Źle pracę posłów ocenia ponad połowa Polaków (dokładnie: 51 proc), zaś dobrze – zaledwie co trzeci z nas (34 proc). Podobnie surowi jesteśmy wobec senatorów: 36 proc pozytywnych i 37 proc negatywnych not [1]. To wyniki na tyle miażdżące, że nikt ich nie podważy. Tym bardziej warto zastanawiać się, dlaczego tak się dzieje.
Od wielu dekad zresztą krytycznie postrzegamy wszystkie kolejne parlamenty. Obecny z pewnością jawi się jako gorszy od tego z kadencji 1997-2001, kiedy toczyły się liczne rzeczowe dyskusje i uchwalono wciąż obowiązującą reformę administracyjno-samorządową. Lepszy za to od odpowiednika z czasów rządów PiS, gdy posłowie najchętniej (jak 2020 r.) pomimo pandemii koronawirusa zajmowali się zakulisową próbą podniesienia własnych wynagrodzeń. Nie udało się im wtedy, bo pomimo zmowy w tej kwestii Ryszarda Terleckiego (PiS) z Borysem Budką (KO), sprzeciwił się temu marszałek Senatu Tomasz Grodzki. Gdyby ustawa o sprawowaniu mandatu posła i senatora stanowiła, że każdy parlamentarzysta pobiera średnią krajową, wybrańcy narodu bez wątpienia pracowaliby lepiej, bo pozostawali by osobiście zainteresowani, żeby rosła. Obecnie jednak, przy przytoczonych niskich ocenach i marnym prestiżu, każdy co miesiąc ma zapewnione kilkanaście tysięcy złotych na rękę. O jakości roboty się nie mówi. Do krytycyzmu obywateli wobec sprawujących mandaty ich własnych przedstawicieli nie tylko jednak ich dbałość o własne zarobki się przyczynia.
Sejm i Senat stanowią jednak filary demokracji, więc należy im się szacunek. Również z perspektywy historii, skoro od 1928 r. aż do 1989 r. Polakom nie było dane wybrać przedstawicieli w wyborach, w których głosy liczy się uczciwie. Doceniamy więc obie izby, ciesząc się tym, co wywalczyliśmy: w ruchu społecznym Solidarności, najbardziej masowym i pokojowym w XX-wiecznym świecie czy Konfederacji Polski Niepodległej, co za sprawą Leszka Moczulskiego jako pierwsza postawiła postulat suwerenności kraju. Tym wszystkim się kierując, nie proponuję listy 7 najgorszych obciachów obecnego parlamentu.
Natomiast, skoro jego gmach po wojennych zniszczeniach znakomity architekt Bohdan Pniewski wzniósł (w latach 1948-52) w stylu klasycystycznym, do czego dodać można przedrostek neo- (nawet jeśli komuś się skojarzy z Matriksem), a przekonał do tego ówczesnych decydentów, hołdujących doktrynie realizmu socjalistycznego, argumentem nawiązania do polskiej tradycji od Wawelu po Kazimierz Dolny – tego się już trzymajmy. Skoro o klasycyzmie mowa, zestawiam listę siedmiu cudów parlamentu obecnej kadencji, bo nawiązuje do starożytności i nikogo nie obraża. Za to tłumaczy krytycyzm obywateli wobec polityków, których 15 października 2023 r. przy chlubnie rekordowej frekwencji (74 proc!) sami do Sejmu i Senatu wybrali.
