Sprzeciw prezydenta Karola Nawrockiego wobec przekształcania Unii Europejskiej we wspólnotę również obronną, ogłoszony w trakcie odprawy kierownictwa MON, powinien zdopingować premiera Donalda Tuska do bardziej stanowczego popierania tego właśnie projektu. Polska może nawet odnieść korzyści z podziału władzy w kraju, nawet jeśli zwykle kohabitację uznaje się za utrudnienie dla prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej. Teraz jednak trzeba się dogadywać zarówno z Waszyngtonem jak z Brukselą.
W trakcie czwartkowego expose dotyczącego polityki zagranicznej wicepremier i szef dyplomacji Radosław Sikorski mówił w Sejmie: – Jesteśmy i będziemy lojalnymi sojusznikami Ameryki. Ale nie będziemy frajerami.
W kilkadziesiąt minut później podczas swojej konferencji w tym samym gmachu Karol Nawrocki oznajmił: – Problemu Polexitu nie ma.
Kwestię wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej prezydent uznał za wymyśloną, niewartą kwadransa, jaki poświęcił jej w swoim wystąpieniu Sikorski. Nawrocki zarzucił zarazem szefowi dyplomacji brak asertywności wobec najsilniejszych państw UE, zwłaszcza Niemiec.
Priorytety obu obozów przywodzą na myśl słynną anegdotę o lwowskim matematyku, którego na ulicy zaczepia wiejska baba z siatami.
– Proszę pana, czy ja w dobrym kierunku do dworca idę?
– Kierunek dobry, ale zwrot przeciwny – odpowiada z precyzyjną dokładnością uczony.
Pogodzenie stanowisk obozu rządowego i prezydenta wraz z jego pisowskim zapleczem… nie jest zapewne możliwe, ale mogą się one uzupełniać. Całkiem jak – jeśli od dykteryjki przejdziemy niemal do patosu – w trakcie odzyskiwania niepodległości i walki o granice w latach 1918/19 współdziałali ze sobą piłsudczycy i narodowi demokraci.
Oba sojusze, w których uczestniczy Polska: NATO jako pakt militarny oraz Unia Europejska jako wspólnota gospodarczo-polityczna – znajdują się w kryzysie. Może on oznaczać przesilenie, nawet pozytywne, chociaż pojawia się zarazem groźba rozpadu i podziału. Nie tylko z winy kremlowskiej agresji na Ukrainę trwającej już cztery lata, ale również za sprawą nieobliczalnej polityki, prowadzonej przez administrację Donalda Trumpa. Polska musi się w tym odnaleźć, to największe wyzwanie od ponad ćwierćwiecza, kiedy to inny amerykański prezydent Bill Clinton przyjął nas do NATO w jedynym momencie, w którym stało się to możliwe.
Gdy w marcu 1999 r. przystępowaliśmy do Sojuszu Atlantyckiego, wykorzystaliśmy splot okoliczności, które nigdy wcześniej ani później już nie zaistniały. Rządząca wtedy w Moskwie ekipa Borysa Jelcyna potrzebowała zachodniej w tym amerykańskiej pomocy dla uśmierzenia skutków kryzysu finansowego z lata 1998 r. w świecie nazwanego po prostu rosyjskim. Zaś w niespełna pół roku później premierem został tam dotychczasowy szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa i weteran KGB Władimir Putin, a więc po momencie, w którym to nastąpiło w sierpniu 1998 r. polska akcesja do NATO nie byłaby już możliwa.
Jastrzębie musiały poczekać
“Timing” wstąpienia Polski do sojuszu, zwłaszcza teraz ale i przez ponad ćwierć wieku stanowiącego podstawę naszego bezpieczeństwa, okazał się więc perfekcyjny. Clinton potrzebował sukcesu, jaki stanowiło dla Ameryki rozszerzenie NATO i instytucjonalna korekta stref wpływu wielkich mocarstw w Europie, bo chociaż jego druga kadencja miała się już końcowi, chciał zwiększyć szanse innego demokraty, swojego zastępcy Ala Gore’a na prezydenturę (co sią akurat nie udało, bo w 2000 r. przegrał on z republikaninem Georgem Bushem juniorem).
Na Kremlu jastrzębie dopiero szykowały się do lotu po władzę: w trakcie kryzysu finansowego w lipcu 1998 r. Putin dowiedział się od ówczesnego premiera Siergieja Kirijenki z racji młodego wieku przezwanego “Kinderniespodzianką”, że Jelcyn powołuje go na stanowisko szefa FSB. Jeszcze przez rok jednak o priorytetach decydowały rachuby samego prezydenta na finansowe wsparcie ze strony Ameryki, które zresztą okazały się zasadne, a nie geopolityka na obrzeżach imperium.
