Urwaliśmy się z powroza PRON z Jerzym Papugą, kierownikiem działu politycznego miesięcznika “Konfrontacje” z lat 80, redaktorem “Telekabla”, rozmawia Łukasz Perzyna
– Rolę miesięcznika “Konfrontacje” w wydarzeniach z 1988 r. i procesie, jaki w kolejnym roku zaowocował rozmowami Okrągłego Stołu już w roku następnym i bezkrwawą zmianą ustroju, Jan Skórzyński w książce “Ugoda i rewolucja” oddaje następująco: “Dryf ku demokracji – tak Stanisław Stomma określał wówczas sytuację w kraju. (..) Oprócz mielizn i zatorów ów dryf miał także momenty niespodziewanego przyspieszenia. Należał do nich niewątpliwie wywiad z Bronisławem Geremkiem, który ukazał się w lutowym numerze miesięcznika “Konfrontacje”. Pismo wydawane przez PRON aspirowało do pewnej samodzielności, czego wyrazem była opublikowana w 1988 r. seria rozmów z działaczami opozycji. Było to przełamanie istotnego tabu: po raz pierwszy od stanu wojennego przedstawiciele Solidarności uzyskali prawo głosu w prasie kontrolowanej przez władze. Rozmowa z prof. Geremkiem była pierwsza i najważniejsza z tego cyklu. Profesor skorzystał z okazji, aby na forum oficjalnym zgłosić ofertę zawarcia paktu antykryzysowego, która pojawiła się już wcześniej w dokumentach Solidarności. W roku 1988 idea porozumienia miała, jego zdaniem, większe szanse niż w 1981″ [1]. Dla mnie istotne pozostaje, jak do niej dojrzewało pismo, które stało się wizytówką nowych intencji władzy, przez Pana od początku współtworzone?
– Jan Skórzyński ma rację, gdy wskazuje jako przełomową rozmowę z prof. Bronisławem Geremkiem, przeprowadzoną przez Jerzego Szczęsnego, pod tytułem “Pakt antykryzysowy”. Ten wywiad pobudził debatę- robić okrągły stół czy nie i pod jakimi warunkami? Wywarł wrażenie na kręgach prowadzących dotychczas politykę represji, jak MSW, choć nie bardzo spodobał się u akolitów tego aparatu- np. ówczesna TVP z tego kpiła. Była to gadzinowa robota, szybko uciszona. Wcześniej pojawiały się różne pomysły, żeby władza wyszła naprzeciw oczekiwaniom opozycji. Jak Społeczna Rada Konsultacyjna przy generale Wojciechu Jaruzelskim jako przewodniczącym Rady Państwa. Nie okazały się udane, ale krążyły różne nazwiska, skłonne rzekomo podjąć dialog.
– Bo opozycja uznała je za fasadę, podobnie jak wcześniej oceniła Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego?
– O PRON-ie będzie za chwilę mowa, skoro on właśnie okazał się formalnym dysponentem powstającego w drugiej połowie lat 80. miesięcznika “Konfrontacje”. Z czasem dopiero urwaliśmy się z powroza PRON, z dzisiejszej perspektywy mam wrażenie, że dość szybko i nawet trochę dla nich niepostrzeżenie. W tym czasie, kiedy “Konfrontacje” się tworzyły, ujawniały się rozmaite koncepcje, liczono na przykład na porozumienie ze świeckim zapleczem prymasa Józefa Glempa, gronem skupionych wokół niego katolickich działaczy, mowa była także o działaczach gospodarczych. W tym czasie dla inteligentnych ludzi w obozie władzy stało się oczywiste, że realnego socjalizmu w dotychczasowym kształcie nie da się utrzymać. Że to jest klęska i agonia. Przekonanie o potrzebie zmian ugruntowały wydarzenia w Związku Radzieckim, gdzie Michaił Gorbaczow rozpoczął politykę głasnosti czyli jawności, wiążącą się z odkrywaniem ciemnych kart historii. Publicznie mówiło się wtedy o białych plamach, ich wypełnieniu, z naszej polskiej perspektywy były to raczej plamy krwawe, jak Katyń czy wysiedlenia ludności polskiej po 17 września 1939 roku. Ale zaczęło się o tym mówić, dziwiąc się zresztą, że wschodni bracia nas w tym nijako wyprzedzają.
