Nie tylko o Oldze Tokarczuk
Od kogo, jeśli nie od laureatów Nobla oczekiwać współczesnego wzorca polskości? Dziś szczycić się możemy dwojgiem żyjących noblistów. Lech Wałęsa swoje już zrobił, przyczyniając się w największym pewnie stopniu po Janie Pawle II do odzyskania niepodległości, chociaż wielu pamięta mu zaniechania z czasów prezydentury. Za to Olga Tokarczuk wie, co robi i czego potrzebujemy, skoro w trakcie kongresu “Tu jest Polska” (w Wałbrzychu 15 grudnia 2025 r.) zdecydowała się wygłosić wykład programowy. O Papieżu była już mowa, zauważyć więc można przez analogię, że noblistka jest nieomylna w sprawach literatury, w każdej zaś innej dziedzinie jej poglądy na polemikę zasługują, a czasem… nawet się o nią aż proszą.
Dobry to zresztą znak, że dyskutujemy o nowoczesnym i współczesnym modelu polskości i reperkusjach bycia Polakiem, a nie tylko o agenturach rosyjskich czy niemieckich, jak chcieliby nawiedzeni ze wszystkich stron od Romana Giertycha po Antoniego Macierewicza. Bez wyłączenia wicepremiera Krzysztofa Gawkowskiego, co zamiast cyberbezpieczeństwem za które odpowiada, zajmuje się seksualizmem byłego już ministra obrony Mariusza Błaszczaka, który z kolei za to obrazić się nawet nie ma czasu, bo jego z kolei absorbuje przypisywanie poprzednikom i następcom zarazem koncepcji obrony na linii Wisły. Chociaż gdybyśmy takimi nie dysponowali w sierpniu 1920 r, dziś zapewne pisałbym ten skromny szkic bukwami na klawiaturze wyprodukowanej w moskiewskim Skolkowie, a ojczyzna nasza nazywałaby się pewnie Polską Republiką Rad, jak chcieli członkowie ówczesnego komitetu białostockiego utworzonego na zajętych już przez Armię Czerwoną terenach.
To nie temat dla kucharzy
Na szczęście to tylko dystopia, mieszcząca się w ramach historii alternatywnej. Do czarnowidztwa jednak podstaw nie ma, skoro ton dyskusji o polskości podaje laureatka Literackiej Nagrody Nobla, a nie któryś z kucharzy-celebrytów, bohaterów popularnych programów telewizyjnych. Ani żadna właścicielka agencji towarzyskiej, pouczająca widzów w “Królowych życia” koncernu TVN. Ani najemny żurnalista z tejże stacji, co na podstawie materiałów dawnej komunistycznej służby bezpieczeństwa, chociaż dziennikarz godny tego miana powinien mieć wiele źródeł, znieważył pamięć wspomnianego już tu Karola Wojtyły, ostatniego zapewne autorytetu społecznego ogółu Polaków.
Cieszyć się wypada, że dyskusji o polskości nie inicjuje żadna upadła z własnej winy gwiazdeczka mediów pokroju Tomasza Lisa, aby powrócić za jej sprawą do łask mainstreamu, utraconych wcześniej z powodu zarzutów o molestowanie podwładnych i pastwienie się nad nimi. Za to gwiazdor autentyczny Robert Lewandowski w sprawie teorii polskości wypowiadać się nie musi, skoro każda jego bramka strzelona dla reprezentacji wbija w dumę miliony Polaków. Za to go kochają i mają rację. Podobnie jak zasadnie nie są w stanie podobną temperaturą uczuć obdarzyć żadnego z polityków.
