada wyczerpująco: “w śledztwie przeczytałem [mowa o aktach sprawy mu wytoczonej – przyp. ŁP], że zamiast Kolarzowskiego, którego podpis widnieje pod deklaracją WiP, SB przesłuchała jakiegoś Bogu ducha winnego Jerzego Kolanowskiego, lakiernika samochodowego, który z przerażeniem tłumaczył, że o WiP nigdy nie słyszał. Później Kolarzowski zorganizował u siebie zebranie WiP, na którym pojawiły się zarzuty finansowe niemające potwierdzenia w rzeczywistości. Kolarzowski został jednak przez IPN uznany za osobę rozpracowywaną, a prezydent Andrzej Duda odznaczył go wysokim odznaczeniem państwowym” [5]. Nie dowiemy się więc, kto zasypał transport z Paryża, a po czterdziestu latach bardziej od tego interesujący wydaje się dramat wspomnianego lakiernika samochodowego, wplątanego w sprawy, których nie rozumiał i wciągniętego przez esbeckie niezgulstwo i niedbalstwo w raniące dotkliwie tryby historii. Jemu na pewno do śmiechu nie było, jak nam, gdy o tym czytamy po upływie czterech dekad.
Nie śmiech za to, ale zakłopotanie, lub być może nawet furię bezkrytycznych wielbicieli postaci Jacka Kuronia, że pośmiertnie się jego postać szarga, wzbudzi inny fragment dialogu Śmiłowicza z Czaputowiczem: “Przesłuchiwany w tym czasie Kuroń odmówił formalnego składania zeznań. Mówił jednak poza protokołem, że WiP nie ma przyszłości, bo nie ma programu, a działania takie jak odsyłanie książeczek wojskowych są okazjonalne (..). Potwierdził także, że w dyspozycji Jana Józefa Lipskiego zostało niewydatkowane 10 tysięcy dolarów z czasów KOR. Jak pan skomentuje te zeznania?
– Nie wiedziałem, że Kuroń prowadzi rozmowy z SB, nie oceniam ich jednak jakoś szczególnie krytycznie. Kuroń chciał zapewne przełamać nieufność do siebie na wypadek, gdyby władza zdecydowała się na rozmowy z opozycją. Późniejsze wydarzenia wskazują, że była to skuteczna taktyka” – w odpowiedzi Czaputowicza trudno nie dostrzec eleganckiej wprawdzie, subtelnej i profesorskiej, ale jednak kpiny [6].
Dawne esbeckie materiały dostarczają nie tylko wiadomości o niesnaskach w ówczesnej opozycji, ale również zaświadczają o randze, przypisywanej przez rządzących działaniom WiP. Najważniejsze osoby w PRL dostawały na biurka raporty, dokumentujące aktywność pacyfistów. Omawiano je na spotkaniach odbywanych w ramach gremiów Układu Warszawskiego.
Rozwiązania Układu Warszawskiego i wycofania wojsk radzieckich z Polski Jacek Czaputowicz zażądał publicznie już w 1987 r., kiedy wielu polityków opozycji demokratycznej obawiało się o tym otwarcie mówić, ograniczając się do postulatu ponownej legalizacji Solidarności. W kilka lat wszystko to stało się faktem. Co stanowi miarę zwycięstwa Ruchu Wolność i Pokój.
W debatach jego dotyczących powraca więc pytanie, dlaczego nie przetrwał zmiany ustrojowej. Sam profesor Jacek Czaputowicz odpowiada na nie powściągliwie: – Inne cechy charakteru trzeba mieć do destrukcji, inne do organizacji [7].
