Demokracja na wulkanie
W 37 lat po powszechnie uznanych za koniec komunizmu wyborach czerwcowych niemal 80 proc Polaków uważa demokrację za najlepszy system rządów. Jednak odzyskane wówczas wolność i niepodległość nie okazują się dane raz na zawsze, a los Polski wciąż zależy od geopolityki i koniunktury międzynarodowej. Rzutuje to również na oceny przełomu, symbolizowanego przez datę 4 czerwca 1989 r. kiedy to wyborcy odrzucili kandydatów PZPR i dali Solidarności szansę zdobycia wszystkiego, co możliwe.
Nawet w Zjednoczonej Europie i w Sojuszu Atlantyckim nie możemy się czuć bezpiecznie, chociaż jeszcze przed paru laty wynik wyborów z czerwca 1989 r. wydawał się nieodwracalny również w sensie geopolitycznym. Teraz jednak aż 38 proc z nas pozostaje przeświadczonych, że grozi nam wojna, podczas gdy 36 proc jej niebezpieczeństwa nie dostrzega [1].
Natomiast przywiązanie Polaków do demokracji pozostaje faktem i pomimo dramatycznych doświadczeń ostatnich lat (globalna pandemia, napaść Rosji na sąsiednią Ukrainę oraz napływ uchodźców) zwiększa się, a nie maleje. I to można uznać za trwałą i niezbywalną zdobycz tamtego, czerwcowego przełomu sprzed 37 lat.
Nieobojętni demokraci
77 proc Polaków uważa, że demokracja ma przewagę nad wszelkimi innymi formami rządów. Jednak zaledwie 48 proc z nas jest zadowolonych z jej funkcjonowania w Polsce. Przy czym dla 71 proc rodaków to, jaki ustrój panuje w Polsce nie pozostaje obojętne [2].
To deklaracje tylko, można skwitować. Jednak zachowania społeczne potwierdzają wyniki sondaży. Oba ostatnie głosowania powszechne odbyły się przy imponującej frekwencji. W wyborach parlamentarnych z 15 października 2023 r. uczestniczyło 74 proc Polaków: dla porównania w historycznym dniu 4 czerwca 1989 r. do urn poszło niecałe 63 proc uprawnionych. Więcej, co znaczące, w skali podobnej jak niedawno na Węgrzech, bo prawie 80 proc, wzięło udział tylko w pierwszych w historii Polski wyborach wolnych i powszechnych 26 stycznia 1919 r. do Sejmu Ustawodawczego, wkrótce po odzyskaniu niepodległości, przy nieustalonych jeszcze granicach państwa, pomimo szalejącej wtedy grypy hiszpanki groźniejszej niż niedawna pandemia koronawirusa i zniszczeń wojennych. W drugiej turze ubiegłorocznych wyborów prezydenckich 1 czerwca 2025 r. uczestniczyło 72 proc uprawnionych. Wzrasta więc zainteresowanie życiem publicznym, niezależnie – co warto przypomnieć – od wyników głosowań, skoro w 2023 r. zwyciężyli demokraci, którzy po wyborach sformowali Koalicję 15 Października a jej z kolei kandydat Rafał Trzaskowski przegrał w niecałe dwa lata później prezydenturę z Karolem Nawrockim kandydatem pisowskim nawet jeśli oficjalnie przedstawianym jako obywatelski.
Kiedy w 1995 r. o godność głowy państwa w drugiej turze walczyły bez porównania bardziej znamienite postacie: historyczny przywódca Solidarności i laureat Pokojowej Nagrody Nobla Lech Wałęsa oraz najzdolniejszy polityk postkomunistyczny Aleksander Kwaśniewski do urn poszło 68 proc z nas. Wygrał ten drugi, a więc werdykt okazał się odwrotny niż w czerwcu 1989 r, ale nie w tym rzecz. To dowód, że zainteresowanie społeczeństwa wyborami nie zależy od jakości kandydatów. Bo graniczy z pewnością przewidywanie, że ani Nawrocki ani Trzaskowski podobnie trwałego miejsca w historii jak rywale z 1995 r. sobie nie zapewnią. Jednak przywiązanie Polaków do demokracji nie okazuje się modą ani chwilową tendencją, lecz trwałym fundamentem przekonań społeczeństwa. Dla polityków powinno to stanowić wielkie zobowiązanie. Nawet jeśli w podobnie wzniosłych kategoriach nie rozumują.
