Iga Świątek wygrała Wimbledon, co nie udało się legendarnej przed wojną Jadwidze Jędrzejowskiej ani niedawno Agnieszce Radwańskiej, chociaż obie wystąpiły w finale. Przed niespełna półwieczem do ósemki najlepszych wszedł autor mody na tenisa w Polsce Wojciech Fibak, w półfinałach już w tym stuleciu zagrali Jerzy Janowicz i Hubert Hurkacz.
Nie o statystyki jednak chodzi, lecz o wzór dla młodzieży sensowniejszy niż astronauta Sławosz Uznański-Wiśniewski: bo niby co z tego wynika, że w 47 lat po Mirosławie Hermaszewskim w kosmos poleciał kolejny nasz rodak, w dodatku mąż posłanki partii rządzącej? Z sukcesem 23-letniej Igi Świątek łączy się natomiast przekaz poważny i pozytywny.
Do jednych przemawia fenomenalny styl zwycięstwa: 6:0, 6:0, wynik jaki tenisiści nazywają we własnym slangu rowerem (bo dwa zera, niczym koła) w tej dyscyplinie sportu oznacza różnicę klasy, a przecież finałową rywalką Igi była znakomita Amanda Anisimova. Co więcej, wygrana w Wimbledonie nastąpiła akurat po serii rozlicznych niepowodzeń, kiedy marni eksperci pomimo młodego wieku mistrzyni wróżyli jej koniec kariery. Zaskoczyła wszystkich. A jeszcze młodszym od siebie dała dowód, że opłaca się żmudny trening i przezwyciężanie trudności. Całkiem dosłownie również: przy okazji cała Polska dowiedziała się, że “raszynianka” jak media z maniackim uporem naszą mistrzynię tytułują, choć poniekąd zgodnie z prawdą, bo jej “małą ojczyzną” pozostaje podwarszawski Raszyn – w sumie zarobiła już na korcie 40 mld dolarów samych tylko nagród, nie licząc dochodów z kontraktów reklamowych czy pokazowych gier. I wcale nie zamierza przestać wygrywać, jak dowiodła w wimbledońskim finale.
Z wielką rakietą w porównaniu do jej wzrostu
Większa Ojczyzna Igi Świątek też potrzebuje takiego bezspornego sukcesu. I realnej bohaterki z krwi i kości, której widoczne i umiejętnie spożytkowane talenty kontrastują z wirtualnymi raczej przymiotami celebrytów, znanych z tego, że są znani. Przed półwieczem podobne potrzeby społeczne zaspokajała biegaczka Irena Szewińska, wygrywająca również po urodzeniu dziecka z dużo młodszymi rywalkami. Przed dekadą zaś – Justyna Kowalczyk, też biegaczka tyle, że narciarska, co złoty medal potrafiła wywalczyć pomimo złamanej kości śródstopia. Iga Świątek już stała się idolką i kolejnym rocznikom oferuje bardziej konkretne niż influencerki czy celebrytki cechy, za które jest uwielbiana. Wytrwałość i zimna krew z pewnością się do nich zaliczają. Trudno, niech pośledni żurnaliści tytułują ją nawet raszynianką, skoro Szewińską nazywali “irenissimą” po tym jak przez dwanaście lat kariery na igrzyskach zdobyła dla Polski łącznie siedem medali olimpijskich w tym trzy złote. Warto przypomnieć, jak się zaczęła droga Igi na sportowe szczyty i jej awans nie tylko w rankingach, ale do rangi bohaterki wyobraźni zbiorowej.
Znawca i propagator tenisa, członek zarządu Stowarzyszenia Tie Break, Bernard Rejniak, przed rokiem w wywiadzie dla “Opinii” opowiadał mnie i Andrzejowi Anuszowi: “Iga Świątek pierwsze swoje tenisowe kroki stawiała właśnie u nas. Jej siostra tu grała. I pewnego dnia przyprowadziła ją do mnie, na ursynowskie korty. Zapamiętałem, jak Iga Świątek się u nas pojawiła, z wielką rakietą w porównaniu do jej wzrostu. Jak tu przyszła, miała siedem lat. Na korty przy Koncertowej, nie tutaj na Kabaty, gdzie teraz rozmawiamy. Mam jej zdjęcie z tego okresu, tutaj w klubie. Realizowałem wtedy program “Twoja Era”, jeden z wielu wprowadzonych przeze mnie w życie w celu wyławiania zdolnej tenisowej młodzieży i umożliwienia jej sportowego rozwoju (..).
Kiedy widziałem ją w finale Mistrzostw Polski w kategorii wiekowej do 14 lat, dostrzegłem w niej już potencjał większy, niż w Agnieszce Radwańskiej. I tak już zostało. Z całą pewnością trafiła na dobry czas i w pewnym sensie trwa on do dzisiaj. Nawet, jeśli później Aryna Sabalenka czy Jelena Rybakina przewyższały ją ogólną sprawnością a forhendy czy bekhendy grają takie same, ona je z kolei zdystansowała zwinnością przecież a nie siłą. Trudno się z nią gra” [1].
Więcej niż sport, styl życia
Jak zauważał ekspert i trener Georges Deniau: “Tenis wymaga wszystkich zalet fizycznych. W przeciwieństwie do rozpowszechnianych czasem opinii jest to sport totalny, kompletny. Powiada się, że potrzebne są w nim nogi, a także płuca i serce. Musicie też mieć pełne, sprężyste i prawidłowe umięśnienie, a przede wszystkim szybkość i wytrzymałość” [2].