Tradycja od Andersa wywiedziona…
Olga Tokarczuk, ze skromnością u noblistki godną uznania (bliżej jej w tym względzie do Wisławy Szymborskiej niż uwielbiającego posągowe pozy Czesława Miłosza) zanim zbuduje własną wykładnię, odwołuje się do cudzej, by kiedy ją rozwinie, sama się pod nią podpisać. Co więcej, “cudze słowo” jest tu podwójne, bo chodzi o historyka Normana Daviesa, przywołującego nie tyle poglądy co sposób działania gen. Władysława Andersa. Nie w roli zwycięzcy z Monte Cassino tym razem, chociaż niczym jej nie umniejsza. lecz przywódcy, co skutecznie zanim ten wojenny triumf odniósł, dzięki umiejętnej dyplomacji wyprowadził z domu niewoli setki tysięcy Polaków, ratując ich od powolnej śmierci z zimna i głodu w sytuacji, którą opisują słowa wcześniej tu wspomnianego noblisty Miłosza: “kiedy w obozach dalekiej Północy w szkło zastygały trupy stu narodów”.
Inna noblistka Tokarczuk cytuje teraz Normana Daviesa, wyliczającego zasługi gen. Wł. Andersa, co “zabiegał o to, by do jego armii mogli dołączyć wszyscy obywatele RP, niezależnie od pochodzenia etnicznego, języka czy religii. NKWD chciało pozwolić na wyjazd tylko Polakom rozumianym jako katolicy, którzy posługują się językiem polskim. Mimo oporu Andersowi udało się wyprowadzić z ZSRR osoby o bardzo różnych tożsamościach narodowych (..)” [1].
…przeciw stalinowskiej wykładni polskiej tożsamości
Nie bez racji noblistka zwraca uwagę na zbieżność roboczej definicji polskości przyjmowanej przez stalinowskie służby specjalne z propagowaną później w ramach PRL przynajmniej przez zachowawczy nurt władzy – co zapewne nieuniknione, skoro tę ostatnią ustanowiono na radzieckich bagnetach. Zwłaszcza Władysław Gomułka, chociaż oczywiście nie w trakcie październikowego wiecu na Placu Defilad w 1956 r. kiedy oklaskiwał go prawie milion warszawiaków – chętnie odwoływał się do Polski piastowskiej. Podobnie zresztą jak czyniła to Narodowa Demokracja i nadal robią to jej sukcesorzy w nowej rzeczywistości. Tokarczuk nie ukrywa, że bliższa jej okazuje się koncepcja jagiellońska, nawet jeśli jej tak nie nazywa.
Wielką wagę przywiązuje zresztą do faktu, że urodziła się i wychowała na Ziemiach Odzyskanych (jako erudytka wiedzieć musi, że pojęcie to upowszechnił Gomułka jeszcze jako minister do ich spraw; znajdujemy więc pierwszy paradoks, a będzie ich więcej). Na studia pojechała do Warszawy, dziś znów mieszka na Dolnym Śląsku.
Ojciec Olgi Tokarczuk wywodził się z Galicji i wcale nie spod Krakowa, tylko z Podola. Matka ze Świętokrzyskiego. Do taty miała żal, że z czasem zanikł jego niepowtarzalny kresowy akcent czy zaśpiew. Wakacyjne wizyty u dziadków nauczyły ją, że ludzie różnią się między sobą, a przy tym umieją szanować i nawet potrafią kochać siebie nawzajem.
Niemiecki mała jeszcze Olga długo uznawała za język, w jakim opisuje się zmarłych, bo inskrypcje po niemiecku napotykała wyłącznie odwiedzając cmentarze. Książek gotykiem pisanych w poniemieckich domach nie było, zapewne poszły na opał w trakcie wielkich mrozów, wiele spalili jeszcze zajmujący te siedliska na kwatery idący na Berlin żołnierze radzieccy, którym paradoksalnie – co na czas zrozumiał roztropny gen. Anders – przypadła rola “sojuszników naszych sojuszników”, jak to określano. A z czasem obok poniemieckich siedzib wyrosły zwyczajne blokowiska, bo Polacy przecież – nawet pod złymi rządami komunistów – budować potrafili.