– Czym “Konfrontacje” różniły się od wcześniejszych prób, które wspólnie oceniamy jako nieudane: Pan, który wtedy działał w studenckim klubie Hybrydy i ja wówczas z kręgu organizacji akademickiej Konfederacji Polski Niepodległej i wydawanego poza cenzurą jej pisma “Orzeł Biały”?
– “Konfrontacje” przerosły pierwotny zamysł. Taka była różnica. Ale wówczas były to dwie strony barykady. Przyszłego ich redaktora naczelnego Marka Goliszewskiego zobaczyłem po raz pierwszy w Hybrydach. Przyszedł tam w 1986 r. Mówił, że stara się jakoś rozluźnić system. Wymieniał sojuszników w tym procesie, jak ZSMP czy nawet redakcja “Walki Młodych”, co we mnie wzbudzało złe odczucia- to czasopismo było naprawdę haniebnie unurzane w różne prowokacje, marcowe z formy i treści. Przyszedł do mnie do Hybryd, bo mieliśmy tam Forum Dyskusyjne Reaktor. Jego pomysł zrodził się jeszcze w latach 1984/85 w akademiku na Kickiego. A ściślej wymyśliliśmy je – studiowałem jeszcze wtedy nauki polityczne – wspólnie z nowym szefem klubu Krzysztofem Gogolem. Zastanawialiśmy się jak działać, żeby nie było wyłącznie szczękościsku i prężenia muskułów. Film, kultura, rock’n’roll, piosenka autorska, kabaret to była znakomita płaszczyzna, ale z czasem przestała wystarczać, chociaż wyświetlaliśmy wtedy filmy nie dopuszczone na ekrany kin repertuarowych, tylko odłożone na półki, stąd zwane “półkownikami”. A Roman Gutek, który pozostanie dla mnie wzorem niezależnego myślenia i działania, wraz ze swoją hybrydową epiką robił przeglądy filmów hiszpańskich, niemieckich, kina kobiet. Klimat Hybryd budowali wtedy ich odchodzący szef Sławomir Rogowski czy właśnie Roman Gutek, ale także Grzegorz Szymański, Maciej Chmiel czy Stefan Laudyn. Zaproponowałem, by zapraszać ludzi, którzy mają coś do powiedzenia, by odpowiadali na zadawane przez innych pytania. Bez względu na to, skąd są- byleby tylko potrafili przedstawić swoje argumenty.
– Z perspektywy 40 lat dość proste się to wydaje?
– Tak…ale na początek wszyscy byli przeciw… A co na to powie partia, ZSP, działacze? Może utopimy przy okazji inne inicjatywy, festiwal Róbrege, OPPA… Powiedziałem, gdy się już zaczęli wahać: jakby co, będziemy udawać, że generał Jaruzelski o wszystkim wie. Nie była to taktyka pozbawiona elementów prawdopodobieństwa, żona generała Barbara była przecież wykładowczynią na germanistyce Uniwersytetu Warszawskiego, musiała mijać nasze nabazgrane czerwoną farbą plakaty i rozmawiać wieczorami o tym z mężem.. Zaczęliśmy więc to robić, tak po prostu, licząc na to, że może sami nie trafimy do paki. Zaczęło się naprawdę bardzo serio- właściwie co 2 tygodnie ktoś ciekawy do nas przybywał, przeciskając się przez publiczność. A to Piotr Wierzbicki, a to Mirosław Dzielski czy Zbigniew Zapasiewicz, a z polityków Kuroń, Bugaj, Michnik, Edelman, publicystów Król, Kisiel. W 1986 r. zorganizowaliśmy trzydniową sesję o Leopoldzie Tyrmandzie, szybko wzięliśmy się za problem moralnych konsekwencji Holocaustu- z Markiem Edelmanem i Adiną Świdowską- Szwajger, przyjechał do nas ze Szwecji Natan Tenenbaum, chcieliśmy zaprosić do Hybryd Jacka Kaczmarskiego i w tej sprawie korespondowaliśmy z RPO prof. Łętowską. No szajba kompletna, i naprawdę naszą durną postawą zaczynaliśmy testować wytrzymałość systemu- czyli np. tego że nad klubem patronat miało ZSP. No i np. odbyła się w Hybrydach rozmowa ze Stefanem Kisielewskim, bardzo głośna i chyba opisana przez Kisiela w jednym z felietonów- co dało nas placet na szersze poczynania także wobec opozycji. Szliśmy do przodu na zupełnie wariackich papierach. Kiedy występowali u nas artyści z ZSRR, gdzie trwała już pierestrojka, przyszli, żeby ich posłuchać Wiktor Woroszylski i Jacek Kuroń, a Ateneum przeprowadziło próbę generalną spektaklu „ Wysocki”- zupełnie genialnie dyrygowaną przez Wojciech Młynarskiego. Z czasem zawitał do nas Guenter Grass, który akurat był w Polsce, a u nas znalazł się w towarzystwie takich dyskutantów, jak Jan Józef Lipski, Kazimierz Wóycicki czy Adam Michnik. No i zaczęło być o nas głośno tu i tam.