Ludzi dobrej woli jest więcej… niż wydrwigroszy i biurokratów
Społeczeństwo obywatelskie po raz kolejny okazuje się mocniejsze od państwa i jego struktur, czego dowiodły już mechanizmy wzajemnej pomocy sąsiedzkiej i rówieśniczej w walce z pochodem COVID-19 oraz spontaniczny i oddolny zryw na rzecz humanitarnego wsparcia dla wojennych uchodźców z Ukrainy, kiedy to zawodowe organizacje charytatywne ośmieszały się trwonieniem nie swoich pieniędzy na bzdurne banery (z pamiętnym “Cześć dziewczyny” niefortunnie witającym u nas… ukraińskie babcie, na czele), aparat państwa nie nadążał, a zwyczajni ludzie wzięli sprawy w swoje ręce, otwierając przed poszkodowanymi przez putinowską inwazję serca i portfele, drzwi mieszkań i domostw. Niedawno 23-letni charyzmatyczny inicjator dobroczynnych akcji Łatwogang Piotr Artur Hancke zawstydził swoją bezpretensjonalnością, ale i skalą sukcesu samego Jerzego Owsiaka wraz z całą wspierającą go fundacyjną biurokracją i usłużną po klakiersku orkiestrą medialną, dalece bardziej rozbudowaną niż ta Wielka Świątecznej Pomocy. Po raz kolejny okazuje się, że – jak śpiewał przed laty Czesław Niemen – ludzi dobrej woli jest więcej.
Doskonale pamiętam okoliczności, kiedy Niemen wyśpiewał te słowa zapewne po raz ostatni: na koncercie w Pałacu Kultury, w trakcie akcji pomocy poszkodowanym przez “powódź stulecia”, kiedy bardzo już schorowany wystąpił za darmo.
Powrotu do PRL nie chcemy, współczesność oceniamy krytycznie
Podobnie jak cztery piąte Polaków konsekwetnie uznaje demokrację za najlepszy system rządów, tak na 30-lecie wyborów czerwcowych, a jak wiemy takie przeświadczenia nie zmieniają się z roku na rok, 81 proc z nas uznało, że warto było w 1989 r. ustrój zmieniać, a zaledwie 4 proc było przeciwnego zdania [3]. Co oznacza, że potoczne “za komuny było lepiej” stanowi bardziej wyraz wyrzekania na trudności życia codziennego niż efekt bardziej trwałych przekonań.
Jednak teraz ponad połowa Polaków uznaje, że sprawy gospodarcze idą u nas w złym kierunku, niewiele ponad jedna trzecia dostrzega tu dobrą tendencję [4].
Nie ma w tym wszystkim sprzeczności. W przededniu zmiany ustrojowej politycy nie zawarli umowy ze społeczeństwem lecz wyłącznie – przy Okrągłym Stole – ze sobą nawzajem. Opinia publiczna z rozmaitą intensywnością, wypowiadała się w głosowaniach powszechnych, “komunie” dając czerwoną kartkę nie tylko 4 czerwca 1989 r. ale jeszcze dodatkowo w 1997 r, “solidaruchom” z kolei w 1993 r, kiedy to do Sejmu nie weszły skompromitowane partie obecnych głównych antagonistów Jarosława Kaczyńskiego (Porozumienie Centrum) i Donalda Tuska (Kongres Liberalno-Demokratyczny) oraz powtórnie w 2001 r, kiedy nie dostały się tam rządzące wcześniej przez cztery lata Akcja Wyborcza Solidarność i Unia Wolności: podobna degrengolada obu partii władzy stała się fenomenem jednorazowym w najnowszej historii Europy. Później wyborcy skutecznie pozbawiali władzy liberałów za ich arogancję (jak w 2015 r.) oraz populistów za ich pazerność i autorytarną tendencję: taka była główna motywacja nowej większości, jaka ujawniła się przy urnach 15 października 2023 r. Pizza z Jagodna, dowożona wtedy przez ludzi dobrej woli wyborcom, ustawiających się w długich nocnych kolejkach do urn, wystygła jednak już dawno.