1. Obłapianie redaktorki czyli podejście pisowskiego senatora do kobiet
Senator Prawa i Sprawiedliwości Wojciech Skurkiewicz, indagowany przed kamerą przez cenioną dziennikarkę TVP Justynę Dobrosz-Oracz w trakcie przepytywania sięgnął ręką do jej biustu. I zaczął szarpać za przytroczony do żakietu dziennikarki mikrofon. Pecha miał, bo świetny operator Bartosz Kłys zarejestrował sytuację tak profesjonalnie, że każdy jest ją w stanie ocenić na podstawie nagrania. Jeśli Skurkiewiczowi chodziło o biust – mamy do czynienia z molestowaniem. Jeżeli o mikrofon – z uniemożliwieniem wykonywania pracy dziennikarskiej. Na jedno i drugie są odpowiednie artykuły kodeksu karnego. O czym Skurkiewicz, skoro prawo stanowi, a przynajmniej poprawia, bo taka jest rola Senatu – wiedzieć powinien. Nie marzę, by pozbawionego immunitetu Skurkiewicza zobaczyć za kratami. Ocenią go wyborcy z Radomia, którego robotnicy przed półwieczem pierwsi dzielnie upomnieli się o ludzką godność. Nie ulega wątpliwości, że tej godności uchybił. Czegoś podobnego nawet w fasadowym Sejmie PRL nie było.
2. Dotacje Kidawy czyli kasa od marszałkini dla nienawistników zamiast pisarzy
Senat pieniądze, przeznaczone w założeniu na promocję polskich artystów i pisarzy wśród Polonii – przyznał pośredniczącej w tym procederze “firmie krzak” na organizację w Londynie spotkań z autorką książeczek pt. “Debil” (o poprzednim prezydencie) i “Alfons” (o obecnym) oraz z jej podobnymi indywiduami: bo nie jest na pewno eksportowym towarem kultury polskiej inna beneficjentka wspomnianej operacji Klementyna Suchanow. Aferę zdemaskował ceniony dziennikarz śledczy Szymon Jadczak z Wirtualnej Polski, który uprzednio ujawnił powiązania kiboli Wisły Kraków z gangsterami. Co stanowi miernik wstydu marszałkini Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, wywodzącej się przecież ze środowiska filmowego. Pani marszałek uznała, że sprawa się skończyła z chwilą, gdy wyłudzone pieniądze zwrócono. Wyborcy zapewne sądzą inaczej.
3. Paski Hołowni czyli Wilczy Szaniec zamiast Sejmu Otwartego
Wydawało się, że jeśli o paskach mowa, nikt telewizji Jacka Kurskiego nie przebije. To za jego prezesury w TVP pojawiło się bowiem sławetne powiedzenie: głupi jak pasek w Info. Przemykające przez ekran literki niosły za sobą stały ładunek dworskiej usłużności wobec swoich, niechęci i uprzedzenia do pozostałych. Szymon Hołownia jak wiemy we wszystkim musi być najlepszy, więc i z tym rekordem postanowił się zmierzyć. I przebił całkiem skutecznie. Nakaz zdejmowania przez dziennikarzy pasków na sejmowych bramkach przelicytował wszelkie restrykcje, z jakimi dotychczas w gmachu spotykali się przedstawiciele mediów. Motywowany jest względami bezpieczeństwa, chociaż konkretnego zagrożenia nikt nie wskazał, mimo że wiele czasu upłynęło. Wprawdzie Hołownia legitymuje się tylko średnim wykształceniem, a próba uzyskania dyplomu Collegium Humanum skończyła się… tak, jak wszyscy wiemy – ale jako dawny twórca wielu ambitnych programów telewizyjnych wiedzieć powinien, że paski nakazywano przed sądem specjalnym trzeciej rzeszy ściągać, gwoli upokorzenia, uczestnikom i inspiratorom zamachu na Adolfa Hitlera w mazurskim Wilczym Szańcu pod Kętrzynem. Drastyczne porównanie? Podobnie jak kontrast między tą praktyką a zapowiedziami Sejmu Otwartego, który nie tylko nam Hołownia obiecywał.