Odra ważniejsza od Wisły, chociaż naprawdę nie o to chodzi
Teraz Tokarczuk z wyboru mieszka w odnowionym poniemieckim domu, a na kominku stoją fotografie jego dawnych przedwojennych właścicieli. Nie zaprasza oczywiście na stałe ich potomków ani nie zamierza im własnego pieczołowicie przywróconego do życia domostwa oddawać. Podobnie jak piędzi polskiej ziemi, co zastrzec wypada na użytek tych, co najmłodszej z naszych noblistów odmawiają patriotyzmu (podobnie jak wcześniej Miłoszowi i Szymborskiej, a teraz nawet i Wałęsie, chociaż to on obok Karola Wojtyły i wspomnianego już Lewandowskiego w szerokim świecie za symbol polskości uchodzi) – a którzy tekstu jej wykładu pewnie nie przeczytają, bo za długi.
Olga Tokarczuk uznaje, że właśnie na Ziemiach Zachodnich i Północnych (sama tego pojęcia używa) udało się szczególnie nowoczesny i pożądany model polskości przybyszom z różnych stron (w tym przesiedlonym kresowiakom, autochtonom i osadzanym tam uchodźcom po wojnie domowej w Grecji) i osobom już tam urodzonym wypracować, co nie znaczy oczywiście, że nie powiodło się to gdzie indziej. A za patrona tej otwartości uznaje autorka – mamy więc kolejny paradoks – Jerzego Giedroycia, który nigdy na Ziemiach Odzyskanych nie był.
To jednak paradoks pozorny. Trafiały tam bowiem, do zrewoltowanego przeciw “komunie” robotniczego i inteligenckiego Wrocławia czy do Lubina w Zagłębiu Miedziowym, gdzie w trakcie demonstracji przeciw stanowi wojennemu w sierpniu 1982 roku zginęło trzech mieszkańców, o Gdańsku czy Szczecinie nie ma co nawet wspominać, bo tam rozegrał się dwa lata wcześniej inny najważniejszy dla Polaków Sierpień – wszędzie tam docierały najpierw przemycane z trudem z Paryża publikacje Giedroyciowego Instytutu Literackiego, a z czasem coraz zręczniejsze ich drukowane w podziemiu krajowe reprinty.
O tym akurat noblistka się nie rozpisuje. Nie wiem dlaczego, skoro wiadomo mi, że ludzie dawnej młodej opozycji antykomunistycznej (Tokarczuk to rocznik 1962, kobiety o wiek nie pytamy, ale w tym wypadku pokoleniowość ma znaczenie) jak ówczesny przewodniczący samorządu studenckiego Uniwersytetu Warszawskiego Robert Kwiatkowski (zbieżność imienia i nazwiska z działaczem z przeciwnej strony a później prezesem TVP przypadkowa) zapamiętali czupurną i doskonałą w toczonych wtedy dyskusjach o naprawianiu Polski i świata, co po raz pierwszy od czasów Legionistów Józefa Piłsudskiego miało się akurat udać – studentkę psychologii pochodzącą z zachodniej części kraju. Nie pchała się może na pierwszą linię, ale pozostawała w tym środowisku obecna i widoczna.
Jeśli sama Tokarczuk tego wątku nie rozwija, czyni to być może z powodu, by nie utrudniać zrozumienia własnego przesłania tym, co nie z Polski pochodzą. Trud to daremny. Żeby bowiem tekst noblistki pojęli w większym stopniu, musiałaby mu zapewne towarzyszyć komputerowa animacja, obrazująca powojenne przesiedlenia ludności po II wojnie światowej, nie tylko w naszej części Europy, bo Tokarczuk wspomina też przecież o repatriantach z Francji i Belgii oraz greckich uchodźcach, co się u nas z sympatii do komunizmu zwykle wyleczyli.
To rozstrzygający zapewne paradoks, że tekst Tokarczuk, przez nie czytających jej dzieł hejterów pomawianej o kosmopolityzm pozostaje – jestem o tym całkowicie przekonany – zrozumiały wyłącznie dla urodzonego nad Wisłą lub Odrą (ta druga rzeka pozostaje dla autorki ważniejsza) czytelnika. Kiedy przed ponad półwieczem przebywałem z rodzicami przez rok w stanie Kentucky w USA, to chociaż mieszkaliśmy w osiedlu akademickim Uniwersytetu Lexington a nie w slumsach, nagminnie mylono tam “Poland” z “Holland”, pomimo że oba kraje znajdowały się wtedy po obu stronach solidnie jeszcze umocowanej – trwała wciąż wojna wietnamska – żelaznej kurtyny.