– Z czym przyszedł do Pana Marek Goliszewski?
– Z włosami nieco na blond ufarbowanymi, chyba to pasemka były nawet, w pięknych białych skarpetkach, można powiedzieć że reprezentował styl ówczesnego ZSMP- człowieka sukcesu tego środowiska. Ale mówił, że czas poluzować lejce, że chce kogoś, kto już to próbuje robić. I trafia się szansa, żeby rzeczywiście to robić, choć powołał się na Jerzego Jaskiernię, szefa tej organizacji. Trzeba pokazać białe plamy historii i generalnie zacząć nowe otwarcie. Co więcej, PRON będzie temu patronować. A pokoje redakcyjne na Flory są już gotowe. Do naszego spotkania w Hybrydach doszło bodaj we wrześniu 1986 r. i chyba parę razy jeszcze rozmawialiśmy.
– Wtedy, we wrześniu 1986 r. Czesław Kiszczak ogłosił w telewizji zwolnienie więźniów politycznych, więc termin trudno nazwać przypadkowym? Nowy kurs stawał się faktem?
– Poszliśmy na Flory na zebranie tego nowego przedsięwzięcia, my z Hybryd we dwóch, bo Krzysztof Gogol nie mógł- z Jarosławem Kozaneckim, pseudonim Barber, opozycjonistą z polonistyki i naszym kolegą z klubu. Trochę z ciekawości. I rozmaitych ludzi tam zastaliśmy. Wojciech Garstka od razu się przedstawił, że jest w stopniu majora i reprezentuje MSW. To nas zmroziło, Kozanecki zażartował, że my reprezentujemy raczej tych, którymi MSW zwykło się interesować i aresztować. Ale Garstka powiedział, że zapomniał kajdanek, i proponuje herbatę. Wtedy zacząłem pracować w Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR. W sferze naukowo-badawczej interesowały mnie struktury poziome, które w PZPR pojawiły się, na największą skalę w Toruniu, ale i w innych ośrodkach, w okresie legalnego działania Solidarności (1980-81). Rozmawiałem o tym m.in z Wojciechem Lamentowiczem. Z drugiej strony było w tym samym czasie Katowickie Forum Partyjne, niezmiernie zachowawcze, w praktyce stalinowskie. Badania moje dotyczyły, jak się to wszystko ma do zasady centralizmu demokratycznego. Co do praktyk aparatu represji, nie mieliśmy złudzeń, Garstka okazał się zresztą człowiekiem rozmownym, a praca na partyjnej uczelni była jak się okazało doskonałym parasolem.
– A tu nagle ta obecność Garstki, z czasem ogłoszonego rzecznikiem gen. Kiszczaka?