4. Śniadania prasowe rzeczniczki Hołowni
Nie tyle przeszły do legendy, co zwyczajnie nią stały. I pozostają, chociaż zmienił się zarówno marszałek, czego wypada żałować, jak rzeczniczka, z czego trudno się nie cieszyć, bo gorszej w Sejmie nie było przez 37 lat odrodzonej polskiej demokracji. Na śniadania prasowe wywodząca się z koncernu TVN Katarzyna Karpa-Świderek zapraszała wszystkich chyba dziennikarzy w naszym mieście, w tym tych bezrobotnych, żeby się na zapas najedli – z wyjątkiem relacjonujących wcześniej udane kampanie Hołowni: prezydencką z 2020 r. i przed wyborami parlamentarnymi w 2023 r.w barwach Trzeciej Drogi. Chociaż to pierwsze grono było… zaledwie kilkuosobowe. Być może zresztą się czepiam, bo przecież dla naszych czytelników to robiliśmy. Nie dla śniadań prasowych. Jednak jak w opowieści Wiecha (Stefana Wiecheckiego), gdzie pierścionek wprawdzie zniknął w trakcie imienin ale jednak odnalazł się w kieszeni szwagra – niesmak pozostał, skoro o śniadaniach mowa.
5. Czarzasty i żurnaliści czyli towarzystwo wzajemnej adoracji
Nowego marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego otacza nie tyle powszechne uwielbienie, bo to mało wymierna kategoria – co wianuszek wpatrzonych w niego żurnalistów z korporacyjnych mediów. Kłopotliwe pytania zadają zawsze Jarosławowi Kaczyńskiemu, przeważnie Szymonowi Hołowni, nierzadko Donaldowi Tuskowi. Czarzastemu zaś nigdy. Łączenie tej obserwacji z faktem, że wedle wiedzy potocznej Czarzasty rozdaje posady w telewizji publicznej stanowiłoby potwarz dla pracowników mediów głównego nurtu. Zwłaszcza, że w TVP przepracowałem w sumie ponad pięć lat, trochę się na niej znam – i wiem, że to nie do końca prawda. Poza tym oprócz korporacyjnych środków przekazu również w Sejmie funkcjonują dziennikarze niezależni i – w tym jednym jedynym wypadku na szczęście – pisowscy. Za sprawą jednych i drugich marszałek w samouwielbienie nie popadnie.
6. Biuro Prasowe Senatu czyli za co płaci podatnik
W tej kadencji z Biura Prasowego Senatu nie dostałem nawet jednego sms-a ani maila, nie wymagajmy nawet, żeby ktoś zadzwonił. W poprzedniej, za marszałka Tomasza Grodzkiego, przynajmniej o ważniejszych wydarzeniach bywałem przez jego pracowników powiadamiany. Za co biorą teraz oni pieniądze – to już pytanie do marszałkini Kidawy-Błońskiej, wcześniej już w tym wykazie parlamentarnych cudów występującej. Gdyby ktoś chciał na pensjach w Senacie zaoszczędzić – wie, na czyich.
7. TVN czyli byle jak… i byle blisko władzy
W trakcie nagrywania polityków na sejmowym czy senackim korytarzu zdarza się, że dwie, trzy a czasem cztery ekipy koncernu TVN przeszkadzają sobie nawzajem, wchodzą w kadr czy wręcz się wzajemnie tratują. Mistrzowie sztuki telewizyjnej z TVP z różnym efektem apelują do komercyjnej konkurencji o zachowanie minimum profesjonalizmu. Ale to TVN pozostaje ulubioną telewizją władzy. Czemu trudno się dziwić, skoro jedna z topowych żurnalistek tej stacji z całą powagą po wyborach prezydenckich wypytywała polityków, czy ponowne przeliczenie głosów nie wzmocniłoby mandatu Karola Nawrockiego. Pełna troska o demokrację, czyż nie tak…
Wiele sfer w tym parlamencie działa przy tym doskonale, co przyznać trzeba, żeby obraz świątyni demokracji nie okazał się w trudnych dla tej ostatniej czasach przyczerniony. Funkcje agory (ateńskiej, a nie tej wydającej “Wyborczą”) i kantyny łączy sejmowa stołówka, wciąż popularnie zwana Hawełką, chociaż po renomowanej krakowskiej restauracji pojawiło się jeszcze paru operatorów parlamentarnej jadalni, w tym Sodexo. A obecnie pełną odpowiedzialność za jadłodajnię przy Wiejskiej przejęła Kancelaria Sejmu: to tak, jakby Czarzasty podawał nam obiad osobiście. Zresztą lepsze od tego ostatniego (lunchu, nie marszałka) pozostają śniadania. Nie one jednak stanowią dobry początek dnia, lecz przejście przez bramkę. Cześć i chwała, co piszę bez cienia ironii, Straży Marszałkowskiej za jej trudną i odpowiedzialną pracę. Podwyżki dla niej nie nadążają za rozszerzającym się od pandemii a skokowo od początku wojny w Ukrainie zakresem odpowiedzialności. Strażnikom przyznać należy, że do niektórych poleceń polityków (o ściąganiu pasków była już mowa), chociaż muszą je wykonywać, odnoszą się z trudno skrywanym dystansem.
