Pies z kulawą nogą

0
9

Bez echa i nie odnotowana przez media przeszła 30. rocznica powołania Akcji Wyborczej Solidarność, chociaż ugrupowanie to nie tylko rządziło Polską przez cztery lata (1997-2001) ale przez ten czas przeforsowało najbardziej udaną z reform – samorządową oraz wprowadziło nas do Sojuszu Atlantyckiego, który wciąż, w trudniejszej niż wtedy sytuacji, stanowi fundament naszego bezpieczeństwa.

Nie ma co jednak roztkliwiać się nad politykami AWS, skoro wyborcy ocenili ich jednoznacznie: po czterech latach premierostwa Jerzego Buzka, pierwszego szefa rządu, który po 1989 r. władzę sprawował przez całą kadencję – do kolejnego Sejmu nie weszło żadne z dwóch współrządzących ugrupowań. Ani Akcja ani Unia Wolności, której przewodniczący Leszek Balcerowicz wybrał w międzyczasie posadę prezesa Narodowego Banku Polskiego, pozostawiając macierzyste ugrupowanie bez sternika. Polacy przy urnach ocenili AWS i UW nie za akcesję do NATO (1999 r.) ani nowy podział na 16 zamiast 49 województw oraz przywrócenie powiatów zlikwidowanych za Edwarda Gierka – lecz za nonszalancki sposób sprawowania władzy, swary wewnętrzne i afery (do historii przeszło wynajmowanie z kasy państwa pokoju w luksusowym warszawskim hotelu doradcy jednego z ministrów, nader zamożnemu biznesmenowi). Z jeszcze gorszą dezynwolturą odnosili się rządzący koalicjanci, wbrew prospołecznym hasłom AWS i obywatelskim UW, do majątku narodowego: z prywatyzacji finansowano łatanie dziur budżetowych a to magiczne w latach 90. słowo nie wydawało się nawet zasadne, gdy beneficjentami przekształceń własnościowych w Polsce stawały się wcale nie prywatne firmy lecz jak najbardziej państwowy, tyle że obcy France Telecom. Utrzymywało się wielomilionowe bezrobocie. Walki partyjnych o związkowych frakcji nie okazywały się dla opinii publicznej czytelne. Igrzyska związane choćby z powołaniem Instytutu Pamięci Narodowej zajmowały zawodowych działaczy związkowych ale nie walczącą dramatycznie o utrzymanie dotychczasowego standardu życia większość społeczeństwa.

O tym, że będzie niełatwo, wiedział doskonale ówczesny przewodniczący NSZZ “Solidarność” Marian Krzaklewski. Nawet nie przyjechał do warszawskiej siedziby Komisji Krajowej Związku, gdy 8 czerwca 1996 r. “S” podpisywała tam porozumienie z licznymi partiami centroprawicy, m.in. Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym oraz aż dwoma KPN-ami (Leszka Moczulskiego i Adama Słomki). Związkowców przy podpisywaniu aktu reprezentował wiceszef NSZZ “S” Janusz Tomaszewski. Później jednak koniunktura sprzyjała nowemu porozumieniu.

Arogancja rządzących postkomunistów, objawiająca się m.in. kiedy w trakcie powodzi stulecia ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz mówił poszkodowanym, że mogli się wcześniej ubezpieczyć – przyczyniła się do przyspieszenia zwycięskiego pochodu AWS po władzę. W Akcji objawili swoje talenty zdolni niewątpliwie politycy jak Jan Rokita czy Czesław Bielecki. Związek nie tylko zjednoczył pod swoimi skrzydłami skłócone zwykle, choć zgodnie antykomunistyczne partie, ale obiecał dalej je dyscyplinować. Sztandar Solidarności i jej utrwalony w historii logotyp po raz ostatni posłużył łączeniu a nie dzieleniu. W wiele lat później, już za czasów Prawa i Sprawiedliwości, zaangażowanie polityczne związkowców okazało się już tylko karykaturą, skoro obecny szef NSZZ “S” Piotr Duda życiorys ma specyficzny: w stanie wojennym w mundurze wojsk powietrzno-desantowych miał bronić gmachu reżimowej telewizji przed “ekstremą Solidarności” właśnie, tyle, że ta ostatnia wcale nie zamierzała twierdzy propagandy komunistycznej atakować.

Mówili: idziemy po władzę, by ją oddać ludziom

Zgodnie z hasłem, że AWS szła po władzę po to, by ją oddać ludziom Buzek z mniej lub bardziej szczerym wsparciem związkowych baronów i liderów partii politycznych, co o czterech latach banicji znów zostali posłami – przeprowadził reformę samorządowo-administracyjną. Przyjęty wówczas nowy podział wojewódzki funkcjonuje najdłużej w historii (poprzednie 1950-75 i 1975-98), nikt się nie kwapi go zmieniać, pozwala też na skrzętne pozyskiwanie środków pomocowych z Unii Europejskiej. Co świadczy o dalekowzroczności jego autorów (oprócz wicepremiera i szefa MSWiA Tomaszewskiego byli nimi m.in. Kazimierz Barczyk i Tadeusz Wrona), skoro w chwili gdy wytyczano granice 16 nowych województw i przywracano powiaty – Polska jeszcze do UE nie należała, tylko starała się o jej członkostwo.