– Skoro “Konfrontacje” stanowiły próbę otwarcia, głupio byłoby się od niej izolować, bo jednak w Hybrydach namawialiśmy do otwarcia i wsłuchiwania się w swoje racje. Zaraz przekonałem się, że warto podjąć ryzyko współpracy z Goliszewskim. Zorganizowałem w Hybrydach spotkanie z mec. Władysławem Siłą-Nowickim. Udało się, łudzi tłum, ciekawa dyskusja. A ja przeprowadziłem- kierując się pytaniami zadawanymi także z sali – wywiad z mecenasem, bo Goliszewski uznał to za dobry pomysł. I przekazałem Sile-Nowickiemu efekt do autoryzacji, która dla mnie okazała się zresztą szkołą warsztatu. A redaktor naczelny Marek Goliszewski dał tę rozmowę do “Konfrontacji” a ściślej ich numeru zerowego, drukowanego w Kielcach, na podłym papierze( numer zerowy zalano farbą). Na okładce znalazło się moje i naczelnego zdjęcie w scenerii walki bokserskiej, co mojemu temperamentowi mało odpowiadało, bo wtedy jak i później byłem koncyliacyjny, nastawiony na zgodę. Natomiast Goliszewski wcześniej był zapaśnikiem, a z czasem wykidajłą w Maximie. Wypłacał za pracę w “Konfrontacjach” niezłe pieniądze z punktu widzenia młodego człowieka, który wtedy właśnie z pierwszą żoną się rozszedł, ale miał dziecko, za które czuł się dość odpowiedzialny. Pierwsza wypłata oznaczała oczywiście bankiet w Hybrydach, ale zostało jeszcze na spore alimenty dla dziecka. Jeśli chodzi o numer zerowy, zdecydowana większość nakładu została zniszczona, przetrwało do dzisiaj może z dziesięć egzemplarzy, jeden z nich mam. Za to kiedy ukazała się jedynka, prawdziwy pierwszy numer, a nie żadna zerówka, lawiny nie dało się już powstrzymać. Nadchodziły liściki i bileciki od prominentów w tym od samego Jerzego Urbana, rzecznika rządu, że tematyka ciekawa i życzy powodzenia.
– A Garstka? Co on na to? Jak się zachowywał?
– Nie redagował. Siedział głównie i słuchał, czasem dyskutował- jak na ówczesne czasy całkiem do rzeczy. Wtedy w redakcji wiele się dyskutowało, jeśli ktoś zajrzał do nas z zewnątrz, odnieść mógł wrażenie, że głównie na niekończących się debatach praca w “Konfrontacjach” polega. Czasem więc tylko Garstka o coś pytał. W MSW działało wtedy Biuro Analiz, rodzaj białego wywiadu, raporty dostarczało generałowi Kiszczakowi na biurko. A gen. Jaruzelski, jak to wojskowy, oczekiwał w poniedziałek rano analizy nastrojów.
– Skoro Garstka nie pisał, ani nie redagował, to kto się zajmował tymi podstawowymi dla dziennikarstwa czynnościami?
– Jak już wspomniałem, rozmowę z prof. Geremkiem przeprowadził Jerzy Szczęsny, wcześniej związany z prasą katolicką, o ile mnie pamięć nie myli, pracował dla “Powściągliwości i Pracy”. Wywiad z Geremkiem stał się kamieniem milowym. Chociaż dialog w rozmaitych dyskretnych formach trwał zawsze, również wtedy, kiedy znaczna część opozycji siedziała w więzieniu. Dla nas ta rozmowa oznaczała, że demonstruje się odejście od aktów przemocy, że zaczyna się słuchać argumentów drugiej strony. Jeśli nawet spór trwa, zostaje przeniesiony na poziom narracji. Jako kierownik działu politycznego w sposób oczywisty tam najważniejszego – opowiadałem się przeciwko autocenzurze. Publicznie mówiłem, że jest człowiek na ulicy Mysiej, który ma pracę taką, za którą swoje kilka tysięcy co miesiąc bierze- więc nie zamierzamy go jej pozbawiać, ani tym bardziej go wyręczać. Zaczęliśmy w piśmie oznaczać ingerencje cenzury czterema myślnikami w kwadratowych nawiasach. Wywiad z Geremkiem stał się absolutnym hitem, ale przeprowadziliśmy też rozmowy z każdym dosłownie, np. Janem Józefem Szczepańskim, prezesem rozwiązanego przez władze Związku Literatów Polskich oraz z Zofią Kuratowską, która już wtedy mówił o dwuznacznej roli Kościoła i prawach mniejszości.
– Wtedy to były postacie, których wypowiedzi jeśli spodziewano się w prasie przechodzącej przez cenzurę, to co najwyżej w katolickim “Tygodniku Powszechnym”?