Dawni liderzy WiP nie ukrywają zarazem, że ich ruch pozostawał obiektem “rozpracowania operacyjnego” ze strony służby bezpieczeństwa również po 4 czerwca 1989 r. a nawet po sformowaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, kiedy wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych pozostawał jeszcze przez wiele miesięcy główny autor logistyki stanu wojennego gen. Czesław Kiszczak. Wyolbrzymiano rzeczywiste antagonizmy, jak dążenie Jacka Szymanderskiego do przejęcia przywództwa w WiP kosztem Czaputowicza czy bunt młodych działaczy. Spory nieuniknione w sytuacji, gdy ruch – walczący z autorytarną władzą – pomimo to zachował kształt demokratyczny a nie hierarchiczny, czy ściślej postarał się, by podległości i struktur było w nim jak najmniej. Wywiad-rzeka Śmiłowicza z Czaputowiczem skupia się oczywiście bardziej na udokumentowanych faktach niż niewykorzystanych szansach. To nie wipowcy zresztą powinni się tłumaczyć z faktu, że zwalczano ich niedozwolonymi metodami. Znane powiedzenie głosi, że zwycięzców się nie sądzi.
Rozmowę o najnowszej historii z Jackiem Czaputowiczem, niedawnym ministrem spraw zagranicznych (2018-2020) w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, prowadzi Piotr Śmiłowicz, który wtedy, gdy PiS sprawowało władzę tak w kraju jak w mediach nazwanych przez siebie obłudnie “narodowymi”, odszedł w obronie swobody dziennikarskiej z Polskiej Agencji Prasowej, nie zgadzając się z praktykami zawiadujących nią prorządowych dyrektorów, a powrócił długo po 15 października 2023 r. Już z tego współbrzmienia ich biogramów wynika, że nie będą sobie potakiwać. Na czym zyskujemy, bo prawda oceny rodzi się często z różnicy stanowisk.
Dlaczego milicja zostawiła w spokoju Viktora Orbana
Ta książka jest dialogiem, co oczywiste, a w czasach, o których traktuje, nie było to słowo puste, lecz dla całej opozycji demokratycznej kluczowe. Czasem jednak rozmowę uzupełnia z nadzwyczajną ekspresją towarzyszący jej materiał zdjęciowy. To współbrzmienie nie ma w sobie nic z nostalgicznego przeglądania starych fotografii.
Oto przed kościołem Świętej Brygidy w Gdańsku znanym jako przystań opozycji i parafia samego Lecha Wałęsy, stoi i gawędzi dwóch mężczyzn. Mamy jesień 1987 r. Ten z rozmówców, którego widzimy z prawej strony, to Viktor Orban, przyszły premier Węgier, teraz niedawno po długich latach rządów odrzucony przez społeczeństwo. Wtedy stypendysta fundacji George’a Sorosa, w Oksfordzie piszący pracę dyplomową o polskiej Solidarności. Co ciekawe, to nie pierwszy pobyt Orbana w Gdańsku.
Znalazł się w nim już w czerwcu 1987 r. w trakcie trzeciej pielgrzymki Jana Pawła II, który tam właśnie wypowiedział niezapomniane słowa: “Każdy z Was, młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć”. Dla Orbana być może mniej niż kariera istotne, dla polskiej młodzieży z pokolenia tworzącego WiP – kluczowe i zobowiązujące.
Już wtedy przyszły węgierski premier, po latach, gdy znajdzie się u władzy znany z zamiłowania do komfortu, jaki zapewniali mu rodzimi oligarchowie, nawet w studenckich czasach mógł liczyć na zaskakująco łagodne potraktowanie przez Milicję Obywatelską w PRL. “Orban był z żoną i jeszcze dwoma małżeństwami późniejszych działaczy Fideszu. Przyszli do Małgorzaty Tarasiewicz z WiP, która miała duże mieszkanie w Sopocie. Później Orban kilkakrotnie mi opowiadał, jak weszła milicja, działaczy WiP wygarnęła, a ich zostawiła. Myślę, że miała instrukcje, by nie ruszać obcokrajowców” [8].