Podobnie jak na emeryturę przeszedł szeryf ze znaczkiem Solidarności z plakatu sprzed 4 czerwca 19879 r. a melodyjka ówczesnego studia wyborczego w oficjalnej telewizji przestała być rozpoznawalna dla obywateli urodzonych już po tej dacie. Co nie oznacza, że obywatele uwierzyli pisowskiej polityce historycznej w stylu Jarosława Kaczyńskiego, co bez mrugnięcia powieką, które zwykliśmy przypisywać łgającym w żywe oczy, oznajmiał z całą powagą, że to Lech, jego “brat faktycznie kierował Solidarnością”. Nie to się w pamięci utrwaliło, raczej zgrabna ale i zgodna z prawdą rymowanka o prezesie Prawa i Sprawiedliwości, skandowana przy rocznicowych okazjach przed jego luksusową willą na Żoliborzu: “13 grudnia spałeś do południa”.
W dniu wprowadzenia przez komunistów stanu wojennego w 1981 r. przyszły prezes PiS Jarosław Kaczyński rzeczywiście wyspał się setnie.
Jakby o tym pamiętając, w kampanii przed 4 czerwca 1989 r. Komitet Obywatelski stanowiący wyborczą emanację Solidarności, mobilizował ludzi słynnym plakatem z budzikiem: “Nie śpij, bo Cię przegłosują”. Trafiło to, jak widać, również do najbardziej gnuśnych żoliborskich inteligentów.
Jednak to przede wszystkim zwykli ludzie, nie ci zamieszkali w willach – skorzystali z okazji, by w dniu wyborów wyrazić swoją decyzję, przesądzającą o losach ustroju, w którym przez 45 lat sprawowania władzy partia komunistyczna nikogo o zdanie nie pytała.
Kiedy przymuszona przez sytuację międzynarodową (pierestrojka w ZSRR Michaiła Gorbaczowa) oraz gospodarczą (krach systemu nakazowo-rozdzielczego) uczyniła to po raz pierwszy – zastała przez wyborców w bezapelacyjny sposób odprawiona.
Nie pomogły bezpieczniki, pieczołowicie wmontowane przy Okrągłym Stole w ordynację wyborczą przez zapobiegliwą, jak wtedy mówiono “stronę koalicyjno-rządową”. Pod wrażeniem jednoznacznego werdyktu przy urnach i miażdżącej porażki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jej dotychczasowi satelici odwrócili sojusze. Ludowcy zdradzeni przez komunistów jeszcze w latach 40. i inteligenci czy rzemieślnicy ze Stronnictwa Demokratycznego sekowani przez nich w czasach stalinowskich czy w 1968 roku – teraz z kolei wystawili do wiatru “starszego brata”. Odwrócili sojusze, Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i SD zawarło tym razem koalicję z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym jako sejmowo-senacką emanacją Solidarności. Nawet żoliborski inteligent Kaczyński tym razem w swojej willi nie zaspał, tylko z upoważnienia Lecha Wałęsy wszystko to negocjował.
Jednak to przy urnach, a nie zielonym stoliku, nieważne okrągłym czy nie, zdecydowano o kształcie nowej Polski.
Pozostaje również teraz wierzyć w mądrość zbiorową Polaków, skoro – w odróżnieniu od uczciwości i słowności polityków – na niej jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy.