– Na pewno tak rozumowano. I myśmy to tabu przełamali- łamy dosłownie zapełnialiśmy postaciami sztandarowymi dla drugiej strony. Pyta Pan, kto jeszcze tworzył “Konfrontacje”. Znakomite felietony pisał dla nas Aleksander Wieczorkowski. Kozaneckiemu świetnie wychodziły tematy kulturalne. Akurat w 1987 r. kiepsko było z “Radarem”, pismem młodej inteligencji. Przejęliśmy więc ludzi stamtąd, pojawili się u nas: Anna Bilska, Adam Kowalski i Stefan Marody, z długim i niezmiernie bogatym życiorysem, przeżył przecież getto. Goliszewski – nie wiem, czy tylko tak mówił, czy rzeczywiście miał taką wizję – chciał z pismem trafić do aparatu władzy, sterowaliśmy jednak głównie w stronę inteligenckiej publiczności. Ale faktem jest, ze aparat władzy to czasopismo czytał, wiem to ze swej działalności w ANS- kiedy studenci tej partyjnej uczelni godzinami o tym cośmy pisali na lamach dyskutowali. Co ciekawe, później widywałem ich na Wiejskiej w charakterze posłów, jako reprezentantów wszystkich sił politycznych.
– A jak sponsor z PRON na to reagował?
– Redaktor naczelny Marek Goliszewski i sekretarz redakcji Adam Kowalski, z później Robert Olesiński chodzili tam na spotkania i konwentykle. Na czele PRON stał wtedy poważny katolicki pisarz Jan Dobraczyński. Najbliższa była mu tradycja narodowej demokracji. Kiedyś w piśmie pojawił się dziennikarz o endeckich przekonaniach, związany z PAX i rzucający antysemickie aluzje, ale na łamach żadne podobne akcenty się nie znalazły. Za to z kręgu kierownictwa PRON niezmiernie nam życzliwa pozostawała prof. Anna Przecławska, osoba o wielkiej kulturze i szerokich horyzontach. Oczywiście w miarę wzrostu tempa wydarzeń zmniejszał się wpływ PRON na redakcję “Konfrontacji”.
– A ministrowi spraw wewnętrznych gen. Czesławowi Kiszczakowi do czego byliście potrzebni?
– Hasać mogliśmy, bo ktoś pozwolił, co oczywiste. To nie była jeszcze wolna Polska, wszyscy o tym wiedzieliśmy. Kiszczakowi “Konfrontacje” służyły do zbadania nastrojów własnego zaplecza poprzez śledzenie reakcji na nasze teksty. Zarówno zawartością pisma, jak tą drugą kwestią żywo interesowali się też Amerykanie, jak również ambasada brytyjska. Trzeba pamiętać, że obok toczących się rozmów, które z czasem zaowocowały Okrągłym Stołem, trwały też strajki i demonstracje, najsilniejsze w maju i sierpniu 1988 r. Solidarność miała powrócić, ogarniała lud pracujący miast i wsi, ale nie miała szans, bo ogarnąć aparat przemocy. Wiadomo było, że jego struktury nie mogą zostać naruszone, chodziło jednak o przekierowanie myślenia na inne tory. Rozmawialiśmy o tym np. z Krzysztofem Kozłowskim. Gdy przeprowadzaliśmy z nim wywiad, był jeszcze redaktorem “Tygodnika Powszechnego”, kiedy rozmowa się już w “Konfrontacjach” ukazała – już wiceministrem spraw wewnętrznych. Ale Kiszczak pozostał jeszcze na stanowisku aż do lata 1990 r.
– Jak “Konfrontacje” odnalazły się wśród tych wszystkich zmian? To retoryczne pytanie, współtworzyliście przemiany, które z czasem Was wygasiły?
