Nadąsani demokraci

0
69

Obóz przegranego w drugiej turze wyborów prezydenckich Rafała Trzaskowskiego zachowuje się po tej porażce jak bokser po nokaucie, który po pierwsze wynik kwestionuje (bo sędzia źle liczył leżącego już na deskach), a po drugie ma pretensje do sekundanta, chociaż ten radził, żeby gardę trzymać wyżej: w tym wypadku mocno zamroczona Koalicja Obywatelska obwinia koalicjantów, chociaż wcześniej ich podszeptów, całkiem sensownych, nie posłuchała.

Dochodzą do tego osobiste cechy Donalda Tuska, któremu czołowy polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego wprost zarzuca lenistwo. Dowodem na to mają być puste czasem wydruki sejmowych głosowań, chociaż premier jest także posłem, więc nawet jeśli ma niewiele czasu, by klawisze wciskać – powinien innym przykład dawać.

“Przegryw”, jak go teraz nawet w macierzystej partii nazywają Trzaskowski kompletnie się już nie liczy. Zaszył się gdzieś i zwyczajnie go nie ma. Nawet w KO nikt nie pragnie, żeby z kryjówki wychynął.

Przejdzie do historii jako kandydat na prezydenta, którego zatopił w kampanii jeden worek kartofli, niezbyt ciężki zresztą, bo posłanka Kinga Gajewska, która w ziemniaki jako prezent dla pensjonariuszy hospicjum Domu Pomocy Społecznej w Nowym Dworze Mazowieckim zainwestowała, wcale do szczodrych się nie zalicza.

Zupełnie nie nauczona tym żałosnym doświadczeniem, władza nadal robi i mówi głupstwa, z miną obrażoną, że nie jest doceniana, bo społeczeństwo znów nie dorosło, jak w 1990 r. kiedy wolało do drugiej tury wpuścić zamiast Tadeusza Mazowieckiego zagadkowego reemigranta Stanisława Tymińskiego, chociaż prezydentem i tak ostatecznie został Lech Wałęsa. Teraz dopiero co powołany na rzecznika rządu Adam Szłapka zapowiada, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zajmie się opozycyjnym gwiazdorem telewizyjnym Miłoszem Kłeczkiem za to, że na antenie oznajmił, iż Tusk sprowadza do Polski ciężarówkami migrantów, co gwałcą i zabijają. Podstawą ma być zapis wprowadzony do prawa karnego za rządów Prawa i Sprawiedliwości i mówiący o destabilizacji w interesie obcego wywiadu poprzez rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, a więc z ducha i litery PRL-owski, nawet jeśli w kodeksie karnym znalazł się w czasach wszechwładzy doktora praw Jarosława Kaczyńskiego.

Chociaż jak każdy normalny obywatel nie darzę prokuratorów przesadną sympatią, nie zazdroszczę temu z nich, co będzie musiał przed wysokim sądem udowodnić, że po pierwsze ciężarówek wypełnionych przez Tuska barbarzyńcami z Trzeciego Świata nie było, a po drugie redaktor wiadomość o nich podał  w porozumieniu z obcym wywiadem, jak rozumiem chińskim, skoro kiedyś na tym kierunku z sukcesem zresztą handlował, bo zainteresowania ma jak na dziennikarza wyjątkowo szerokie. Odłóżmy jednak żarty na bok. Smutne, że podobnie nerwicowe ruchy wykonuje rzecznik rządu 40-milionowego państwa. Każąc nam wzdychać do czasów, kiedy ta funkcja pozostawała nie obsadzona. W kwestii granic i imigrantów rząd gra zresztą na obcym boisku. Gdy zapowiada uszczelnianie rubieży – szanse ma niewielkie, bo wpisuje się w narrację pisowską i oponenta zapewne nie przelicytuje.

Chyba, że postanowi granice zaminować. Co możliwe jeszcze na wschodzie, ale z Odrą tego zrobić się nie da: przynajmniej w realnym a nie wirtualnym świecie.

Chociaż niekiedy granice między jednym a drugim się niebezpiecznie zacierają.   

W rządzonym przez Koalicję Obywatelską Gdańsku w muzeum miejskim urządzono wystawę, zatytułowaną “Nasi chłopcy” i prezentującą chwackich rekrutów z Pomorza w mundurach wermachtu. Na pewno tragizm losu mieszkańców tamtych ziem, przemocą do hitlerowskiej armii wcielonych, wymaga upamiętnienia, ale powinno się to czynić na tyle subtelnie, by scenarzystą tej niełatwej opowieści nie stał się ponownie po dwudziestu latach Jacek Kurski, sławetny odkrywca Tuskowego dziadka z wermachtu.

I jeśli ktokolwiek chce tamte trudne sprawy naświetlać, powinien czynić to tak, by szanować odczucia potomków mieszkańców świętokrzyskiego Michniowa czy warszawskiej Woli, którym wspomniane uniformy nie kojarzą się z żadnymi chłopcami, lecz wyłącznie z masowymi i patologicznymi mordercami. Jak większości Polaków zresztą.

Trzaskowski z poważnej polityki zniknął, co stanowi nieuniknioną reperkusję błazeńskiego przemówienia, jakie wygłosił, kiedy w trakcie wieczoru wyborczego na podstawie wadliwych “exit polls” ogłoszono go zwycięzcą. Jego partyjni koledzy, często współwinni porażki, próbują odwrócić uwagę od odpowiedzialności za nią. Stąd pretensje do PSL, że nie jest wystarczająco postępowe (chociaż Trzaskowski przegrał także dlatego, że poszedł niepotrzebnie po lewej bandzie) i do Szymona Hołowni, że jako marszałek Sejmu ośmielił się spotkać i konferować z prezesem największej obecnej w nim partii Kaczyńskim – co ze zdroworozsądkowego punktu widzenia nie ogniskuje wcale zainteresowania opinii publicznej.

Bokser, zgodnie z zasadami obowiązującymi  w tym sporcie, po nokaucie ma obowiązek przez sześć tygodni pauzować i tylko odpoczywać. Ale jeśli chce znów wygrywać, to po upływie tego półtora miesiąca powinien wziąć się do roboty. Ten czas właśnie mija. Zobaczymy, co dalej… 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here