Cały Orban ze swoją chełpliwością zawiera się w tej relacji jako jej bohater. Ale też cały Czaputowicz, narrator opowieści, z subtelną inteligencją, nakazującą mu tylko suche przedstawienie faktów, i tak dobitnie przemawiających. Byłemu ministrowi spraw zagranicznych nie wypada przecież kpić otwarcie z polityka do niedawna pełniącego urząd premiera w sojuszniczym kraju. Nawet, gdy opisuje sytuację sprzed 39 lat.
Na szczęście, jak widzimy, dyplomacja nie szkodzi narracji. Co pozostaje regułą, całej książki dotyczącą. Z korzyścią dla tego barwnego i niezwykłego świadectwa historii.
Między nami, kombatantami
Na pewno warto czytać tę książkę wnikliwie, włącznie z przytaczanymi w niej dokumentami, nie pomijając nawet przypisów, co doradzam nie będąc zawodowym historykiem całkiem świadomie, skoro właśnie w tych ostatnich znaleźć można fakty tak istotne, jak zawarta w biogramie Leszka Budrewicza wzmianka o tym, że ten dawny filar opozycji wrocławskiej i jeden z czołowych aktywistów WiP “na początku XXI w. mieszkał krótko w przytułku dla bezdomnych” [9]. I gdzie byli wtedy koledzy z WiP, chciałoby się zapytać. Sensownej odpowiedzi zapewne się nie odnajdzie, chyba, żeby ją ograniczyć do tytułowego dla tego skromnego szkicu powiedzenia. Powtórzyć więc można raz jeszcze: zwycięzców się nie sądzi. Tym bardziej, że z jednoznacznym bilansem historii ruchu łączy się nieuchronnie pewien paradoks. Oddał go z goryczą sam Czaputowicz w innej rozmowie sprzed roku: pomimo ministerialnych karier części liderów, “(..) w zdecydowanej większości działacze WiP w niepodległej Polsce znaleźli się na marginesie” [10].
Zapewne gdyby powstawał film o pięknych i niezwykłych dziejach ruchu, mógłby zaczynać się od sceny, gdy legendarny i charyzmatyczny jego działacz Budrewicz budzi się po latach na pryczy w nędznym przytulisku i przypomina sobie odręczny i ciepły list z poparciem, przysłany uczestnikom wipowskiej głodówki w Podkowie Leśnej przez samego Leonarda Cohena, barda mającego zapewne wtedy w Polsce jeszcze więcej fanów niż w ojczystej Kanadzie. Zresztą tę kartkę, skreśloną ręką kultowego wykonawcy, Śmiłowicz i Czaputowicz w swojej książce reprodukują [11]. Bo przecież niczego, co Ruchu Wolność i Pokój dotyczy, a pozostaje istotne, nie mogło w “Jak obalałem Mur Berliński” zabraknąć.
[1] Jerzy Holzer, Krzysztof Leski. Solidarność w podziemiu. Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1990, s. 100
[2] Jak obalałem Mur Berliński. Jacek Czaputowicz rozmawia z Piotrem Śmiłowiczem. Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2026, s. 379
[3] J. Holzer, K. Leski. Solidarność w podziemiu, op. cit, s. 109
[4] Jak obalałem Mur Berliński… op. cit, s. 376-377
[5] ibidem, s. 266-267
[6] ibidem, s. 268
[7] promocja książki “Jak obalałem Mur Berliński” w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa 29 maja 2026 r., wypowiedź Jacka Czaputowicza; zob. też relacja: Lider WiP o sobie i historii, mws.org.pl z 1 czerwca 2026
[8] Jak obalałem Mur Berliński… op. cit, s. 383
[9] ibidem, s. 142
[10] Wpływ WiP na historię wynikał z kontaktów z robotnikami. Rozmowa z Jackiem Czaputowiczem. Samorządność.pl z 29 marca 2025
[11] por. Jak obalałem Mur Berliński, op, cit, s. 338
