Nieobecni nie mają racji
Absencja Polaków na tegorocznym Mundialu stwarza krajowej piłce nożnej problem nie tylko prestiżowy. Zawsze, gdy nie graliśmy z najlepszymi – prowadziło to do zapaści. W kolejnych eliminacjach – do Euro losowani przez to będziemy z niższego koszyka, więc o awans znów będzie trudniej. Nawet w jeszcze mniej prestiżowej Lidze Narodów już spadliśmy na słabszy poziom rozgrywek. Liderzy stopniowo kończą karierę, a następców nie widać.
Nie trzeba cofać się aż do czasów legendarnych drużyn Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, trzecich w świecie odpowiednio w 1974 i 1982 roku, wystarczy o cztery lata. Po pokonaniu w barażach tej samej Szwecji, z którą teraz na tym samym szczeblu przegraliśmy – już w trakcie Mundialu w Katarze przegraliśmy i to honorowo wyłącznie z dwiema najlepszymi tam drużynami: mistrzem świata Argentyną i wicemistrzem Francją, zremisowaliśmy z wyżej od nas notowanym Meksykiem i pokonaliśmy Arabię Saudyjską, której jako jedynej udało się na tym turnieju pokonać późniejszych zwycięzców Argentyńczyków. Wydawało się, że 15. miejsce w świecie, najlepsze od czasów Piechniczka (w 1986 r. jego kadra była w Meksyku 14.) sprzyja ustabilizowaniu pozycji Polski w czołówce światowego futbolu. Decydenci krajowej piłki nożnej postanowili jednak inaczej. Zamiast dać premię selekcjonerowi Czesławowi Michniewiczowi – zwolniono go za to, że reprezentacja brzydko gra, chociaż futbol to nie łyżwiarstwo figurowe ani nawet skoki narciarskie, gdzie przyznaje się noty za styl. Zaczął się eksperyment z kolejnym trenerem z Portugalii (wcześniej Michniewicz przyszedł w miejsce Paula Sousy, gdy ten przegrał wszystko, co tylko mógł), który rychło doprowadził do porażek nawet z Mołdawią. Po Fernandzie Santosie sytuację kolejno próbowali uporządkować Michał Probierz i Jan Urban. Jak się przekonaliśmy w Sztokholmie – bez skutku. Polski problem z futbolem nie ma źródeł wyłącznie na boisku: wynika z nieumiejętności poszanowania tego, co już osiągnięto. I autorów sukcesu. Kibice potrafią się z niego cieszyć, gdy nastąpi. Działacze nie. Szarlatan Sousa pojawił się na czele reprezentacji dlatego, że zwolniono zamiast wynagrodzić Jerzego Brzęczka kiedy wywalczył awans na kolejne Euro. Brzęczka docenimy, gdy nie zakwalifikujemy się na jeszcze następne, podobnie jak po braku kwalifikacji na Mundial uznajemy osiągnięcie Michniewicza w poprzednich, katarskich finałach.
Teraz, gdy w gronie 48 najlepszych w świecie się nie znaleźliśmy – mało kto zechce grać z nami mecze towarzyskie. Skoro przed Polską są w Europie nie tylko Austria (potęga bardziej w narciarstwie zjazdowym niż w futbolu) ale także Bośnia i Hercegowina – a za Górskiego w finałach w NIemczech (1974 r.) wygraliśmy z całą Jugosławią 2:1. Rozbiliśmy wtedy na tym samym turnieju aż 7:0 Haiti, wtedy było to drugie najwyższe zwycięstwo po meczu państw, co już teraz nie istnieją: Jugosławia – Zair 9:0.
Na tegoroczny Mundial Haiti pojedzie. Polska nie.
Ta dysproporcja oddaje bezmiar kryzysu rodzimego futbolu. W USA, Kanadzie i Meksyku zagrają Jordania czy Uzbekistan, państwa nie kojarzące się zwykle z piłką nożną. Curacao co kojarzy się z likierem a nie kornerem oraz Wyspy Zielonego Przylądka – raj wakacyjny, znany z all inclusive bardziej niż z boisk. Rzutem na taśmę wywalczyli awans na Mundial Czesi, z którym zwykliśmy w piłkę nożną wygrywać, tak jak nieodmiennie przegrywamy z nimi w hokeja na lodzie.