To ona w 1989 r. okazała się siłą sprawczą historii na skalę przekraczającą granice Polski. Wprawdzie w czerwcu 1989 r. nie było u nas radosnych tłumów wiwatujących na ulicach, zapamiętanych z jesieni tego samego roku z ulic Berlina Wschodniego, Drezna i Lipska a także Pragi czeskiej – ale przemiany tam właśnie się dokonujące z całą towarzyszącą im optymistyczną ikonografią nigdy nie stałyby się możliwe bez jednoznacznego werdyktu polskich obywateli z 4 czerwca. Nie była to również wcale jedyna z możliwych dróg. Data 4 czerwca 1989 r. w świecie bardziej jeszcze niż ze zwycięstwem wyborczym Solidarności w Polsce kojarzy się z masakrą na pekińskim Placu Tienanmen, gdzie na rozkaz chińskich komunistów czołgi rozjeżdżały studentów, domagających się podobnych jak u nas przemian demokratycznych. Cenę krwi w tym samym 1989 roku ale już w grudniu zapłacili za powrót wolności i nadziei do swojego kraju Rumuni, nasi obecni sojusznicy w NATO i partnerzy w Unii Europejskiej. Obalenie tam dyktatora Nicolae Ceausescu, porównywanego do średniowiecznego hospodara Vlada Draculi – kosztowało około tysiąca istnień ludzkich a w stołecznym Bukareszcie akurat w czasie naszych świąt Bożego Narodzenia przez kilka dni toczyły się wtedy regularne walki.
Zabrakło w Polsce radosnych tłumów na ulicach ale też wyrazistej cezury “między dawnymi a nowymi laty”. Data 4 czerwca 1989 r. chociaż urna wyborcza to niezbyt porywający rekwizyt w teatrze historii nadaje się jednak do tego celu najlepiej. Kolejne wybory do Sejmu z jesieni 1991 r. chociaż całkowicie wolne i już nie objęte kontraktem politycznym nie wzbudziły podobnego zainteresowania. Nie nadaje się też na symbol historycznego zwrotu inne głosowanie powszechne – prezydenckie z końca 1990 roku, bo rywalem Wałęsy w walce o najwyższy urząd w państwie nie był wtedy komunista, lecz enigmatyczny reemigrant Stanisław Tymiński, z licznymi esbekami i żurnalistami “Trybuny Ludu” w sztabie, pozyskujący jednak Polaków – w drugiej turze oddano na niego jedną czwartą głosów – obietnicami wcale nie powrotu do PRL lecz kojarzonymi bardziej ze stereotypem dobrego wujka zza Oceanu, co – jeśli przywołać znowu Kaczyńskiego z jego formułą – skoro ma pieniądze to znaczy, że skądś je ma.
Oczywiście czerwcowe wybory z 1989 r. nie otworzyły czasów powszechnej szczęśliwości. Nie sprzyjało jej zmaganie się Polski w kolejnych latach z plagami w socjalizmie realnym nie znanymi takimi jak masowe bezrobocie (za rządów postkomunistów w 2004 r. prawie 21 proc), rozkwit przestępczości zorganizowanej czy masowe zamykanie nie tylko zakładów pracy ale wręcz całych branż, jak rodzima elektronika czy motoryzacja. Nie było to oczywiście winą masowo głosujących 4 czerwca na Solidarność wyborców: przejścia do gospodarki rynkowej nikt wtedy nie zapowiadał, jeszcze przy Okrągłym Stole “strona społeczna” podobnie jak OPZZ trzymała się proinflacyjnej zasady indeksacji płac w czym trudno było się doszukać zapowiedzi terapii szokowej i schładzania gospodarki. Koszty tych reform okazały się wygórowane; zarazem jednak półki w polskich sklepach wypełniły się po raz pierwszy od II wojny światowej, waluta stała się wymienialna, swobody obywatelskie, o które wcześniej walczono stały się faktem.