Do dziś śmieszy mnie pytanie, jakie w orwellowskim 1984 roku w trakcie pobytu nas obojga na stypendium w Paryżu zadała mi młoda Belgijka, podobnie jak ja laureatka konkursu na najlepszy esej po francusku dla cudzoziemców: – Czy większość Polaków to komuniści?…
Zwłaszcza, że rozmawialiśmy w parę lat po wyborze Wojtyły na papieża, fenomenie pierwszej Solidarności i wprowadzeniu stanu wojennego… W trakcie długich, czasem do letniego świtu trwających dyskusji w kafejkach na bulwarach Dzielnicy Łacińskiej, gdzie przy sąsiednim stoliku wychodźcy z Iranu uzgadniali zawczasu skład demokratycznego rządu na wypadek obalenia reżimu ajatollahów, co jak wiemy, po dziś dzień wciąż nie nastąpiło – my z naszej sześcioosobowej wtedy załogi z Polski liczyć mogliśmy na zrozumienie wyłącznie ze strony młodych Niemców i Jugosłowian. W pięć lat później, gdy w Europie runęły mury i jeszcze później – ci pierwsi okazali się głównymi beneficjentami tego procesu, ci drudzy zapłacili za to cenę niesprawiedliwie wysoką i krwawą.
Do Tokarczuk można pewnie mieć pretensje, że znając tego przełomu rangę i genezę, nie poświęca mu uwagi. Polskość bowiem – za co cześć i chwała noblistce, że się tak o nią troszczy, bo na klepaniu frazesów o uchodźcach czy prawach mniejszości zarobiłaby ze swoją pozycją krocie, a jej ściśle polskie rozważania potraktować trzeba raczej jako misję społeczną – a przynajmniej tej polskości model nie okazuje się dany na zawsze, raczej ewoluuje, ale i zmienia się skokowo, co jasno z tekstu Mistrzyni wynika. Nawet jeśli zawiedzie on czytelnika, co woli zagadki “Empuzjonu”, uniwersalizm “Biegunów” czy urok klechdy, jaki odnajdujemy w “Prowadź swój pług przez kości umarłych”.
Mądre słowo: transgresja. I jeszcze drugie: empatia
Olga Tokarczuk w swoim wykładzie promuje “tożsamość transgresyjną”, co brzmi, jakby było skomplikowane, ale wcale się takim nie okaże. Oddajmy zresztą głos samej noblistce, najwyższa pora:
“Jest to tożsamość pojemniejsza i rozleglejsza niż ta dana przy urodzeniu. Wykracza poza spadek genów i dziedzictwo kulturowe przodków. Jest wynikiem świadomego i aktywnego bycia w świecie, dynamicznego uczestniczenia w nim fizycznie, intelektualnie i emocjonalnie. Jest jednak przede wszystkim wynikiem własnej pracy i refleksji, nieustannie stymulowanej przez pytanie: KIM JESTEM? Tworzy się przez spór z narzuconym, sztywnym i niezmiennym (..). Mamy dziś okazję z namysłem odpowiedzieć sobie, czym było te osiemdziesiąt lat najnowszej historii, co zbudowaliśmy i co musieliśmy utracić. I kim jesteśmy” [2].