Znaleźliśmy się też w NATO, co z pewnością byłoby trudniejsze, gdyby wtedy dalej rządzili postkomuniści. Demokratyczny prezydent Bill Clinton, którego geopolityki w trakcie stypendium w Oksfordzie uczył nasz rodak prof. Zbigniew Pełczyński, weteran Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w dobie II wojny światowej – wykorzystał perfekcyjnie jedyny moment dziejowy, w którym wprowadzenie nas do Atlantyckiego Sojuszu stało się realne. Nastąpiło to w chwili, kiedy Borys Jelcyn potrzebował dewiz po letnim załamaniu gospodarki w 1998 r. które na światowych giełdach zyskało sobie miano kryzysu rosyjskiego, a tuż przed objęciem premierostwa przez dotychczasowego szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa Władimira Putina. W tej sprzyjającej chwili Polska, za rządu Buzka i AWS-UW znalazła się w Sojuszu, który wciąż nas bezpieczeństwo gwarantuje. Nawet pokpiwając z kłótliwości i pazerności tamtej ekipy, powinniśmy pamiętać, komu tamten akces zawdzięczamy.

Podobnie jak fenomen polskiej samorządności, skutkujący rozwojem tysięcy “małych ojczyzn”. Władza lokalna konsekwentnie oceniana jest przez mieszkańców w badaniach opinii nawet dwa czy trzy razy lepiej niż kolejne parlamenty czy rządy.

Jednak z czterech reform społecznych przez ekipę Buzka nazwanych patetycznie wielkimi powiodła się tylko ta jedna. Inną, dotyczącą zdrowia, zastopował już kolejny rząd Leszka Millera. Zamiast szesnastu kas chorych wprowadził bowiem scentralizowany Narodowy Fundusz Zdrowia. Reformę edukacji odwrócił rząd pisowski, kasując wprowadzone przez AWS i UW gimnazja i powracając do systemu nauki osiem plus cztery jeśli chodzi o lata spędzane w szkole podstawowej i średniej. Reformę emerytalną zlikwidowały po kolei ekipy Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, zgromadzone w jej ramach fundusze przeznaczyły bowiem na bieżące potrzeby budżetu państwa.

Ciepła woda w kranie, posady i zasady

Pies z kulawą nogą nie świętował okrągłej przecież rocznicy powstania AWS – można zauważyć brutalnie. Lub przytoczyć – bez porównania bardziej elegancko, znane powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy. Tymczasem za towarzyszący reformom reklamowanym jako wielkie bałagan obie partie wtedy rządzące zapłaciły porażką totalną, wypchnięciem poza kolejny Sejm (kadencji 2001-5), co stanowiło jedyny taki wypadek w nowoczesnej historii Europy.

Następcy już wielkich reform systemowych nie próbowali, być może nauczeni doświadczeniem Akcji i Unii. Nawet pożyteczne zmiany podatkowe wprowadzone przez Zytę Gilowską (wywodzącą się wprawdzie z PO ale w chwili ich przyjmowania pracującą w rządzie PiS) podobnego rozmachu nie miały.

Pierwsze swoje premierostwo Donald Tusk ufundował na obietnicy ciepłej wody w kranie, czyli stabilizacji po ideologicznym amoku pisowskich poprzedników. Drugi czas jego rządów charakteryzuje brak wizjonerskich projektów, co zasadnie wypomina mu pretendująca do funkcji jego zastępczyni Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z koalicyjnej Polski 2050.

Niedługa i happy endu pozbawiona historia AWS stanowi więc dla polityków istotne memento. Nie w tym sensie jednak, że powinni trwać u władzy i administrować krajem zamiast nim rządzić – tylko w takim, że nie da się wszystkich zamierzonych celów realizować równocześnie, zwłaszcza, gdy towarzyszą im jałowe wewnętrzne spory odbierane jako walka o stołki. Leszek Moczulski. który akurat z AWS wypisał się niemal na pięć minut przed wyborczym zwycięstwem Akcji, więc jego bezinteresowności oceny możemy zawierzyć – powtarzał, że działać należy dla zasad a nie posad. O tym przesłaniu pamiętają Polacy. Inaczej, niż o 30. rocznicy AWS. Być może przyszli historycy okażą się dla Akcji łagodniejsi, niż współczesna jej opinia publiczna. Niestety z obecnych kontaktów z dawnymi działaczami AWS, wszystko jedno, czy zaliczani byli do pragmatycznej i prospołecznej frakcji “spółdzielni” czy zacietrzewionej ideowo i biznesowo zachłannej “familii” – nie wnoszę, by zbyt wiele się na własnych błędach nauczyli. Co nie zmienia faktu, że za miejsce w NATO i skuteczne ustanowienie demokracji na szczeblu lokalnym i regionalnym powinniśmy im być wdzięczni.

