Demokracja: siła a nie słabość

0
2

Ale też zobowiązanie

Przywiązanie do demokracji i respektowanie jej zasad wcale nie oznacza słabości, o czym przekonaliśmy się właśnie na Węgrzech, gdzie wybory z autokratą Viktorem Orbanem wygrała TISZA Petera Magyara, zdobywając większość konstytucyjną. Podobne wnioski płyną z polityki globalnej, gdzie szczyt potęgi Stanom Zjednoczonym jako jedynemu wtedy supermocarstwu zapewnił ponad ćwierć wieku temu Bill Clinton, demokratyczny prezydent, który przyjął nas do NATO. A teraz skłonny do autokratycznego działania republikanin Donald Trump trwoni raczej dorobek poprzedników i wzmacnia wrogów Ameryki z Władimirem Putinem na czele, nawet jeśli zarazem karci tych pomniejszych, jak irańscy ajatollahowie czy wenezuelski dyktator. 

Prozaik Ziemowit Szczerek jasno charakteryzuje Petera Magyara: “Wyborcy cieszyli się z jego zwycięstwa (..) jego samego traktują już raczej jako polityka nowego typu: nie jako reprezentanta jednego z obozów wojny kulturowej, lecz jako kogoś kto świadomie buduje projekt “po niej”. Jego program łączy elementy, które jeszcze kilka lat temu uznano by za wzajemnie sprzeczne. Z jednej strony – przywiązanie do państwa narodowego i kontroli migracji, a z drugiej – odbudowę praworządności i relacji z Unią Europejską. Co więcej, nie jest to wyłącznie prosta synteza ideologiczna. Wydaje się raczej, że mamy tu do czynienia z praktyczną odpowiedzią na zmęczenie społeczne konfliktem. A przecież ten przez lata definiował politykę – nie tylko Węgier, ale całego Zachodu” [1].

Dlaczego władza w Polsce nie ma już kim straszyć

W Polsce mamy także do czynienia ze znikomością ideologicznych podziałów, ale niestety nie z nowych pomysłów o wynika, lecz z obłudy polityków i to wszystkich stron. Straszak PiS nie działa już na demokratycznych wyborców odkąd prezes Jarosław Kaczyński promujący wcześniej fundamentalistycznie nastawionego Przemysława Czarnka dowartościował liberalnego byłego premiera Mateusza Morawieckiego i jego stowarzyszenie Rozwój Plus jako “drugie płuco” partii, licząc na krótką pamięć wyborców. Podobnie nie wychodzi Donaldowi Tuskowi straszenie obywateli Grzegorzem Braunem, skoro sam premier dopuścił, żeby najpierw adwokatem jego rodziny a potem wiceprzewodniczącym klubu Koalicji Obywatelskiej został dawny wszechpolak a potem zastępca Kaczyńskiego w rządzie Roman Giertych. I jak tu uzasadnić, że reżyser Braun jest be, a mecenas Giertych cacy? Jeśli dostrzec różnicę w obyciu, to na korzyść lidera Konfederacji Korony Polskiej. Maniery Braun ma wyszukane, a intelektualnie mec. Giertycha przewyższa.  Co nie musi, rzecz oczywista, rzutować na naszą ocenę jego wizyty w ambasadzie Iranu. Nie chodzi jednak teraz o kompromitację Brauna, tylko tych, co utrzymują, że nas przed nim bronią, najbardziej Tuska znanego ze zdumiewającej pobłażliwości wobec rodzinnego adwokata, wobec której rozmiarów twardość w stosunku do lidera Korony traci wiarygodność.

Przypomina się, co kiedyś powiedział Cordell Hull, sekretarz stanu USA za Franklina Delano Roosevelta (niesłusznie przypisuje się to samemu prezydentowi), nagabywany o powody gorszącego poparcia dla Anastasio Somozy seniora, okrutnego dyktatora strategicznie położonej na przesmyku karaibskim Nikaragui: to s..syn, ale nasz s..syn. Jeśli w polityce pojawiają się podobne kryteria, trudniej przychodzi porwać wyborców i skłonić ich ponownie do głosowania tak masowego jak dwa i pół roku temu w Polsce czy teraz w kwietniową niedzielę na Węgrzech.  

