Syndrom Magyara, format nadziei

0
0

Atutem Petera Magyara bezapelacyjnego zwycięzcy niedawnych wyborów na Węgrzech pozostaje samodzielność: nie wywodzi się z dotychczasowej opozycji demokratycznej w tym kraju, lecz był dysydentem z Fideszu Viktora Orbana, którego teraz pokonał. Zna Europę z pełnionych misji dyplomatycznych, ale nie ma długów wobec tamtejszych zawodowych eksporterów demokracji. Jednym słowem: żadnych blokad ani uzależnień, pozostaje brać się do roboty.

Magyar jak się wydaje doskonale wie, że jeśli stanie się maskotką zachodniej części Unii Europejskiej – następne wybory przegra, całkiem jak Orban, gdy został pupilem Władimira Putina. Węgrzy ze względu na straszne doświadczenia historii – od 1848 po 1956 rok – pozostają niezmiernie czuli na punkcie własnej suwerenności. Pamiętają, jak prezydent USA Dwight Eisenhower, chociaż generał i zwycięzca II wojny światowej, milczał gdy radzieckie czołgi rozjeżdżały demokratyczną rewolucję. Podobnie jak my nie zapomnieliśmy zdrady ze strony zachodnich sojuszników w Jałcie. 

Zwycięzca, który nie wstydzi się rodaków

Węgrzy również teraz nie kwapią się zostać mięsem armatnim. Ani jako V kolumna Putina – dlatego odrzucili Orbana – ani jako forpoczta jego zachodnich przeciwników, gotowych z nim walczyć do ostatniego mieszkańca Europy Środkowej.  Z tego też powodu Magyar sprzeciwia się przyszłemu przyjęciu Ukrainy do Unii Europejskiej, chociaż przystaje na odblokowanie zachodniej pomocy, która pozwoli Ukraińcom dalej bronić się przed agresją Kremla.  Czyta wyniki badań opinii publicznej, dzięki temu przecież tak pięknie wybory wygrał, więc wie, że jego rodacy wcale nie wolą Ukraińców od Rosjan. Wynika to w znacznej mierze z poczucia krzywdy mniejszości węgierskiej, licznej ale i lekceważonej na Rusi Zakarpackiej. 

Upominając się o rodaków za granicą – nie tylko w Ukrainie ale też w Rumunii i Serbii – skradł skutecznie Magyar narrację Orbana, który wcześniej miał monopol na obronę diaspory, za co ta odwdzięczała się głosami. Poprzedni, demokratyczni oponenci “superwiktora” nie tyle problemu nie dostrzegali, co wrażliwością na te sprawy przypominali niektórych polskich demokratów, skłonnych do zestawiania bohaterskiej Armii Krajowej walczącej z Niemcami z kolaborującą z nimi faszystowską i ludobójczą Ukraińską Powstańczą Armią, bo przecież, jak uzasadniali, musimy się liczyć z odczuciami sąsiadów. Magyar podobnego błędu nie popełnił, to jedna z przesłanek jego tak ogromnego zwycięstwa. 

Tak jak my zasadnie pamiętamy Amerykanom i Brytyjczykom jałtańską zdradę (Francuzów wtedy na Krymie nie było, ale też nas zawiedli, w 1939 r.), podobnie Węgrzy wypominają Europie Zachodniej traktat z Trianon, który po I wojnie światowej pozbawił ich Siedmiogrodu na rzecz Rumunii. O cynizmie “Ike’a” Eisenhowera była już mowa. Nie od rzeczy przypomnieć, że zanim amerykański generał w Białym Domu przystał na to, by Sowieci robili co chcą w Budapeszcie – nadające z zagranicy amerykańskie stacje radiowe wzywały Węgrów w ich trudnym języku do powszechnego powstania przeciw komunistom.    

Przyjaźń to nie propaganda

Śmieszyć nas może Magyar zapowiadający kultywowanie ni mniej ni więcej tylko tysiącletniej przyjaźni polsko-węgierskiej, ale to żarty nie na miejscu. W tym roku jesienią obchodzić będziemy 70. rocznicę dramatycznych wydarzeń, w trakcie których polscy robotnicy na niezapomnianej październikowej fali nastrojów masowo oddawali krew dla rannych węgierskich powstańców i cywilnych ofiar radzieckiej interwencji. A z tego już śmiać się nie wypada. Węgrzy, świadomi faktu, że w obu wojnach światowych przyszło im występować po stronie nie tylko niesprawiedliwej ale i przegranej – ze swojego Powstania ’56, brutalnie stłumionego przez Rosjan i zdradzonego przez Amerykanów uczynili narodowy symbol. Tylko Polska ma w tej kwestii czystą kartę, czego grzech nie wykorzystać we współczesnej już i realnej polityce.        

Nawet w jej geopolitycznym aspekcie najbardziej liczy się teraźniejszość. Jak z wnikliwością obcą politycznym publicystom zauważa znakomity i szczerze kochający Europę Środkową jako wspólnotę pisarz Ziemowit Szczerek: “Program Magyara łączy elementy, które jeszcze kilka lat temu uznano by za wzajemnie sprzeczne. Z jednej strony – przywiązanie do państwa narodowego i kontroli migracji, a z drugiej – odbudowę praworządności i relacji z Unią Europejską” [1]. To dokładnie ta mieszanka, za którą w wywiadzie niedawno ostro przeze mnie wykpionym socjolog Przemysław Sadura krytykuje umiarkowanych wyborców Koalicji Obywatelskiej [2].

Praktyk Peter Magyar zrozumiał to, czego pomimo profesorskiego tytułu zupełnie nie pojmuje teoretyk Sadura: politycy nie są po to, żeby zmieniać przekonania elektoratu, ale żeby iść za nimi. Przynajmniej jeśli zamierzają wygrać i zdobyć władzę, bo bez tego zwykle nie da się życia publicznego naprawiać. Chyba, że jest się Andriejem Sacharowem albo Leszkiem Moczulskim, ewentualnie tybetańskim Dalajlamą na wygnaniu. Nie o charyzmatycznych osobowościach jednak ten szkic traktuje, lecz o zwykłych zjadaczach chleba i ich mniej lub bardziej godnych reprezentantach. Bo na tym przecież reprezentowaniu opiera się każda demokracja.  

Ta węgierska znalazła się właśnie na kursie nadziei, nie tylko dla obywateli, ale i zagranicznych partnerów. Wszystko dlatego, że Magyar potrafi nie tylko dobrze mówić – a trzeba przyznać, że przemawia kwieciście, nie nudząc przy tym – ale również słuchać obywateli.

Czego życzyć wypada również demokratycznym politykom w Polsce. 

[1] Ziemowit Szczerek. Polityka konfliktu przestaje działać? Magyar zatrzymuje wahadło. “Gazeta Wyborcza” z 22 kwietnia 2026

[2] por. Gorzkie żale w stróżówce demokracji PNP 24.PL z 22 kwietnia 2026

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here