Afera milionera

0
0

Donald Tusk popełnia poważny błąd, sprowadzając dyskusję o nieprawościach w warszawskim Szpitalu Południowym do kwestii wynagrodzeń lekarzy. Dawid Kacprzyk popełnił nadużycia nie dlatego, że jest medykiem, tylko z tego powodu, że czuł się bezkarny jako działacz i radny partii rządzącej, umożliwiający jej prominentom leczenie poza kolejnością.

Efekt może okazać się dla Koalicji Obywatelskiej dotkliwy: nie zyska sympatii pacjentów, straci za to poparcie lekarzy, gdy poczują się przedmiotem nagonki.

Lista poszkodowanych w aferze spowodowanej przez Dawida Kacprzyka, znanego z astronomicznych wynagrodzeń za nie pełnione dyżury – pozostaje dłuższa niż lista winnych. Media głównego nurtu skupiają się na tych drugich. Nie są jednak nimi lekarze, wciąż szanowana zasłużenie grupa zawodowa. Kominy płacowe dotyczą niewielu z nich.

Trzaskowski odpowiada za ten szpital. Za partyjne kadry również

Winien jest na pewno Rafał Trzaskowski, niedawny kandydat KO na prezydenta kraju, pod którego nadzorem z racji pełnienia przez niego funkcji włodarza stolicy pozostaje Szpital Południowy. Odpowiedzialność powinni ponieść politycy Koalicji Obywatelskiej, zwłaszcza posłowie, którzy bezdusznie i kosztem innych pacjentów poza kolejką korzystali z szybkiej ścieżki badań w nieformalnym “oddziale VIP-owskim” Szpitala Południowego. Ich nazwiska muszą zostać podane do wiadomości powszechnej, ochrona danych osobowych ich jako osób publicznych nie dotyczy, skoro skorzystali z nieuzasadnionych przywilejów, co przybrało aferalny charakter.

Modne słowo “audyt” korupcji nie przesłoni. Nie ma też większego znaczenia fakt, że Kacprzyk już w tym szpitalu nie pracuje, nie jest też od niedawna radnym ani członkiem KO. Podobnie jak to, że zaczął zwracać nielegalnie pozyskane pieniądze za fikcyjne dyżury, w trakcie których występował w telewizji jako ekspert (nie było lepszych?) czy brał udział w posiedzeniu ursuskiej rady dzielnicy. Jeśli klient Lidla czy Biedronki, schwytany za rękaw przez innego obywatela po tym, jak wyniósł towary za pazuchą bez płacenia za nie, do sklepu powróci i wszystko tam odda – ochrona i tak wezwie policję. To zupełnie oczywiste dla myślącego człowieka. A reszta należy do prokuratora i sądu.

Lista poszkodowanych okazuje się długa, a wyrządzona szkoda dotkliwa.

Poszkodowani okazują się oczywiście pacjenci, skarżący się na dolegliwości kręgosłupa, którzy nie mogli skorzystać z sali dla nich w zamierzeniu przeznaczonej, bo w niej właśnie urządzono pokój “VIP-owski” dla prominentnych postaci Koalicji Obywatelskiej. A także wszyscy zgłaszający się na SOR, którzy czekali dłużej, gdy szpitalna obsługa zajmowała się dopieszczaniem wspomnianych luminarzy polityki, uskarżających się na tak poważne przypadłości zdrowotne jak zmęczenie czy ogólne rozbicie. Wiadomo przecież, że uprawianie polityki stresuje i frustruje.