Polscy mentorzy amerykańskich demokratów

Skoro o prezydentach Stanów Zjednoczonych mowa, warto przypomnieć, że po moralnym kryzysie, spowodowanym brudnymi wojnami interwencyjnymi w Korei i Indochinach, demokrata Jimmy Carter podniósł normy etyczne w tym przestrzeganie praw człowieka do rangi celów dyplomacji amerykańskiej. Co zaowocowało poparciem dla dysydentów w Polsce (Komitet Obrony Robotników) i Czechosłowacji (Karta 77) a z czasem również dla rodzącego się u nas wielomilionowego ruchu Solidarności. Co oczywiście – nie bądźmy naiwni – interesy geostrategiczne Stanów Zjednoczonych wzmocniło a nie osłabiło. Jednak w tym samym czasie przywódcy Republiki Federalnej Niemiec, hołubiący swoją koncepcję Ostpolitik (łagodzenia relacji z NRD i osłabiania napięć z ZSRR) w imię politycznego realizmu odmawiali tej samej Solidarności wsparcia, chociaż dyskretnie ofiarowali je uwolnionej już od klanu Somozów za to proradzieckiej Nikaragui. Carter dostał wprawdzie po latach zasłużenie pokojowego Nobla, jednak jak na ironię głównymi beneficjentami zapoczątkowanego przez KOR, Kartę 77 i NSZZ “Solidarność” procesu przezwyciężania podziałów w Europie stali się właśnie Niemcy, a symbolem końca żelaznej kurtyny – zburzenie muru berlińskiego.

Nie dowodzi to wcale, że historia wyrokuje niesprawiedliwie. Szczyt potęgi Stanów Zjednoczonych nastąpił bowiem za czasów prezydentury Billa Clintona, podobnie jak Carter demokraty, podążającego jego drogą. Tak jak żarliwego chrześcijanina z południa USA Jimmy’ego Cartera do połączenia wartości z geopolityką przekonał jego doradca a nasz rodak Zbigniew Brzeziński – tak nad horyzontami Clintona, swojego studenta w Oxfordzie i jego pojmowaniem polityki międzynarodowej pracował wykładowca i tutor Zbigniew Pełczyński, który zanim zatrudnił się na renomowanej angielskiej uczelni, przeszedł w młodości szlak bojowy polskiej armii na Zachodzie. 

Prawda często leży pośrodku. A na pewno wyborcy tam jej szukają

Jeśli warto wrócić na chwilę na Węgry, to po tamtejszych wyborach Andrzej Sadecki, szef zespołu ds. Europy Środkowej Ośrodka Studiów Wschodnich, zauważa: “osoby, które weszły do parlamentu z list TISZY w dużej mierze są nowe w polityce. Był to istotny atut w kampanii. Szli do wyborów z hasłami nie tylko zerwania z epoką Orbana, ale także dystansowali się od wcześniejszego okresu rządów liberalno-lewicowych, które na Węgrzech nie cieszą się dobrą opinią m.in. ze względu na skandale i problemy gospodarcze” [2].  Porównać to można do strategii w polskich kampaniach prezentowanej przez Konfederację Polski Niepodległej, Ruch Odbudowy Polski a ostatnio Trzecią Drogę. Z trzech wymienionych ugrupowań tylko to ostatnie doszło do władzy jako partner koalicyjny, po pewnym czasie się zresztą rozpado, choć składniki TD: PSL oraz obie partie wywodzące się z ruchu Szymona Hołowni w rządzie pozostały. Nadmienić też można, że wprawdzie KPN nigdy nie rządziła, ale w 1993 r. wyborcy wycinający wszystkie partie prawicy w tym Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego – jedyną tylko z tego grona Konfederację Polski Niepodległej ułaskawili za wierność zasadom i ponownie wpuścili do Sejmu. Zaś ROP mecenasa Jana Olszewskiego pozostawił po sobie lepszą pamięć, niż pozostająca cztery lata u władzy Akcja Wyborcza Solidarność.         

Zarówno partia Sługa Narodu, dyrygowana przez Wołodymyra Zełenskiego jak w Słowenii Ruch Wolności formacja Roberta Goloba – zanim wygrały wybory i objęły władzę, przedstawiali siebie jako alternatywę dla całej tamtejszej klasy politycznej. W budowaniu programów wyborczych obficie posiłkowały się badaniami opinii publicznej, zarówno fokusowymi jak sondażowymi.

Koniec z instruowaniem wyborców, jak mają myśleć – chciałoby się podpowiedzieć naszym rodzimym polskim demokratom. Z pewnością, że i tak nie posłuchają. Zarówno wyborcy polityków, jak ci drudzy głosów rozsądku. Nawet, jeśli jeszcze niedawno można im było zarzucić przesadną elastyczność. 

Pamiętam doskonale, jak pod koniec lat 90 w trakcie konferencji programowej współrządzącej wtedy Unii Wolności w akademickiej auli słuchałem Donalda Tuska. Doradzał, aby wziąć pod uwagę, że trzy czwarte Polaków opowiada się za stosowaniem kary śmierci, jak wynika z sondaży. Dziś nie chciałby zapewne, aby mu tamtą wypowiedź przypominać.

W tym samym mniej więcej czasie mec. Jan Olszewski jako przewodniczący Ruchu Odbudowy Polski kategorycznie zastrzegł na konferencji prasowej, że wprawdzie zna sondaże, ale jako adwokat wie o karze śmierci wystarczająco wiele, żeby nigdy jej nie poprzeć dla zyskania poklasku. Co pozostawało zbieżne ze sprzeciwem wobec niej samego Jana Pawła II. 

