Rafał Trzaskowski potwierdza swoją opinię “przegrywa”. Być może zresztą to żargonowe słowo stanie się jego przydomkiem. Przysługuje on monarchom, a Trzaskowski zamiast stolicą rządzić – celebruje i panuje. W czerwcu ub. r. przegrał z bokserem Karolem Nawrockim rywalizację o prezydenturę kraju. Teraz w styczniu br. – z zimą walkę z gołoledzią.
Co trzaska zimą w stolicy oprócz mrozu? Bez wątpienia system zarządzania Warszawą, jak przekonujemy się wszyscy, ślizgając się na oblodzonych i nie posypanych słynnym wiślanym piaskiem chodnikach. Dobrze wychowani wiedzą, że nie wypada natrząsać się z cudzych nazwisk, ale to sam prezydent z częśco swojego uczynił element kampanii wyborczej (“Przybij piątkę z TRZASKIEM”) podobnie jak ćwierć wieku wcześniej kandydat równie niefortunny: Marian Krzaklewski (“KRZAK tak”). Gdyby raper Mrozu odmroził sobie uszy, też byśmy się z niego nabijali. Wbrew powiedzeniu, co głosi: nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku.
O wypadek nietrudno. I zwłaszcza dziadków i babć to niebezpieczeństwo dotyka. Nie do śmiechu Warszawiakom, którzy w lutowy dzień boją się wyjść z własnych domów, bo ryzykują upadek i złamanie. Tego dotyczy zdecydowana większość rozmów nie tylko mieszkańców z senioralnego segmentu wiekowego 80plus, nader licznych w stolicy. Bo demograficzne starzenie się Polski dotyczy przede wszystkim wielkich miast.
Jeśli jest się osobą zarówno wiekową jak samotną – w taki dzień styczniowy wyjść z domu trzeba. Ale się nie da, bo ryzyko. I tu koło się zamyka.
Piszę to z perspektywy zdrowego, w miarę wysportowanego sześćdziesięciolatka (kiedyś sporo grałem w tenisa), co ani z wyjściem z mieszkania ani zaoferowaniem innym pomocy sąsiedzkiej nie ma żadnego kłopotu. Ale też wie, na kogo podatki płaci…
Władza w Warszawie – ta ratuszowa i ta z dzielnic – po raz kolejny objawia arogancję i zadufanie. Gołoledź taką jak we wtorek 26 stycznia zapowiadały prognozy pogody. Był czas, żeby przygotować środki zaradcze. W czasach PRL pojawił się kiedyś w jednej z gazet rysunek zdesperowanego Świętego Piotra, co siedząc na chmurze (meteorologicznej, internetowej jeszcze wtedy nie znano) łapał się widowiskowo za głowę: – Kiedy mam puszczać śnieg, żeby tych z MPO nie zaskoczył?
No właśnie, kiedy?
Władza lokalna, zamiast zadbać o bezpieczeństwo mieszkańców w wymiarze najprostszym, tzn. całości ich kończyn – trwoni pieniądze na kosztowne i absurdalne kampanie wizerunkowe, niedwuznacznie adresowane do amatorów tzw. turystyki alkoholowej,. Wiadomo, że w stolicy napić się można tanio i wszędzie, byle nie po 22. Tyle, że potem człowiek się przewraca. Dokładnie tak, jak na nieposypanych piaskiem chodnikach warszawskich w styczniu br. I wracamy – tak czy owak – do punktu wyjścia.
Przykładem pokazowego marnotrawstwa a zarazem paternalistycznego podejścia do rządzonych, stała się ze strony ratuszowych służb kampania na rzecz kultury korzystania ze środków komunikacji miejskiej. Zamiast zwiększyć częstotliwość kursów – autobusy np do Legionowa, gdzie mieszka 55 tys osób, w soboty jeżdżą… co 40 minut – na ekranach w metrze i innych środkach transportu publicznego poumieszczał prostacki urzędnik grafiki z obcesowymi hasłami typu: Nie bądź świnia. Chodziło o to, żeby nie jeść w kolei podziemnej ani tramwaju. Zaprotestowali – co charakterystyczne i wcale nie jest żartem – miłośnicy świń, przeciwni stygmatyzacji ulubionych zwierząt.
A kto ujmie się za mieszkańcami, nie tylko obrażanymi, ale ignorowanymi jeśli o ich potrzeby chodzi? W normalnej stolicy ich stronę wzięliby samorządowcy opozycyjni lub niezależni. Od tych warszawskich dowiaduję się jednak, że najbardziej interesują ich: organizowanie konferencji, obrona cywilna oraz KSeF, zasadna zmora zamożnych przedsiębiorców, obojętna całkiem za to skromniejszym mieszkańcom, co radnych wybierają. Jaka władza taka opozycja w naszym, niezmiennie pięknym, chociaż wciąż doświadczanym złymi rządami mieście.
Rafał Trzaskowski reprezentuje w polityce format zwany teflonowym. Bezideowy, przepracowywać się nie lubi. Zwykle podkreśla zdolności własne – jak znajomość pięciu języków obcych – nie mające znaczenia dla kwestii tak, dosłownie, przyziemnych jak walka z gołoledzią i całość kostek, piszczeli czy kolan mieszkańców. Trafnie skalkulował, że starać się nie musi, bo ponownie i tak wybrany nie zostanie. Nie dlatego, że zalazł Warszawiakom za skórę za sprawą połamanych przez nich nóg czy rąk, ale z tego powodu, że jego obecna kadencja okaże się ostatnia, bo druga, a tyle wynosi limit. W tym wypadku na szczęście, chciałoby się tylko dodać…