Rozczarowanie sporej części publiczności wzbudzi zapewne fakt, że Tokarczuk, skoro już rolę wieszczki na siebie przyjmuje, w ograniczonym tylko zakresie na wspomniane pytania odpowiada. Uzasadnić to można jednak otwartym charakterem jej twórczości, od debiutanckich opowiadań, które promował w “Czasie Kultury” Rafał Grupiński po niedawne zwane po prostu “noblowskimi” eseje.. Mniejsza o to, że Olga Tokarczuk nie zawsze daje nam gotowe odpowiedzi. Ufa inteligencji odbiorcy lub uznaje, że ważne rzeczy odkrywa się indywidualnie. Zresztą nigdy tekstów łatwych w odbiorze nie pisała, kto takich szuka, niech sięgnie po prozę Krzysztofa Vargi, tyle, że za cenę nudy to uczyni, albo do książek Jakuba Żulczyka w późniejszej niż “Instytut” komercyjnej fazie reprezentowanej m.in. przez “Ślepnąc od świateł” – gdzie cenę atrakcyjności stanowi banał, bo co nas jakiś diler narkotyków obchodzi, niech go te inne bandziory wreszcie na kawałki pokroją – jak usłyszałem w metrze od zawiedzionego nabywcy tej prozy, co chciał się swoim rozczarowaniem szybko podzielić z kimkolwiek, bo nie noszę przecież przypiętego do polaru identyfikatora z napisem: krytyk literacki z wykształcenia.
Jeśli zaś o Tokarczuk rozmawiamy, to Nobel jej sposobu budowania zdań, akapitów ani osobnych całości wcale nie zmienił. Co przemawia na korzyść autorki.
Zawodzi nas za to Tokarczuk – psycholożka, skoro o wyuczonym zawodzie naszej Mistrzyni mowa.
Cenne, że zrezygnowała z formatu publicystycznego, czy polemicznego po prostu. Bo też, co przyznać wypada, partnerów do sporu raczej nie znajdzie. Od reszty polskiej literatury, z jednym może wyjątkiem Szczepana Twardocha – ale choćby w kwestii Ukrainy i Rosji nie różnią się na pewno, więc nie mają o co spierać – odskoczyła na kilka długości. Nie ma się po co oglądać, wie, że jest najlepsza. Podobnie troską strzelającego gole dla Barcelony Roberta Lewandowskiego nie staną się pewnie zabiegi Kamila Grosickiego o korzystną umowę ze szczecińską Pogonią, nawet jeśli żądane przez 37-letniego kopacza kwoty – dwa miliony złotych za podpis pod dwuletnim kontraktem oraz 250 tys zł pensji co miesiąc – wywierają spore wrażenie na przeciętnym Polaku.
Tokarczuk nie musi ścigać się z innymi, ani spierać z kolegami po piórze. Unika tym samym pułapki, w jaką przed laty wpadł Jan Józef Lipski ze swoim szkicem “Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”. Poniósł go wtedy temperament i publicystyczna zaciekłość, co zaszkodziło propagowanym przez autora poglądom. Chociaż wiele zawartych tam sądów dziś uznać się da za obiegowe.
Olga Tokarczuk – chociaż psycholożka z dyplomem – nie odpowiada na pytanie, jak do pożądanego przez nią rozumienia polskości przekonywać. Z całym przecież dla rodaków szacunkiem, wielu z nich nie zna nazwiska Normana Daviesa. Giedroycia może kojarzy jako księcia emigracji, Andersa jako zwycięzcę z Monte Cassino, ich poglądy nie są zapewne powszechnie kojarzone. Trudno żeby działo się inaczej, skoro wedle aktualnych badań Biblioteki Narodowej tylko 41 proc z nas czyta choćby jedną książkę rocznie [3].
Polskość propagowana przez Tokarczuk – otwarta, poszukująca czy jak zwyczajnie powiemy fajna – nie przekona przecież wszystkich dlatego, że to noblistka dokonała jej wykładni. Podobnej mocy nie miał nawet Henryk Sienkiewicz. Pomimo zasług autora zaczytywanej jeszcze w odcinkach “Trylogii”. I mocarnego charakteru, który nakazał mu odmówić propozycji endeków Romana Dmowskiego, by twórca “Ωuo vadis” kandydował do rosyjskiej Dumy Państwowej. Ale też Legionistom Józefa Piłsudskiego, co chcieli poparcia w marszu na Warszawę, ale szli wtedy w sojuszu z Austriakami i Niemcami, a on pozostawał przecież autorem “Krzyżaków” i całkiem współczesnego “Bartka Zwycięzcy”.. Dał im więc konia z majątku na drogę, ale niczego wiążącego nie powiedział.