Demokracja daje siłę. Ale również niesie za sobą zobowiązania. Bill Clinton, rządzący u szczytów potęgi Ameryki, pamiętał o tym i światu pokój zapewnił, chociaż cena okazała się wysoka: raz stanowiło ją dofinansowanie Rosji w dobie kryzysu (Borys Jelcyn tłumaczył mu, że powracający z zagranicy wojskowi mieszkają w namiotach i musi im domy zbudować), kiedy indziej bombardowanie Jugosławii za rządów Slobodana Miloszewicza, żeby temu ostatniemu wybić z głowy wszczynanie kolejnych wojen lokalnych na Bałkanach. Już za następcy Clintona, pozbawionego jego horyzontów republikanina George’a Busha juniora zamach islamistów na nowojorskie wieże World Trade Center zapoczątkował globalną wojnę z terroryzmem, a w trakcie odwetowych interwencji w Afganistanie i Iraku zachodnia koalicja wiele razy łamała zasady demokracji. O czym przekonaliśmy się, gdy u nas w Kiejkutach, bez pytania ogółu Polaków, czy na to zezwalają, zorganizowano katownię CIA: a nawet talibowie na tortury nie zasługują, z którą to opinią zapewne przywiązani zawsze do praw człowieka Polacy by się zgodzili. Niestety jedyny nasz polityk, co próbował tę ponurą i urągającą polskiej suwerenności sprawę wyświetlić, Józef Pinior, pomówiony został o korupcję a nawet za nią skazany. Chociaż każdy chodzący do kina licealista wie, że z uratowanych przed bezpieką w 1981 roku 80 milionów złotych Solidarności Pinior nie wziął dla siebie ani grosza.           

Kibicując dalej zwycięzcy węgierskich wyborów, warto przyjrzeć się politykowi, który po nich władzę stracił po szesnastu latach nieprzerwanego jej sprawowania. W Polsce tak długo premierem pozostawał wyłącznie Józef Cyrankiewicz, ale nie był to czas demokracji. 

Viktor Orban błyskawiczną karierę zawdzięczał stypendium od George’a Sorosa, które wprowadziło go na salony. I pracy dyplomowej o polskiej Solidarności, która pokazała, na co go stać jako teoretyka życia społecznego. Za to praktyczne umiejętności zademonstrował, gdy publicznie jako 26-latek w przemówieniu do tłumu zażądał wycofania wojsk radzieckich ze swojej ojczyzny. To był czas, kiedy w Polsce w czerwcu 1989 r. odbyły się pierwsze od ponad 60 lat wybory, w których uczciwie policzono głosy. Kiedy za sprawą tak niebanalnych dokonań Orban przebił przebił się już do elity, robił wszystko, by sprzeniewierzyć się wartościom, którym wcześniej schlebiał.

Zamiast społeczeństwa otwartego, którym zachwycał się w aplikacjach o pieniądze od Sorosa, zbudował na Węgrzech system oligarchiczny. Za nic miał cechujące bohaterkę jego pracy magisterskiej, polską pierwszą Solidarność wartości takie jak wolność słowa, bo z mediów publicznych u siebie zrobił podobne paskudztwo jak PiS z TVP za rządów Jacka Kurskiego. I wreszcie, co najgorsze – dawny autor postulatu wycofania armii radzieckiej z Węgier, naruszył ich suwerenność uzależniając kraj energetycznie od Kremla, a jego ministrowie jak szef dyplomacji Peter Szijjarto nadskakiwali rosyjskim politykom i wypełniali ich polecenia.   

Los Orbana to kolejna egzemplifikacja słuszności opinii prof. Władysława Bartoszewskiego, że warto być przyzwoitym, nawet jeśli na jej potwierdzenie, a konkretnie dowód, że postawa przeciwna nie popłaca, Europa musiała czekać 16 lat. Natomiast wygraną w bułgarskich wyborach partii Rumena Radewa, bliższej Rosji niż jej konkurenci, nietrudno wytłumaczyć wcześniejszym lekkomyślnym wprowadzeniem euro – co zaowocowało drożyzną – przez proeuropejskie władze kraju. Z kolei przebieg wydarzeń w Słowenii, gdzie wprawdzie Golob kolejne wybory wygrał, ale rządu nie jest w stanie stworzyć pokazuje, że polityka pozostaje jednak twardą grą a nie opowieścią z budującym morałem w zakończeniu. Co nie znaczy oczywiście, że moralność się w niej nie liczy. 

[1] Ziemowit Szczerek. Polityka konfliktu przestaje działać? Magyar zatrzymuje wahadło. “Gazeta Wyborcza” z 22 kwietnia 2026   

[2] Jak Peter Magyar chce zmienić Węgry i co to znaczy dla Polski? Anna Wójcik rozmawia z Andrzejem Sadeckim z Ośrodka Studiów Wschodnich. OKO.press z 24 kwietnia 2026  

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here