Stres przeżywają jednak, całkiem uzasadniony, uczciwie pracujący lekarze, o których zarobkach zamierza teraz dyskutować władza. Wiadomo choćby od czasów pandemii koronawirusa, ile wszyscy zawdzięczamy środowisku medycznemu, tak lekarzom jak pielęgniarkom czy ratownikom. Teraz na rachunek pracowników ochrony zdrowia idzie afera, na którą nie mieli wpływu. Kacprzyk, który zarabiał 1,6 mln zł rocznie kantując ile wlezie, postępował w sposób tak naganny nie dlatego, że jest lekarzem – był nim zresztą w pełni zaledwie niecałe dwa lata – tylko z tego powodu, że z racji przynależności do partii rządzącej, brylowania w jej młodzieżówce oraz ułatwiania życia jej bossom kosztem pacjentów czuł się bezkarny. Wykazał się arogancją aparatczyka, a nie medyka, co warto wyraźnie rozgraniczyć. Nic zresztą nie wiadomo o jego stricte lekarskich osiągnięciach. Zawód zaufania publicznego wykorzystał do prywatnych celów, pojmowanych na tyle wąsko, że trafnie symbolizuje je Porsche Panamera, którym 28-letni działacz i medyk się poruszał. Ponieważ jednak w najlepszym nawet samochodzie luksusowym i niemieckim śpi się niewygodnie – więc beneficjent koalicyjnego układu w trakcie swojego dolce vita nabył również na własne potrzeby mieszkanie za 900 tys zł. Niedostępne raczej jego rówieśnikom co z władzą nie są pokumani, chyba, że w tym wieku odnieśli sukces jako piłkarze czy żużlowcy. 

Za poszkodowanych uznać wypada miliony wyborców, którzy 15 października 2023 r. oddali głosy na Koalicję Obywatelską, poważnie traktując jej obietnice uzdrowienia życia publicznego. Nawet jeśli uznać, że oczekiwania części z nich pozostawały skromniejsze – zależało im głównie na tym, żeby znane z gorszących praktyk Prawo i Sprawiedliwość straciło władzę – mieli prawo się spodziewać, że nominaci nowej ekipy różnić się będą pod względem moralnym od sławetnego Bartłomieja Misiewicza, faktycznie rządzącego resortem obrony w czasach, gdy za pisowskich rządów ministrem pozostawał tam Antoni Macierewicz. Niestety, kariera Dawida Kacprzyka, milionera z młodzieżówki KO oraz Szpitala Południowego wcale istnienia takiej różnicy nie potwierdza. Odpowiedzialności za to nie da się przerzucić na środowisko lekarskie ani utopić w dyskusji o płacach medyków.

To przywileje polityków a nie szpitalne taryfikatory stanowią bowiem osnowę tej afery.

Co nie znaczy oczywiście, że służbie zdrowia brakuje patologicznych mechanizmów, nawet tam, gdzie nie nakręcają ich politycy. Ani że nie warto temu przeciwdziałać. Publiczne jednak obwinianie środowiska lekarskiego o rozliczne przejawiające się w służbie zdrowia nieprawości przyczyni się co najwyżej do emigracji kolejnych specjalistów. Polscy lekarze mają bowiem doskonałą opinię w świecie. Nie zasługują też na stanie się obiektem nienawistnej kampanii, na gołosłownych oskarżeniach opartej. Za stan służby zdrowia odpowiadają politycy, wystarczy przypomnieć nieudane jej reformy ich autorstwa. Najpierw Akcja Wyborcza Solidarność, rządząca w koalicji z Unią Wolności wprowadziła wojewódzkie kasy chorych. Potem postkomunistyczny rząd Leszka Millera wszystko znów scentralizował, powołując moloch w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia. Teraz jak się wydaje na słowo “reforma” nie tylko lekarze, pielęgniarki i ratownicy ale również sami pacjenci reagują alergicznie.