Zmniejszy się wartość rynkowa polskich zawodników, pragnących szlakiem Roberta Lewandowskiego, którego kiedyś nie chciała Legia Warszawa, podbijać Europę. Nazwisko w futbolu wyrabia się bowiem na Mundialu, za sprawą transmisji telewizyjnych, a nie w Lidze Narodów, gdzie dopiero co spadliśmy do niższej klasy, więc nie zagramy z najlepszymi.
Zaś dla krajowych klubów od lat – konkretnie już dziesięciu sezonów – nieosiągalna pozostaje faza grupowa Ligi Mistrzów z udziałem 36 najlepszych zespołów, chociaż w 1983 r. łódzki Widzew pomimo trudnego dla Polski czasu i braku Zbigniewa Bońka (który przeniósł się wtedy do turyńskiego Juventusu) walczył w gronie czterech najlepszych drużyn Europy, a w pierwszej ósemce kontynentu warszawska Legia znalazła się w 1996 r.
Chełpienie się pozornymi sukcesami jak udział dwóch polskich klubów w gronie szesnastu najlepszych w Lidze Konferencji, niżej bez porównania notowanej nie tylko niż ta Mistrzów ale nawet druga w hierarchii Liga Europy – to zabieg marketingowy wzbudzający śmiech wytrawnych kibiców. W latach zwycięstw polskiej piłki odpadnięcie na podobnym szczeblu rozgrywek (wtedy pod nazwą Pucharu UEFA) słusznie uznawano za porażkę.
Wrócić więc wypada do problemu…
…dlaczego w Legii nie poznano się na Lewandowskim…
…tym samym Robercie, później dumie narodowej, którego doceniły kolejno Borussia Dortmund, Bayern Monachium oraz Barcelona, drużyny z najwyższej półki, z których każda poszczycić się może wygraniem elitarnej Ligi Mistrzów. Oficjalnie w Legii stwierdzono, że Lewandowski jest za wątły i podatny na kontuzje, więc nie rokuje to wielkiej kariery, A negatywną decyzję przekazała przyszłemu gwiazdorowi klubowa sekretarka.
Polskie zespoły od lat stanowią przechowalnię dla zawodników zagranicznych szykowanych do kariery w klubach zachodnich,. Zyskują oni – bo zamiast siedzieć na ławce biegają po boisku, ale przede wszystkim ich menedżerowie, co na tym procederze zarabiają. Tracą polskie talenty piłkarskie, gdy nie mogą przebić się do pierwszego składu.
Odpowiedź na pytanie dlaczego Lewandowskiego nie chciano w Warszawie nie zawiera się więc w sferze anegdot o niekompetencji działaczy, trenerów i skautów (to harcerskie określenie oznacza w futbolu płatnego łowcę talentów), ale w strefie, jaką określić można mianem pato-biznesu.
Trudno jednak jej dominację za fatalizm uznać, skoro odrzucony przez Legię Robert Lewandowski znalazł jednak przyczółek do dalszej błyskotliwej kariery w poznańskim Lechu, borykającym się przecież z podobnymi problemami. W różnicy postaw bossów obu zespołów wobec obecnej dumy polskiej piłki szukać można odpowiedzi na pytanie, dlaczego obecnie, przy podobnym budżecie rocznym. Lech walczy o kolejne mistrzostwo Polski, a Legia już tylko o utrzymanie się w Ekstraklasie…
Nie piłkarze z krajowej ligi stanowią jednak trzon reprezentacji narodowej, lecz ci występujący w klubach zagranicznych. A żeby tam dostać dobry kontrakt, zwykle trzeba przedtem pokazać się z dobrej strony na Mundialu. I tak koło się zamyka…
Oczywiście wielu zawodników, co już takie kontrakty mają, przylatywało “na kadrę” byle mecz odbębnić i nie dawało z siebie na boisku tyle, co w klubie. Już wkrótce przekonają się, jaki błąd popełnili. Kiedy okaże się, że umowy z najwyższymi kwotami rocznymi i “za podpis na kontrakcie” zarezerwowane są dla bohaterów tego Mundialu, na który Polsce – za sprawą tak indolencji działaczy jak braku motywacji samych zawodników – nie udało się pojechać. Jedni i drudzy zostaną w domach i mają się nad czym zastanawiać.