Teraz w wiele lat po śmierci Jelcyna, Putin uczynił wojnę w Ukrainie fundamentem rosyjskiej strategii odwracania “klęski geopolitycznej” za jaką uznał on rozpad ZSRR, zaś Kirijenko – skoro zna się na gospodarce, chociaż wspomnianemu kryzysowi z 1998 r. nie zapobiegł – koordynuje eksploatację zagarniętych w trakcie inwazji ziem ukraińskich.
Sami zapracowaliśmy na własne bezpieczeństwo
Akcesji i pozyskania przez Polskę trwałej podstawy bezpieczeństwa nie zawdzięczamy jednak wyłącznie sprzyjającemu układowi gwiazd ani nawet wyraźnemu uwrażliwieniu Clintona na problemy Europy Środkowej i Wschodniej, które zawdzięcza swojemu mentorowi z czasu studiów w Oksfordzie prof. Zbigniewowi Pełczyńskiemu, weteranowi akowskiego ruchu oporu i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Na wejście Polski do NATO pod koniec lat 90. zapracowała zarówno rządząca wtedy koalicja Akcji Wyborczej z Unią Wolności, jak obóz postkomunistyczny. Tak samo premier Jerzy Buzek, jak prezydent Aleksander Kwaśniewski. Sama życzliwość administracji Clintona nie wystarczyła, sprawa akcesji wymagała skutecznego lobbingu wśród amerykańskich senatorów i przełamania żywych wśród nich tendencji izolacjonistycznych. Zarówno w Izbie Reprezentantów jak Senacie USA obawiano się wtedy, że przyjęcie Polski do atlantyckiej wspólnoty wciągnie Amerykę w przyszły konflikt z Rosją. Przy uśmierzaniu tych lęków współpracowali ze sobą przedstawiciele różnych tradycji i obozów politycznych w Polsce.
Jak Czarzasty jednoosobowo Unię Europejską rozszerza
Teraz dostrzec można raczej ścieranie się stanowisk, co nie ogranicza się wyłącznie do dwubiegunowego podziału. Inni też, raczej dla poklasku, zaznaczają swoje interesy, gdy o kwestie dyplomacji chodzi. Przebywający w Kijowie w czwartą rocznicę inwazji rosyjskiej marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty nie tylko zasadnie wypowiedział pod adresem gospodarzy słowa otuchy i poparcia, ale również obiecał im przyszłe miejsce w Unii Europejskiej. Chociaż nie taka jest jego rola, bo prowadzenie polityki zagranicznej nie do marszałka na pewno należy. Zwłaszcza zaś składanie na wyrost podobnych zobowiązań.
Szkoda tym większa, że wpuszczenie Ukrainy do UE skróconą drogą musiałoby się dokonać z krzywdą rolnika polskiego, jak również francuskiego. Zalew tanich, ale nie spełniających norm sanitarnych ani żadnych innych, produktów z tej branży, może oznaczać dla rodzimej gospodarki ciężką traumę. Ze stratami z powodu umowy z Mercosur nie ma porównania. To kolejny przykład, jak bardzo w dyplomacji warto ważyć słowa. Zwłaszcza, gdy nie ma się z formalnego punktu widzenia prawa, by ją w ogóle podejmować i uprawiać.
Racja stanu: drogowskaz, nie rekwizyt
Ostatnim na razie polskim politykiem, który odwoływał się do pojęcia racji stanu, okazał się Jan Olszewski – pierwszy premier, który osiągnął wzrost gospodarczy po zmianie ustroju państwa. Stało się to możliwe za sprawą wywodzącej się z różnych tradycji i szkół myślenia ekipy, jaką dobrał sobie wtedy Mecenas. Ministrem finansów był wówczas Andrzej Olechowski, pracy – Jerzy Kropiwnicki, a doradcą gospodarczym Dariusz Grabowski. Troskę o Polskę połączyli z rozmaitymi ścieżkami pragmatycznego działania, co przyniosło efekt, unaoczniający milionom, że od socjalizmu realnego opłacało się odejść.
Nawet jeśli obecne przesilenie nie zaowocuje podobną zgodą ponad podziałami – warto przy okazji szukania dla Polski, jeśli rzecz przedstawimy obrazowo, miejsca w wolnym świecie nie sprowadzającego się wyłącznie do pozycji na globusie i sumy geopolitycznych fatalizmów, co nas trapiły i ograniczały w trudnych czasach – odkurzyć również kategorię racji stanu. Samo tempo i dramaturgia wydarzeń pokazują, że za wcześnie na odsyłanie jej do muzeum myśli politycznej.