– Ogień prometejski musiał wygasnąć. Paliwo zaczęło się wyczerpywać. Goliszewski zajął się organizowaniem przedsiębiorców, tworzył Business Center Club, z jego transferu do wielkiej polityki nic nie wyszło, chociaż podobno Mieczysław F. Rakowski proponował mu, żeby został podobnie jak Marek Król jednym z młodych sekretarzy KC PZPR. Interesowali nas wtedy młodzi politycy, z nimi robiliśmy wywiady, m.in z Wiesławem Kaczmarkiem z PZPR, który przed drugą turą wyborów czerwcowych w 1989 r. pozyskał dyskretne poparcie Solidarności w walce o mandat przypisany PZPR, z Jackiem Soską z PSL, Andrzejem Halickim z Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Potem jego ojciec, szef firmy Polbud przejął finansowanie pisma. Wśród autorów pojawiła się Joanna Kluzik-Rostkowska. A z czasem także jednorazowo Jacek Kurski. To bardzo ciekawa opowieść- przyniósł kiedyś do redakcji tekst zaciekle atakujący ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego. Napaść na establishment, tak to było pomyślane, jako efekt kija w mrowisko. Mieliśmy przygotowany wywiad z szefem dyplomacji. Optowałem za tym, żeby puścić oba teksty, Kurskiego i tę rozmowę i tak też się stało. Zdążyli jeszcze do nas pisać moi koledzy z Sejmu, gdzie już byłem korespondentem, m.in. Tomasz Lis i Grzegorz Miecugow, a także Grzegorz Schetyna, który chyba chciał być wówczas dziennikarzem.
– Cofnijmy się jeszcze nieco w czasie, Pan był wraz z redakcją tak blisko tych spraw, więc czy potwierdzi Pan istnienie planu alternatywnego władzy, ale nie odejścia od rozmów, tylko dogadania się z kim innym, z Leszkiem Moczulskim czy nawet Januszem Korwinem-Mikke, których establishment “S” nie dopuścił do Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, stanowiącego potem filar opozycyjnej reprezentacji przy Okrągłym Stole?
– Latem bodaj 1989 roku przyszedł do redakcji Goliszewski z nowymi wieściami. I rzeczywiście mówił, że opozycja już się tak rozsiadła, a przecież są jeszcze inni politycy, choćby Moczulski. Jednak wywiad z nim, jak uznaliśmy, nie wchodził w grę, bo byłby przegadany. Zamiast niego ukazał się obszerny reportaż o Konfederacji Polski Niepodległej- jak zajmuje siedziby po ZSMP, po PZPR. Wiele wskazuje na to, że plan, o który Pan pyta, rzeczywiście istniał, chociaż ziścił się inny wariant, a ten był rezerwowy. O służbach specjalnych wspominałem, jak powoli przeprowadzano tam zmiany. Za to w sferze samorządów błyskawicznie udało się wszystko, już na wiosnę 1990 r. odbyły się wybory bez żadnego kontraktu- i to był naprawdę pierwszy wielki sukces wolnej Polski. Pokazało to realne możliwości zmian, w kolejnych dekadach już tak nie wykorzystywane. Niedawno Aleksander Kwaśniewski ocenił w wywiadzie dla “Polityki”, że źle się stało, iż PO i PiS nie rządziły razem choćby przez chwilę, jak miały to robić pod wodzą premiera z Krakowa Jana Rokity w 2005 r.. Takie bezpośrednie ich zetknięcie rozbroiło by zapewne wiele min i wzajemnych uprzedzeń. Frustrujące byłoby, gdybyśmy uznali, że jedynie zagrożenie z zewnątrz może nas jakoś zjednoczyć czy umożliwić współdziałania, jak tego nie wykluczył ostatnio b. premier Mateusz Morawiecki. Cele pozytywne też powinny stawać się wspólne. Wejście Polski do Grupy G-20 warte pozostaje współdziałania polityków spod rozmaitych znaków. To naprawdę może być kapitalne zwieńczenie czasu przeszłego dokonanego.
– Zajmuje się Pan branżą medialną. Czy tam natrafia Pan na przejawy współdziałania ponad podziałami, podobne, jakich dostarcza historia przełomu lat 80 i 90?
– Zaraz po potwierdzeniu wiadomości o pełnoskalowej inwazji armii Władimira Putina na Ukrainę w lutym 2022 r. operatorzy telewizji – sami z siebie- jeszcze przed uchwałą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w tej sprawie – błyskawicznie odłączyli rosyjskie przekazy. To dla nich było wtedy oczywiste, piękny przykład, prawda?
[1] Jan Skórzyński. Ugoda i rewolucja. Władza i opozycja 1985-1989. Presspublica, Warszawa 1995, s. 58-59
Inna, rozszerzona wersja rozmowy z Jerzym Papugą ukaże się w wiosennym numerze pisma “Opinia”