Czerwiec 1989 r. zapoczątkował okres transformacji ustrojowej. Ekonomista i przedsiębiorca Dariusz Grabowski zasadnie zauważa, że nikt nie wskazał jej celu ani nawet czasu jej trwania. W opinii większości Polaków proces ten nie zakończył się do dzisiaj. Nie ułatwiają go z pewnością zewnętrzne zagrożenia, nawet jeśli zarazem sprzyjają mobilizacji społecznej. Nie ulega jednak wątpliwości, że przez te 37 lat mieliśmy do czynienia z państwem raczej słabym, chociaż nierzadko pazernym jak za rządów SLD czy PiS – za to z mocnym i rozkwitającym pozytywnymi inicjatywami zwłaszcza w niełatwych chwilach społeczeństwem obywatelskim. Okazało się to jedynym w miarę trwałym dziedzictwem Solidarności i zwycięstwem jej legendy, nawet jeśli sztandary dumnego niegdyś Związku zbrukane zostały bezpowrotnie za rządów AWS a zwłaszcza później PiS. Z perspektywy lat zwycięzcami z 4 czerwca 1989 r. pozostają jednak – co oczywiste – nie zajadli aparatczycy związkowi niewiele na korzyść się różniący od oddających władzę po tej dacie, choć nie na zawsze, komunistów – lecz wszyscy Polacy. Od tego bowiem momentu dane nam było samodzielnie stanowić o sobie, nawet jeśli działo się to w sposób niedoskonały, a system przedstawicielski nie wykreował zasługującej na szacunek klasy politycznej. Przemijająca dobra koniunktura międzynarodowa nie zmienia również tej oceny. Polacy nie zmarnowali tych 37 lat, z pewnością też nie otrzymali ich w prezencie. Po 4 czerwca stanowiliśmy wzorzec dla innych, nie w sensie idealistycznym wcale, tylko za sprawą roztropności i pragmatyzmu, które – wbrew stereotypowi charakteru narodowego Polaków – pozwoliły nam osiągać pożądane cele przy minimum ponoszonych ofiar. Teraz, gdy transformacja ustrojowa, jak już była mowa o tym, nadal się nie kończy, nam również wypada przyjrzeć się doświadczeniom innych, którzy zawinione przez kastę zawodowych polityków błędy skutecznie skorygowali – czego dowodzi wybór Nicusora Dana na prezydenta Rumunii pomimo rosyjskiej ingerencji w kampanię czy niedawne zwycięstwo Petera Magyara na Węgrzech, gdzie autokrata Viktor Orban sprawiał już wrażenie, że nigdy nie oddał władzy.
Polska – co również stanowi efekt zwycięstwa demokratów z 4 czerwca 1989 r. ale w szerszym sensie również z 15 października 2023 r. – nie jest dzisiaj krajem wzmożonej emocji politycznej. Znane powiedzenie głosi, że Polacy dzielą się bardziej na partie Biedronki i Lidla niż Tuska i Kaczyńskiego. Oddaje to skupienie ludzi na codziennych sprawach. Politycy muszą wiedzieć, że trudniej już przekonać przyjdzie wyborców do kolejnych obywatelskich mobilizacji. Co potwierdza kolejny i najprostszy efekt wyborów czerwcowych: Polska, z biegiem lat, wbrew uzasadnionym utyskiwaniom jej obywateli na rozliczne absurdy w życiu codziennym i publicznym, stała się jednak normalnym krajem. Co przed tamtą czerwcową datą wcale nie wydawało się oczywiste.
Obojętne czy socjalizm realny w Polsce datować od manifestu lipcowego z 1944 r. czy ustanowieniu władzy komunistów na całym jej terytorium już w kolejnym roku – po 37 latach istnienia ustrój ten znalazł się w szczytowym momencie kryzysu, na lata 1981-82 przypada czas stanu wojennego i zarazem pogłębionej zapaści gospodarczej. Władza odwołała się wówczas na masową skalę do przemocy uosabianej przez wojsko, milicję i służby bezpieczeństwa, w cień odsuwając nawet aparat PZPR.
Demokracja w Polsce po podobnym czasie nie przeżywa nawet przesilenia, czego dowodzi utrzymujące się dla niej społeczne poparcie, chociaż ze względu na sytuację międzynarodową znajduje się niewątpliwie w fazie poważnej próby. Jedno z głównych pytań brzmi dzisiaj czy możemy liczyć na dotychczasowych sojuszników w tym najstarszą na świecie demokrację amerykańską i wybraną przez nas z rozmysłem jako opcja cywilizacyjna europejską wspólnotę. Nawet te dylematy obrazują jednak drogę, jaką przez ten czas przeszliśmy. Punktem wyjścia były przecież obawy w zachodnich stolicach i Białym Domu aby wynik wyborów w Polsce zanadto lokatorów Kremla nie rozsierdził…
[1] badanie Europion Polska dla Euronews z 27-30 maja 2026
[2] sondaż CBOS z listopada 2025
[3] CBOS z maja 2019
[4] sondaż stan360 z 11-16 marca 2026