Wedle jednej z krążących po świecie polityki wersji, ambicją Donalda Trumpa – który osiągnął już w życiu niemal wszystko: bogaty z domu i wyreklamowany od udziału w wojnie wietnamskiej (za pretekst, by nie ginąć za ojczyznę w indochińskiej dżungli jak dzieci mniej zamożnych Amerykanów posłużyła mu ostroga pięty), najpierw został celebrytą, później zaś dwukrotnie prezydentem Stanów Zjednoczonych – pozostaje jeszcze zdobycie Pokojowej Nagrody Nobla. Wyróżniono nią przecież jednego z jego demokratycznych poprzedników Baracka Obamę. Niektórzy tej niezwykłej idee fixe przypisują zainicjowanie przez Trumpa rozmów z Rosją Władimira Putina, bez warunków wstępnych jak również bez… jakichkolwiek efektów korzystnych dla wolnego świata, a nie tylko Kremla.
Być może jednak ocena ta okazuje się bliska prawdy – bo rzeczywiście o Nobla chodzi – ale nie do końca precyzyjna. Trump mierzy bowiem nie w nagrodę pokojową lecz literacką.
Świadczy o tym zamieszanie, wokół listu, jaki prezydent USA napisał do swojego polskiego odpowiednika Karola Nawrockiego. Z podobnym rozgłosem przynajmniej w Polsce nie spotkało się zapewne żadne dzieło literackie jeszcze przed poznaniem jego treści.
Gdy się dowiemy, co zawiera – możemy się srodze rozczarować. Nieźle niekiedy poinformowany portal Onet zaręcza bowiem, że chroniony przez dwie starannie zapieczętowane koperty – jako poczta dyplomatyczna wysokiej rangi – list sprowadza się tylko do kurtuazyjnego nawiązania do niedawnej wizyty Nawrockiego w Stanach i rozmowy, jaką polski prezydent odbył w Białym Domu z jego gospodarzem.
Na razie wysocy rangą urzędnicy prezydenckiej kancelarii jak Marcin Przydacz czy politycy PiS, w tym eurodeputowany Adam Bielan – obwiniają rządzących, że administracja prezydencka dowiedziała się o przesyłce zanim ją głowie państwa doręczono. Z mediów, rozpowszechniających przecieki, których źródłem ma być koalicja rządząca, a najpewniej ambasada w Waszyngtonie, którą zawiaduje Bogdan Klich. Od dawna znajdujący się na celowniku pisowskich agitatorów za konsekwentne dementowanie opowieści o zamachu smoleńskim.
Tyle, że wedle dostępnych nam informacji – pierwsze o liście Trumpa do Nawrockiego powiadomiło RMF, radio znane za pisowskich rządów z nadskakiwania ówczesnemu szefowi Orlenu Danielowi Obajtkowi, obecnemu eurodeputowanemu Prawa i Sprawiedliwości. I dające wtedy zarobić niezłe pieniądze pisowskiemu propagandyście Robertowi Mazurkowi, wcześniej związanemu z partyjnym “Nowym Państwem”, żadnemu przy tym gwiazdorowi, skoro w środowisku pozostaje przedmiotem niezliczonych żartów.
Z całą powagą dementuje wersje pisowskie rzecznik Radosława Sikorskiego, szefa polskiej dyplomacji – Paweł Wroński, znany, jeśli rzec tak można z samoistnego temperamentu politycznego i ambicji niemal dorównujących tym, które cechują jego obecnego chlebodawcę. W tym wypadku Wroński szkodzi szefowi, replikując serio na to, co na pryncypialną odpowiedź nie zasługuje.
Zajmijcie się czymś poważnym, chciałoby się powiedzieć rodzimym politykom i ich rzecznikom. Na przykład dronami nadlatującymi do nas z Rosji przez Białoruś. Najwyższy czas. Bo akurat tego problemu nie da się – jak literackiej korespondencji byłego dewelopera Trumpa z eks-bokserem Nawrockim – w żart obrócić… Chyba, że ryzykujemy doprowadzenie do sytuacji, w której – niczym u Milana Kundery, skoro o literaturze była mowa – nikt nie będzie się śmiał.