Empatia pozostaje pojęciem z arsenału psychologii. Wielką literaturę też cechuje. Nie dostrzegam jej niestety w manifeście Olgi Tokarczuk.
Brakuje w nim pomysłu nawet na kooptację czy tym bardziej wspólnotę. Odpowiedzi, jak współistnieć z wyznawcami innych światopoglądów w ramach jednego społeczeństwa i państwa. Jak rozstrzygać różnice zdań, poza tym, że głosujemy nad nimi w wyborach powszechnych. A potem nasi przedstawiciele czynią to samo w parlamencie. Nawet jeśli później się za nich wstydzimy, jak za Małgorzatę Kidawę-Błońską, co w roli marszałkini Senatu pozwoliła, by pieniądze przeznaczone na propagowanie kultury wśród Polonii poszły nie na noblistkę Tokarczuk ani choćby Żulczyka bądź nawet Vargę, lecz na promocję wulgarnych hejterów wspierających jej własny obóz polityczny w tym autorki książek “Debil” o poprzednim prezydencie oraz “Alfons” o obecnym.
Doskonale pamiętam, jak w bez porównania trudniejszych dla polskiej demokracji czasach Olga Tokarczuk odwiedziła gmach parlamentu już jako laureatka Literackiej Nagrody Nobla. Odbyła tam tylko jedno spotkanie: z marszałkiem Senatu Tomaszem Grodzkim, bo jego gabinet pozostawał przyczółkiem obozu wolnościowego. We wszystkich pozostałych rozpierali się rządzący pisowcy, mający nadzieję, że na zawsze tam zostaną. Tym samym Tokarczuk dorzuciła swoją cegiełkę – bo trudno o manifestację jaśniejszą, a niewielu ma podobny do niej autorytet – do wyniku wyborczego z 15 października 2023 r. podbudowanego rekordowo masowym udziałem rodaków w głosowaniu. Coś się jednak stało już później. Dzisiaj pani Olga wstydziłaby się odwiedzać ten sam gabinet, w którym była u Grodzkiego przed nieco ponad sześciu laty, bo smród “afery senackiej” rozszedł się szeroko, w końcu też pozostali hejterzy pragną się odegrać za to, że z kasy podatnika nagrodzono tylko niektórych z nich. A już z pewnością nie przystałaby nasza noblistka na podobne jak wtedy medialne nagłośnienie odbywanego tam spotkania. Wtedy po prostu wyszła do dziennikarzy na regularny briefing, miałem okazję w nim uczestniczyć, co poczytuję sobie za zaszczyt, bo chwila okazała się doprawdy historyczna.
Od Olgi Tokarczuk można oczekiwać rady, jak przełamać obecne ograniczenia wynikające z rozlicznych podziałów, stających się dla Polski barierą wzrostu, pomimo starań o nasz udział w grupie G-20, skupiającej najsilniejsze państwa świata, skoro jak zaręczają rządzący, do grupy dwudziestu najmocniejszych gospodarek globu już się zaliczamy. Jak budować mosty czy chociaż zasypywać kolejne, wznoszone naprędce rowy. Ale jej wykład, chociaż cenny, podobnej recepty nie zawiera. To strata zarówno nasza jak autorki.
[1] Norman Davies. Wielka Brytania się rozpada… Rozm. Jan Rybicki. Gazeta.pl z 9.12.2025
[2] Wykład Olgi Tokarczuk wygłoszony podczas kongresu “Tu jest Polska”, Fundacja Olgi Tokarczuk, fundacjaolgitokarczuk.org z 17.12.2025
[3] por. Barbara Maria Morawiec. 41 % Polaków czyta książki. Najnowszy raport o stanie czytelnictwa. “Lustro Biblioteki” lustrobiblioteki.pl z 14.04.2025