Cytowany już Bernard Rejniak wymienia trzy warunki niezbędne do osiągnięcia sukcesu: zawodnik chce, trener pomaga, rodzice wspierają.
Na diagnozowany przez niego instynkt gry – przesłankę tenisowej wielkości składają się jednak nie tylko wymieniane przez Deniau cechy fizykalne i motoryczne. Instynkt zwycięzcy buduje również psychiczna odporność: Iga Świątek nie zostałaby mistrzynią Wimbledonu, gdyby przed rokiem serio się przejęła uznaniem jej brązowego medalu w Paryżu – pierwszego w historii Igrzysk Olimpijskich dla Polski w tenisie – za porażkę. Całkiem jak piątego miejsca piłkarzy Jacka Gmocha na Mundialu w Argentynie (1978 r.): dzisiaj wszystko byśmy za podobny wynik oddali.
Tenis jest sportem indywidualnym, co najwyżej gra się w nim debla czy miksta, a drużynowe rozgrywki w Pucharze Davisa nie budzą podobnych jak Wimbledon emocji. Sukces Igi Świątek, chociaż w grze pojedynczej odniesiony, jest jednak wspólną dla Polaków radością i jakością. Znacząca jego cząstka przypada odkrywcy talentu przyszłej mistrzyni Bernardowi Rejniakowi, gospodarzowi kortów na warszawskim Ursynowie.
A także Wojciechowi Fibakowi, który sukcesami sprzed prawie 50 lat tenis u nas spopularyzował. Kiedy w finale Masters z 1976 r. przegrał tylko z fenomenalnym Hiszpanem Manuelem Orantesem, co zważywszy, że turniej ten stanowi podsumowanie sezonu czyniło go na moment drugim tenisistą świata – młodzi ludzie chętnie obnosili się po mieście z rakietami, a władza zaczęła masowo projektować i budować korty tenisowe, chociaż przedtem sarkała, że to sport dla elity. Innych wartości doszukał się w tenisie niezapomniany dawny akowiec i powstaniec red. Bohdan Tomaszewski, który uczynił z niego swoiste misterium, styl życia i sposób na życie. Nie tylko jako komentator o niepowtarzalnym stylu – mecze relacjonował z przejęciem, ale bez krzyku, bogatą i piękną polszczyzną – ale i zdolny prozaik (słuszność tej opinii uzasadnia tom opowiadań “Proszę o klucz”).
Tenis – podobnie jak judo, szlachetna japońskiego pochodzenia sztuka walki – to więcej niż sport. Łączy się z pewną filozofią życia. A jego mistrzowie nie poprzestają na wielocyfrowych kontach, nie ograniczają się do liczenia zysków z gry. Jak opisywał w biografii Wojciecha Fibaka red. Daniel Passent: “Zarówno w gabinecie Fibaka w Greenwich, jak i w salonie w Paryżu, stał niski stolik, na którym leżały książki o malarstwie, albumy, katalogi domów aukcyjnych, a także czasopisma ilustrowane dla wyższych sfer. (..) Nad tym wszystkim, a właściwie dookoła tego, wisiały obrazy (..) kolekcja malarstwa polskiego i żydowskiego, tzw. Szkoły Paryskiej. Te obrazy stanowiły część obu domów (..)” [3].
U zawodnika MMA – a słowa te nie stanowią wcale mojej aluzji do prezydenta elekta ani jego komilitonów – raczej nic podobnego państwo nie znajdziecie. Co nie znaczy oczywiście, że tenis jest tylko dla snobów. Znaczną część dzieciństwa spędziłem na kortach w podwarszawskiej Jabłonnie, należących do klubu dyplomatycznego ale znajdujących się na terenie Domu Zjazdów i Konferencji Polskiej Akademii Nauk, gdzie obok byłych ambasadorów, przedstawicieli wolnych zawodów, pionierów prywatnej inicjatywy i dzieci profesorskich jak niżej podpisany, za sprawą mądrego gospodarza pana Rysia machały rakietami – nie płacąc za to, ale w zamian wyrównując plac gry czy polewając go wodą, by nie pyliło lub wytyczając linie – chłopaki z pobliskich wiosek, dla których rola sparingpartnerów dla bywalców tego miejsca, czasem znanych im z telewizji, choć akurat nie z serwisu sportowego, stanowiło sensowną alternatywę wobec opróżniania kolejnych butelek taniego w PRL wina owocowego na pobliskim wale przeciwpowodziowym, gdzie skupiała się miejscowa młodzież.
A na korty przy warszawskim Solcu mój wujek przychodził także wtedy, kiedy sam nie mógł już grać – chociaż przez kilkadziesiąt lat robił to tam codziennie – bo miał zdiagnozowany nieodwołalnie przez lekarzy nowotwór złośliwy z przerzutami. W klubowym bufecie zamawiał dużą kawę, wiedząc, że i tak już nie może mu zaszkodzić, siadał i przez wiele godzin z widoczną przyjemnością przyglądał się chociaż, jak grają inni.
[1] W tenisie decyduje instynkt gry. Z Bernardem Rejniakiem, znawcą i propagatorem tenisa, rozmawiają Andrzej Anusz i Łukasz Perzyna. “Opinia” nr 47 (145), lato 2024, s. 53-54
[2] George Deniau. Tenis. Ossolineum, Wrocław 1991, tł. Czesław Ludwiczek, s. 11
[3] Daniel Passent. Moja gra. O Fibaku. Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2010, s. 284