Szamani, lekarze i garaże

Przy okazji obecnej dyskusji o płacach lekarzy jeden z nich, ceniony chirurg szczękowo-twarzowy z Łodzi wystawił w necie na widok publiczny dokumentację swoich miesięcznych zarobków: 4.6 tys zł na rękę. Upowszechnienie poglądu, że tyle właśnie powinno wynosić wynagrodzenie polskiego medyka nie wpłynie raczej na poprawę stanu ochrony zdrowia. Dr Kacprzyk nie zrobił nawet specjalizacji, chociaż w macierzystym szpitalu przedstawiany był jako anestezjolog. Uczciwsi lekarze przez całe lata inwestują w siebie, a potem na zdobytych przez nich sprawnościach zyskują pacjenci. Nie da się ich trudu ani wyrzeczeń (trudne studia, konieczność osiągania kolejnych szczebli i stałego samokształcenia) wreszcie godzin pracy, prawdziwych a nie jak u Kacprzyka wirtualnych tylko, lekceważyć.

Tani, nomen omen, populizm symbolizowany przez lata przez rymowankę “pokaż lekarzu, co masz w garażu” autorstwa pisowskiego polityka Ludwika Dorna żadnego problemu pacjentów nie rozwiąże. Podobnie jak lakoniczna odpowiedź lidera Konfederacji Sławomira Mentzena na pytanie, z czego powinna być finansowana służba zdrowia: “- Z pieniędzy”. Nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, od USA po Bułgarię, triumfy święcą teraz politycy oferujący proste rozwiązania skomplikowanych kłopotów. Tyle, że gdy władzę już obejmą, zupełnie sobie z nimi nie radzą. Co potwierdza zarówno przykład drugiej już kadencji Donalda Trumpa jak słowackiego premiera Roberta Ficy.

Przed laty Janusz Korwin-Mikke zdobywał uznanie zwłaszcza młodzieży publicznym opowiadaniem o tym, że kiedy ktoś zasłabnie, ludzie zaraz krzyczą: lekarza! Ale nikt nie woła wtedy: służby zdrowia…

Lekarz, nawet najznakomitszy, nie przyjmuje jednak w samotnej chacie gdzieś na końcu wsi niczym tradycyjny znachor. Szamaństwa właśnie we wszystkim, co publicznego zdrowia dotyczy, lepiej się wystrzegać. Wcześniej czy później zapłacimy bowiem za to jeszcze bardziej słono niż za fikcyjne dyżury poukładanego z rządzącymi doktora Kacprzyka. Jego kariera stanowi powód do wstydu dla polityków, którzy ją umożliwili, nie dla kierowników innych szpitalnych oddziałów ratunkowych ani ordynatorów nawet. Wiele złego przy tej okazji się wydarzyło, ale przy okazji poznaliśmy stopień zainfekowania życia publicznego i jego następstwa dla branży, która dotyczy nas wszystkich. O jakości demokracji w każdym kraju świadczy umiejętność korekty popełnionych błędów. Nikt tego zadania z rządzących nie zdejmie, odpowiedzialności nie da się już na nikogo przerzucić. Polacy zapewne nie lubią tych, którzy dużo zarabiają, co teraz rządzący próbują wykorzystać, zamieniając dyskusję o aferze w debatę o lekarskich płacach. Jeszcze bardziej jednak obywatele denerwują się, gdy mają wrażenie, że odwraca się ich uwagę od rzeczywistych problemów. Przywileje polityków i awanse w życiu publicznym z pewnością się do nich zaliczają. Powoływanie na stanowiska zgodnie z kwalifikacjami a nie przynależnością partyjną było przecież jednym z 21 postulatów sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. Wtedy pojawił się też popularny żart, że słowo postulat wzięło się od tego, że na spełnienie przyjdzie nawet i sto lat poczekać. Teraz jesteśmy prawie w połowie upływu tego czasu, a wciąż wypada tamto stoczniowe żądanie bardziej do sfery marzeń zaliczyć niż w realu, jak dziś mówimy, umieścić. Afery autorstwa kolejnych ekip rządzących pokazują jasno, że źródła problemów nie stanowią pracownicy służby zdrowia ani żadnej innej pożytecznej branży, tylko klasa polityczna, szukająca beneficjów dla swoich. Nawet kosztem większości, która ją utrzymuje.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here