Kto szuka w Sejmie życzliwości i dobrej atmosfery, niezawodnie znajdzie je w klubie Polskiego Stronnictwa Ludowego. Wielka w tym zasługa dyrektor Ewy Kierzkowskiej, chociaż chciałoby się wymienić wszystkie osoby tam pracujące. Nie wiem, czy to u ludowców kawa jest najlepsza, ale tam najlepiej smakuje. Rozmowy toczy się w tym miejscu niebanalne. A kto tam zajrzy, nie czuje się intruzem. Z kolei w klubie Polski 2050 na uznanie zasługują pracowitość i profesjonalizm młodego Bartosza Ślusarczyka. Zdał egzamin również w obecnym trudnym czasie sporów frakcyjnych, chociaż wszyscy wiemy, że wojny domowe są najtrudniejsze. W biurze klubu Koalicji Obywatelskiej wielką empatię wobec każdego przejawia z kolei Anna Grabowska. W Konfederacji zawsze przyjemnie pogadać z Tomaszem Malarą.
Najsprawniejszym debiutantem w tej kadencji okazuje się wśród posłów Piotr Kandyba z Koalicji Obywatelskiej. Wypowiada się zawsze kompetentnie. Pracowity, więc wszędzie go pełno. Czasem pierwszy zagada do dziennikarza. Wiemy, że Kandyba nie przyszedł do Sejmu dla miłego grosza, bo przedtem jako menedżer zarabiał doskonale. Dla mediów bezcenny okazuje się poseł z najdłuższym stażem Marek Sawicki z PSL: podobnie jak niegdyś Paweł Piskorski (z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, potem Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej) czy Andrzej Anusz (Porozumienie Centrum, później Akcja Wyborcza Solidarność) – Marszałek Senior mówi pod nazwiskiem to, co inni obawiają się wypowiedzieć anonimowo. I nie są to nigdy “fejki”. Tylko poważne a czasem dowcipne oceny. Zaś posłowie Witold Zembaczyński (KO) i Marek Biernacki (PSL) potrafią w sposób pożyteczny dla rozmówcy reagować nie na pytania dziennikarskie tylko (tak się określa takie, na które odpowiedź jest znana) ale i dotyczące na przykład zagadnień praworządności i to w jej codziennym, a nie abstrakcyjnym aspekcie. Z grona marszałków i ich zastępców podziwiać wypada Monikę Wielichowską (Koalicja Obywatelska) za to, że petentów nie odsyła, tylko zaraz sprawę załatwia. Trudno przecenić zasługi innej wicemarszałek Doroty Niedzieli (KO) i pos. Katarzyny Piekarskiej z tego samego klubu dla walki o humanitarne podejście do zwierząt, również zimową porą. Chociaż znaczące, że gdy w tej samej kwestii pojawiła się w parlamencie jako gość celebrytka Dorota “Doda” Rabczewska – bez trudu przebiła gospodarzy gmachu nie tylko zainteresowaniem, jakie wzbudza, ale rzeczowością i bogatym językiem wypowiedzi.
Chciałoby się do mocnych stron Sejmu czy Senatu zaliczyć produkowane tam ustawy, ale się nie da. Zresztą po co dobre uchwalać, skoro prezydent i tak zawetuje. Najpierw Andrzej Duda, teraz Karol Nawrocki. Pozostaje więc cieszyć się tym, co mamy.
[1] sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej z 27 listopada – 8 grudnia 2025