Nikła skala zainteresowania Radą Pokoju Donalda Trumpa pokazuje, że to nie tyle koncepcja geopolityczna, co chwyt marketingowy na wewnętrzny użytek polityki amerykańskiej. Prezydentowi chodzi o to, by Republikanie wygrali tegoroczne wybory parlamentarne. Nie o zmontowanie alternatywy dla Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Wśród zadeklarowanych już sygnatariuszy promowanej przez Trumpa Rady Pokoju znaleźli się z Europy: Bułgaria, w tej chwili pozbawiona zarówno rządu jak prezydenta, co nie znamionuje stabilności oraz Węgry od kilkunastu lat za rządów Viktora Orbana pozostające chorym człowiekiem naszego kontynentu, przy czym wiele wskazuje, że po wiosennych wyborach Fidesz Orbana władzę utraci na rzecz Petera Magyara i jego partii TISZA. Trzecim uczestnikiem rady pozostaje Kosowo, najmłodsze państwo Europy sztucznie podtrzymywane dzięki humanitarnej kroplówce międzynarodowej i przez wiele krajów nawet nie uznawane.
Jak najpotężniejszy człowiek świata skrzyknął chętnych i… słabych
Argentyna globalną potęgą była, ale przed stu laty, zaliczana wtedy do dziesiątki najbogatszych państw świata. Teraz nieobliczalny jak sam Donald Trump prezydent Javier Milei próbuje wyprowadzić ją z kryzysu, w jaki została wpędzona przez kolejne rządy – na zmianę demokratycznie wybieranych populistów i obalających ich wojskowych junt. Milei wprowadzając swój kraj do Rady Pokoju ku radości USA – próbuje odwrócić uwagę od drastycznych konfliktów wewnętrznych, które temu procesowi towarzyszą.
Podobne intencje przejawia bezsprzecznie sam patron Rady. Im więcej świat mówi o tym kadłubowym na razie ciele – tym mniej o strzałach w Minneapolis i kolejnych tam ofiarach śmiertelnych.
Niewielką sprawczość objawiają w polityce międzynarodowej takie kraje członkowskie Rady Pokoju jak Paragwaj czy rozliczne obecne tam republiki poradzieckie: Armenia, Azerbejdżan, Kazachstan i Uzbekistan czy nawet niepodległa dużo wcześniej Mongolia. Skoro Rada zająć ma się w pierwszym rzędzie tytułowym dla niej Pokojem w Strefie Gazy – nie dziwi akces do niej krajów arabskich: Bahrajnu, Jordanii, Kataru, Arabii Saudyjskiej, Maroka i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Oczywiste, że dla nich Gaza pozostaje ważniejsza od Kijowa, a zbrodnie izraelskie od kremlowskich popełnianych w Ukrainie. Podobnie jak dla muzułmańskich, ale nie-arabskich, ludnych za to i strategicznych: Indonezji i Pakistanu. Ten ostatni, jako jedyny z grona sygnatariuszy Rady Pokoju poza Stanami Zjednoczonymi dysponuje bronią jądrową oraz środkami jej przenoszenia. Podobnie nie da się lekceważyć Turcji rządzonej przez Recepa Erdogana, dysponującej drugą pod względem liczebności armią NATO. Z perspektywy znad Bosforu w Gazie giną bracia w wierze, więc nietrudno tureckiemu prezydentowi przyjęcie oferty Trumpa uzasadnić. To już pełna lista sygnatariuszy.
Wystarczy, by ocenić inicjatywę prezydenta Stanów Zjednoczonych nie tyle w kategoriach plajty – bo Trump ma wokół siebie takich, co jak sekretarz stanu Marco Rubio przestrzegali go, że nie ma prawa się udać – co odwrócenia uwagi od wewnętrznych spraw USA i dostarczeniu paliwa republikańskiej kampanii wyborczej.
Nie ma powodu, by Polska, dla której Ukraina ale przede wszystkim obce drony czy balony niby “meteo” lub przemytnicze choć zaopatrzone w niedostępny kontrabandzistom sprzęt nad naszym własnym terytorium pozostają ważniejsze od Strefy Gazy, z całym szacunkiem dla cierpień jej mieszkańców – martwiła się skalą przedsięwzięcia prezydenta USA. Zwłaszcza, jeśli rada Trumpa uszyta jest na miarę wewnętrznej polityki amerykańskiej.
Alternatywa dla ONZ? Poczekajmy z 80 lat…
Paradoksalnie na naszą korzyść działa podział władzy w Polsce z demokratycznej woli wyborców (bo wynik w 2025 r. okazał się odmienny niż 15 października 2025), chociaż wielu obserwatorów uznawało trudną kohabitację prounijnego premiera Donalda Tuska z proamerykańskim prezydentem Karolem Nawrockim za zasadnicze ograniczenie dla możliwości polityki zagranicznej.
Już widzimy, że dzieje się inaczej. Nawrocki uczestniczył w spotkaniu inaugurującym Radę Pokoju, ale praktycznie jako gość. Niczego nie podpisał. A przedstawiciele rządu pokpiwają z Trumpa i jego Rady Pokoju mniej lub bardziej (jak szef dyplomacji Radosław Sikorski) otwarcie. Ten dualizm pozwala Polsce nie angażować się przesadnie ani we wspieranie ani w zwalczanie przedsięwzięcia o głównie propagandowym formacie. Wielkie słowa w kontekście Rady Pokoju okazują się zbędne. Zachować je lepiej na użytek opisu tego, co dzieje się teraz w Ukrainie. I oczywiście w Strefie Gazy również. Z pełną świadomością, że nowe fasadowe gremium nic w tej mierze nie zmieni.
Kto mówi o alternatywie dla Organizacji Narodów Zjednoczonych, powinien mieć świadomość, że ONZ wyłoniła się z popiołów II wojny światowej jako porozumienie jej zwycięzców. I przez ponad 80 lat koordynowała nowy ład międzynarodowy, nawet jeśli z usterkami, to w sposób przecież udany, bo zapobiegła kolejnemu globalnemu konfliktowi, który musiałby przybrać nuklearny wymiar.
Zaś Rada Pokoju Trumpa na razie nawet własnego problemu nie rozwiązała. Nie po to zresztą ją ustanowiono. Jordania czy Kosowo mają pomóc amerykańskim Republikanom w uzyskaniu większości w Kongresie.
Jeśli już to oferta. Jesteśmy sojusznikiem a nie satelitą
Polska się do tego klubu nie zapisuje. Na razie godną odpowiedź stanowi: nic o nas bez nas. Pomijani wcześniej w licznych uzgodnieniach dotyczących Ukrainy, czy nawet wschodniej flanki NATO, którą współtworzymy, nie znajdujemy teraz powodu, by przed szereg wyskakiwać.
Co innego, gdyby obecność w Radzie – poza obowiązkowym wpisowym w wysokości miliarda dolarów, co pozostaje w stylu Trumpa – miałaby się wiązać z otwarciem nowej, stałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce. Wtedy mielibyśmy do czynienia z konkretną ofertą przynajmniej do rozważenia, chociaż niekoniecznie od razu do przyjęcia. A nie wyłącznie z blankietowym poparciem kojarzonym nieuchronnie z czasami zależności PRL od Związku Radzieckiego. Celem działań wolnego świata ma przecież pozostać imperatyw, aby tamta epoka nie wróciła, skoro do odwrócenia katastrofy geopolitycznej, jak nazywa rozpad ZSRR, zmierza główny wróg tego świata Władimir Putin.