Zresztą Polacy w pierwszych wyborach do europarlamentu z naszym udziałem w 2004 r. czyli niedługo po krachu tamtej ekipy – nagrodzili Jerzego Buzka najlepszym wynikiem, jeśli chodzi o liczbę oddanych w całej Polsce głosów. Później zaś dawny premier rządu AWS/UW godnie sprawował przewodnictwo w tymże Parlamencie Europejskim. Ówczesny marszałek Sejmu Maciej Płażyński (pierwszy po zmianie ustroju pełił urząd całą kadencję: 1997-2001), który po latach nie wrócił z delegacji do Smoleńska, wspominany jest przez Polaków z sympatią ze względu na umiejętność godzenia sprzeczności i upartego poszukiwania kompromisu ponad podziałami. Również Krzaklewski, ze względu na osobistą bezinteresowność (partyjni politycy nie posiadali się ze zdumienia, że lider formacji rządzącej wciąż mieszka w lokalu służbowym) i szczerą wiarę w to, co robi, mógłby posłużyć za budujący przykład dla kolejnych związkowych liderów. Tyle, że ci, skupieni na miejscach w radach nadzorczych i innych fruktach, wcale wzorów zacnych nie szukają.

Pamiętamy jednak również brutalny sposób potraktowania demonstracji robotników radomskiego Łucznika za rządów AWS – chociaż przed zwycięskimi wyborami Akcja kampanię właśnie w Radomiu zaczynała. A także rażące prostactwo przekazu kolejnej już kampanii, prezydenckiej Krzaklewskiego, za co odpowiadali propagandyści z frakcji “familia” Wiesława Walendziaka. Wcześniej lider “spółdzielni” Janusz Tomaszewski musiał odejść ze stanowisk wicepremiera oraz ministra spraw wewnętrznych i administracji z powodu oskarżeń lustracyjnych. Potem wygrał sprawę lustracyjną, ale już do rządu nie powrócił. Panująca po nim “familia” postawiła na rozpasany kapitalizm polityczny. Symbolem złych praktyk okazało się zmuszenie spółek Skarbu Państwa do marnowania pieniędzy na Telewizję Familijną, która okazała się spektakularną klapą w formacie zarówno moralnym jak organizacyjnym.

Zarazem przywiązany do respektowania mechanizmów demokratycznych Krzaklewski wzdragał się przed przejęciem zdominowanej wtedy przez postkomunistów TVP. Tolerował też paradoks, że Unia Wolności – w rządzie koalicjantka AWS aż do 2000 r, kiedy do rozbratu doprowadził groteskowy spór o lokalną władzę w Warszawie (jego eskalację zawinił pos. Piotr Wójcik ze “spółdzielni”)  – w mediach publicznych  pozostawała oddanym sojusznikiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co dla “etosowych” członków Unii stanowiło ciężką próbę, skoro szefem Telewizyjnej  Agencji Informacyjnej z poręki obu partii, tak postkomunistów jak UW, pozostawał dawny delegat na IX zjazd PZPR i propagandysta moczarowskiej “Walki Młodych” w 1968 r. Jacek Snopkiewicz.  

Akcja przegrała nie tylko z powodu braku właściwej komunikacji ze społeczeństwem – co obciąża “familię”. Zabrakło umiejętności korygowania własnych błędów – co pozostaje już winą wszystkich jej frakcji.

Tym bardziej, że sygnały alarmowe okazały się czytelne, jak porażka Mariana Krzaklewskiego nie tylko z Aleksandrem Kwaśniewskim, zwycięskim już w pierwszej turze ale również obywatelskim “kandydatem Tygodnika Powszechnego” jak go wtedy nazywano – niedawno zmarłym Andrzejem Olechowskim, za którym nie stała wtedy żadna partia polityczna. Sygnałów, że idzie nie tak, okazało się aż nadto. Bossowie Akcji zwani wtedy “mandarynami” przez analogię do chińskich urzędników – zignorowali je wszystkie. Właśnie to doświadczenie, błyskawiczny zjazd od fenomenalnego zwycięstwa pod nowym szyldem do niesławnej porażki – powinno stanowić memento dla obecnie rządzących. Donald Tusk, przypomnijmy pełniący wtedy względnie skromną funkcję wicemarszałka Senatu z ramienia Unii Wolności, pozostawał przez trzy lata koalicjantem Akcji Wyborczej Solidarność więc powinien pamiętać szczegóły zarówno jej wygranej jak późniejszego upadku. Jeśli historia się powtarza, to wyłącznie jako farsa – utrzymywał Karol Marks, z pewnością bliższy raczej obecnemu marszałkowi Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu, wywodzącemu się z PZPR niż antykomuniście i założycielowi Niezależnego Zrzeszenia Studentów (co ogłaszał pod bramą strajkującej Stoczni Gdańskiej) Tuskowi. Na pewno jednak historia pozostaje nauczycielką życia, co stwierdzili już starożytni, nawet jeśli sami nie tylko budujących przykładów działania w życiu publicznym nam dostarczyli. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here